Sacha Batthyány to szwajcarski dziennikarz o arystokratycznym, węgierskim pochodzeniu. W swoim reportażu A co ja mam z tym wspólnego próbuje zmierzyć się z trudną i wielowątkową przeszłością własnej rodziny. Nie jest to łatwa rozprawa, bowiem na napisanie książki autor poświęcił blisko 5 lat, w czasie których badał dzieje swoich bliskich.

To, co uderza czytelnika na wstępie, to otwarty ton narracji. Batthyány nie boi mówić się o własnych odczuciach, problemach, nie kryje przed nami sekretów rodzinnych. Wchodzimy w sam środek świata, gdzie przeszłość i teraźniejszość przeplatają się, tworząc nową rzeczywistość, w której czyny i postawy przodków rzutują na charakter współczesnych. Autor podejmuje śledztwo dotyczące własnej ciotki, Margit Thyssen-Batthyány, która w austriackim Reichnitz urządziła wystawne przyjęcie dla hitlerowskich dygnitarzy. Nie powinno nas to dziwić wszak był rok 1945, a Austria nadal znajdowała się pod wpływem III Rzeszy, gdyby nie zbrodnia dokonana w trakcie tego wieczoru. Goście wraz z hrabiną rozstrzelali wówczas 180 Żydów. Rzekomo. Ostatecznie nie uzyskamy pełnego obrazu zaistniałych wydarzeń. Świadkowie wolą wszystko przemilczeć, a Sacha Batthyány próbuje się dowiedzieć, co ma z tym wszystkim wspólnego.

W poszukiwaniu odpowiedzi

Autor szuka nowego punktu odniesienia. Zarysowany wcześniej problem blaknie na tle pozostałych wątpliwości trapiących dziennikarza. Oto przed oczami Batthány’ego rysuje się postać babki Maritty, która w swoich pamiętnikach rozpacza nad losem, jaki ją spotkał. Będąca trybikiem w dziejach historii staje się świadkiem zabicia dwóch Żydów na dziedzińcu zamieszkiwanego przez nią pałacu. Małżeństwo Mandlów zostaje zamordowane, a bierność Maritty w momencie padania strzałów staje się jej późniejszą traumą. Traumą, z którą Sacha musi również się zmierzyć. Dysponując pamiętnikiem swojej babci, udaje się zatem do Buenos Aires, by spotkać się z Agnes – córką państwa Mandlów. Staruszka od zawsze była przekonana o samobójstwie rodziców, zatem kwestia opowiedzenia prawdy wydaje się być priorytetowa. Tym bardziej, że autor może mieć coś z tym wspólnego. Nadal nie wie jednak co.

Poszukiwanie odpowiedzi na fundamentalne pytanie trwa. Batthyán’emu nie pomaga psychoanalityk Strassberg, u którego na kozetce próbuje zbadać własne wnętrze w czasie kolejnych sesji terapeutycznych. Wyrusza także z ojcem na Syberię, by przyjrzeć się tragicznemu losowi rodzica skazanego niegdyś na wyczerpującą pracę w gułagu. W międzyczasie poznaje prostytutkę Lindę i jej barwnej postaci również nie szczędzi stron w swojej książce – aż chce się zapytać, co ona ma z tym wszystkim wspólnego?

Oryginalna forma, zmarnowana szansa

Wielowątkowość to cecha wyróżniająca tekst na tle światowego dorobku reporterskiego. Czy można zatem nazwać A co ja mam z tym wspólnego reportażem? Tematycznie tak, warsztatowo nie. Mamy do czynienia z niezwykle literacką formą, w której część faktologiczna zostaje przyćmiona subiektywnymi spostrzeżeniami, odczuciami i przypuszczeniami autora. Główna oś fabularna dotyczy problemu rodzinnego, bezpośrednio związanego z życiem Batthyány’ego, w obliczu czego nie może być mowy o rzetelnym, w pełni obiektywnym podejściu do opisywanej treści. Mnogość poruszanych kwestii zdaje się to dodatkowo potwierdzać. Ów natłok myśli działa na niekorzyść książki o wielkim potencjale. Sprawy bowiem ważne dla prawdy historycznej zostały zepchnięte na margines.

A co ja mam z tym wspólnego to pozycja niezwykle interesująca i na swój sposób urzekająca. Stanowi dobre studium przypadku wewnętrznej samoanalizy na podstawie przeszłości i teraźniejszości. Nie jest to jednak reportaż w klasycznym ujęciu. Pozostaje mieć nadzieję, że książka zachęci jakiegoś młodego historyka z Węgier, Austrii lub Szwajcarii do zapoznania się z dokumentacją i należytym zestawieniem poznanych faktów dotyczących zbrodni sprzed lat.

 


Autor: Wojciech Kosek
Zdjęcie: materiały promocyjne

  • Rec. Sacha Batthyány A co ja mam z tym wspólnego, Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik, Warszawa, 2017.