Film Michaela Cuesty to historia młodego chłopaka – Mitcha Rappa, którego narzeczona zostaje zabita w ataku terrorystycznym, podczas ich wspólnych wakacji. Mitch mimo postrzału przeżywa, a jego życiowym priorytetem staje się zemsta za odebraną mu miłość, marzenia i przyszłość.

I na tym w zasadzie mógłbym skończyć. Akcja dalszej części filmu jest średnią, wyciągniętą ze wszystkich amerykańskich produkcji sensacyjnych klasy B. Pokrótce: jest tam rozgoryczony, ponadprzeciętnie uzdolniony bohater szukający zemsty; hardy mentor, który skrywa sekret z przeszłości (Michael Keaton); biurokratyczna pani dyrektor; obcy rząd pragnący zagłady świata (w tym przypadku USA, ale czy to ważne?); a na deser niezwykle urodziwa kobieta, która wraz z rozwojem „fabuły” zbliża się do bohatera (dziewczyna Bonda). Ponad powyższe w filmie nie ma nic więcej. Postaci są płaskie, motywacje każdej z nich można by zamknąć w słowach: zemsta; naprawienie błędów przeszłości; zemsta; władza; zemsta, itede, itepe. Akcja nie próbuje nawet dawać widzowi wrażenia prawdopodobieństwa. I zapewniam, nie wynika to z  konwencji filmu – tak jak ma to miejsce np. w przypadku Kingsmana – ale ze zwyczajnej nieudolności.

Nie każdy jednak szuka w kinie psychologicznych rozterek, zawiłych motywacji i głębokich analiz. Czasem chcielibyśmy po prostu usiąść przed ekranem i zapewnić sobie dwie godziny dobrej, „odmóżdżającej” rozrywki. American Assassin zawodzi i na tym polu. Efekty, sceny kaskaderskie ani pościgi nie rekompensują wad tego filmu. Jest wręcz przeciwnie, większość scen akcji potrafi wynudzić na śmierć. Może to kwestia ich przewidywalności? Ostania rzecz, która u wielu może przypieczętować decyzję o opuszczeniu sali kinowej to gra aktorska. Zarówno odtwórca głównej roli, Dylan O’brien, znany (albo i nieznany) z serii „Więzień Labiryntu”, jak i Michael Keaton  (który nieraz pokazał nam już aktorską klasę, choćby w oscarowym „Birdmanie”, czy „Spotlight”) grają tu jakby za karę, beznamiętnie. Widać, że bardzo ciężko wykrzesać im z siebie jakiekolwiek emocje, a nawet gdy im się to uda, są co najmniej mało przekonujący.

Nie poleciłbym filmu American Assassin ani tym z was, którzy chcą wybrać się do kina, by zabić weekendową nudę, ani miłośnikom gatunku, ani nawet swoim wrogom. Jest to pozycja, zdecydowanie godna pominięcia. No chyba, że obejrzeliście już wszystkie seriale na Netflixie, kinowa rozkładówka jest wam znana na pamięć, a znajomi proszą żebyście dali im w końcu spokój, wtedy może… Nie, jednak nie. Za zaoszczędzone na seansie pieniądze kupcie już lepiej książkę Vince’a Flynna, na podstawie której powstał scenariusz.

 


Autor: Kamil Rzetelski