Każdy wiedział, że to nadchodzi i w końcu się stało. Najpopularniejsze show w historii telewizji. Fantasy, które zdefiniowało obecne dziesięciolecie, dobiegło końca. Ostatni sezon produkcji HBO to sześć długich odcinków, które mają za zadanie zakończyć niezliczoną liczbę wątków. Czy udało się to? Artykuł zawiera spojlery.

Rzeczą, która od zawsze definiowała sagę „Pieśń lodu i Ognia” napisaną przez Georga R.R. Martina, było obalanie tropów fantasy. Decyzje głównych bohaterów miały konsekwencję, a tak zwany „plot armor” był w Grze o Tron mitem. Telewizyjna adaptacja historii również w większości się tego trzyma. Przynajmniej do czasu, kiedy był materiał źródłowy, z którego mogli czerpać scenarzyści. Od tamtego momentu, nie wiele rzeczy ma sens, a twórcy definitywnie zaślepieni są szerokim zasięgiem show, i chęcią usatysfakcjonowania wszystkich. Niestety, ósmy sezon jest największą ofiarą i tworem tego zamieszania.

Zagubiony scenariusz.

Ostatni, tak jak zresztą przedostatni również sezon uwielbionego przez fanów show jest nieszczery sam ze sobą. Przez kilka lat byliśmy uczeni, że Gra o Tron to nie jest typowe fantasy. Jeżeli postać popełni błąd, to musi za niego zapłacić, wystarczy spojrzeć między innymi na Neda czy Robba Starka. W ostatnim sezonie jest to kompletnie obalone. Bohaterowie przeżywają absurdalne sytuacje, a nawet wielkie bitwy nie mają konsekwencji. W trzecim odcinku widzimy zniszczoną największą armię świata, tylko po to, żeby się jakimś cudem odrodzili po dwóch odcinkach. Tak, mówię tutaj o Nieskalanych i Dothraki głównie. Główni bohaterowie znajdują się za wiele razy w sytuacjach, gdzie powinni bez problemu zginąć. To się oczywiście nie dzieję, bo fabuła musi zostać szybko pchnięta dalej. Te sytuacje stwarzane są jedynie z powodu wykreowania uczucia szoku i dramatycznej atmosfery. Koniec końców sezon posiada tylko sześć odcinków, więc nie ma już czasu na wyjaśnianie kolejnych absurdów. Mocno traci na tym dialog, który w większości wygląda na napisany przez pięciolatka. Pojawiają się w nim fan-servicowe „onelinery”, które nie mają jednak sensu, bo zaprzeczają wszystkiemu, co seria zbudowała przez ostatnie dziesięć lat.

Niesatysfakcjonujące zakończenia wątków.

Wiele można powiedzieć o historiach, które ładnie się zakończyły. Najlepszym przykładem byłby wątek Brienne, Sansy czy też Tyriona. Jest to akceptowalne, pomijając fakt, że droga którą te postacie przez ostatnie dwa sezony przeszły, jest sprzeczna i pełna luk. O wiele więcej znajdziemy jednak sytuacji, gdzie dane wątki i ich zakończenia są po prostu anty-klimatyczne. Czy naprawdę jesteśmy w stanie uwierzyć, że Daenerys po trzech odcinkach zwariuje? Czy pasywność Jona przez cały ostatni sezon, poza tak naprawdę ostatnim odcinkiem, jest akceptowalna? Został on ożywiony i kreowany na „księcia, który został obiecany” z przepowiedni i osobę, która poświęca się walce z Białymi Wędrowcami. Koniec końców, w wielkiej bitwie pod Winterfell, nie ma nawet pojedynku, pomiędzy nim a Nocnym Królem. Królem, który zresztą zostaje zabity przez Arye. Młoda Starkówna sama w sobie dostała kilka nowych wątków w ostatnim sezonie. Od miłości z Gendry Baratheonem, po odnalezieniu w sobie Starka i utrzymywania, że „samotny wilk zginie, ale stado przeżyje”, kończy swoją historię odpływając na nieznany Zachód. Takich historii jest wiele, i trzeba być ślepym, żeby nie stwierdzić, że nie są to kierunki, punkty wyjścia, które były sugerowane i budowane przez poprzednie siedem, a raczej sześć, sezonów.

Czy cokolwiek zadziałało?

Pomimo swoich wad i luk, ósmy sezon Gry o Tron jest jednak najdroższym w historii telewizji. Jest to naprawdę widoczne w produkcji HBO. Niektóre ujęcia są mistrzowskie, zdjęcia zapierają dech w piersiach. Bitwy, pomimo tego, że są momentami za ciemne i trudno cokolwiek zobaczyć, są ogólnie satysfakcjonujące dla oka. Widać tutaj dobrze wydany budżet w montaż. Muzyka to ogromny akompaniament tych ujęć. Ramin Djawadi, który tworzy utwory pod Grę o Tron od samego początku, naprawdę dołożył najszczerszych starań, żeby sprawić, że mamy tutaj wiele magicznych momentów. Dlatego nie zdziwiłbym się kompletnie, gdyby produkcja HBO, po raz ostatni, ale nie pierwszy, zgarnęła w tych kategoriach statuetki Emmy.

Ktoś podczas dyskusji na temat tego sezonu powiedział mi, że to się już ogląda sercem, a nie mózgiem. Dzisiaj, reflektując na temat sześć minionych odcinków, trudno mi się nie zgodzić z tym stwierdzeniem. Ósmy sezon twórczości Davida Benioffa i D.B Weissa jest ofiarą własnego pośpiechu. Wiedzieli oni o tym, jak Martin ogólnie planuje zakończyć największe wątki, co najprawdopodobniej zostało przeniesione na ekran. Jednak założenie sprzed lat, że serial ma mieć osiem sezonów, z czego dwa ostatnie po siedem i sześć odcinków, to świadome utrudnianie sobie zadania. Chyba z góry powinniśmy sobie uświadomić, że nie było tutaj możliwości na satysfakcjonujące zwieńczenie historii, skoro mamy tak mało czasu by to zrobić. Patrząc na produkcję HBO całościowo, będzie to serial który zdefiniował fantastykę w telewizji pod wieloma względami, i większość rzeczy wykonał w fenomenalny sposób. Powinniśmy zapisać ostatni sezon jako jedna wielka wpadka, którą koniec końców doświadcza prawie każda franczyza takiego kalibru.


Autor: Mateusz Miter
Zdjęcia: Instagram @gameofthrones