Ach, śpij… panie Lang. I proszę, niech pan nie kręci więcej kryminałów. Wybrałem się na „Ach, śpij kochanie” wyjątkowo nie zwracając uwagi na reżysera, a tylko przez wzgląd na obsadę. Chyra, Grabowski, Jakubik, Warnke, Schuchardt – ta lista nazwisk doskonałych polskich aktorów powinna być gwarancją sukcesu. Niestety, okazało się, że gdy leży scenariusz i reżyseria, nawet największe sławy filmu nie uratują.

Z reguły kryminały dzielę na dwa rodzaje. Te z zawiłą fabułą i intrygującą zagadką oraz takie, które opowiadają w sumie prostą historię, ale za to nadrabiają klimatem (jak genialny The True Detective). Czasem udaje się nawet osiągnąć jedno i drugie. Taki cel musiał postawić sobie Krzysztof Lange. Ale w efekcie wyszedł mu film nijaki, stojący w rozkroku między PRL’owskim Sherlockiem Holmesem, a Milczeniem Owiec.

Wielkie misz-masz

Historia stanowiąca genezę „Ach śpij kochanie”. Władysław Mazurkiewicz, znany jako Piękny Władek jest postacią autentyczną i jednym z największych znanych seryjnych morderców w historii Polski. Ponadto jego przypadku nie uwieczniono jeszcze w filmie fabularnym, więc pomysł mógł być pionierski.

Jednak gdyby zawrzeć myśl przewodnią scenariusza Andrzeja Gołdy, to zdanie brzmiałoby następująco. Ach, śpij kochanie to film o: chorym układzie, absurdzie PRL, seryjnym zabójcy, wielkiej miłości, serniku wiedeńskim, seksie i niemocy. Złapaliście oddech? Ja nie mogłem.

Fabuła rzuca nas w sam środek wydarzeń. Od razu jest morderstwo i co ciekawe morderca – którego znamy nie tylko z twarzy, ale i z nazwiska. Jest dwóch niezbyt rozgarniętych detektywów, groźny pan prokurator i miły wujek z bezpieki. Buduje się zawiła zagadka, którą widz rozszyfrowuje w pierwszych minutach filmu, bo jest tak pełna schematów.

Film jest nierówny. PRL’owski Kraków czasem jest szary i brudny, a czasem wręcz cukierkowy. Film nie przechodzi płynnie między różnymi formami, a raczej załatwia to losowym cięciem. Czasem stosuje też hollywoodzką stylistykę, kiedy to Chyra staje się Hannibalem Lecterem, jednak przez pryzmat fabuły, zabieg ten zdaje się groteskowy.

Doskonałym aktorom nie stworzono też pola do popisu. Jakby każdemu z nich powiedziano „nie kombinuj, graj takiego, jakiego lubi Cię widz”. A ujęcia z ich udziałem skrojone są pod dialogi. Bo przecież Andrzej Grabowski nie potrafiłby zagrać mimiką prawda?

Czy polski widz to idiota?

Podczas seansu zastanawiałem się, dlaczego twórcy filmu uważają widzów za kompletnych idiotów. Podpowiadajki – sceny, które miały naprowadzić widza na właściwy trop, występują absurdalnie często. Kiedy wreszcie, któraś ze sław nie musi wypowiadać się przed kamerą, ujęcie jest przedłużone i przerysowane, żeby odkryć wszystkie zamiary bohatera.

Poza tym film okropnie się spieszy. Dzieje się dużo, ale ciągle w tym samym tempie. Dlatego każde wydarzenie zdaje się równie ważne. A w zasadzie równie nieważne… Jakby Krzysztof Lang, reżyser „Komisarza Alexa” i „Miłości na wybiegu” bał się, że straci uwagę widza, jeśli zwolni, choć na sekundę.

A wywołał efekt odwrotny. Po trzydziestu minutach miałem ochotę opuścić tę górską kolejkę.

Polskie noir

Jedynym logicznym wnioskiem, który nasunął mi się po seansie, że „Ach śpij kochanie” w mniemaniu Krzysztofa Langa miało być klasycznym przedstawicielem kina noir. Postacie są jednak zbyt płytkie, czasem nawet zabawnie karykaturalne. Brakuje też femme fatale i wszechobecnego zagrożenia.

Sytuację ratowałby jedynie Adam Sikora, odpowiedzialny za przepiękne ujęcia, którego pracę niestety zniweczono fatalnym montażem i scenariuszem. Kadry, które mogły stworzyć wspaniały obraz, potraktowano bezmyślnie i bez szacunku.

Tak, jak wiele innych polskich produkcji twórcy mieli wiele ciekawych pomysłów i wtłoczyli je naraz do jednego dzieła. W efekcie otrzymaliśmy przedziwny twór, którego nie da się zakwalifikować do żadnego gatunku. Oryginalne motywy zdają się być niewykorzystane, a te wtórne wysunięto na pierwszy plan (jak na przykład stylizacja Andrzeja Chyry na Hannibala Lectera)

Nawet tytułowe „Ach śpij kochanie” zagwizdane w pierwszej scenie przez jednego z bohaterów, gubi się gdzieś, by pozostać zapomnianym do końca filmu.

 


Autor: Kamil Kuchta