Parterowe domki bez płotów, a na nich amerykańskie flagi, Starbucks na każdym rogu i żółte autobusy szkolne. Moje marzenie, prywatne „american dream” się spełniło, bo byłam, zobaczyłam, doświadczyłam… ale to nie koniec, bo koniecznie chcę wrócić. Do wielkiego kraju wielu narodowości, gdzie liczba uśmiechów od obcych ludzi jest dużo większa niż liczba krzywych spojrzeń, do kraju, gdzie kupuje się ugotowane jajka, a chodniki stają się przeżytkiem – pisze Justyna Tkaczyńska.

W USA dużo może zachwycić, zaciekawić, a przede wszystkim zaskoczyć. Jakie jest 30-tysięczne miasteczko w Illinois widziane oczami od dziecka zafascynowanej tym krajem nastolatki? Czy ta „prowincja” jest fajniejsza od drapiącego chmury Chicago? Jeśli jesteście ciekawi, zapraszam na moją subiektywną relację z miesiąca spędzonego w Stanach Zjednoczonych.

Chcą nas wpuścić

Od mozolnego wypełniania internetowego wniosku, przez zrobienie odpowiedniego zdjęcia (setki wymogów, ale fotografowie jeszcze sobie radzą), po rozmowę w Krakowie z bardzo miłym amerykańskim konsulem, aż do otrzymania od kuriera paszportu z upragnioną wizą. To był moment, w którym pierwszy raz z moim kuzynostwem uświadomiliśmy sobie, że nasz wyjazd jest już realnym planem i jeden z moich dotychczas najszczęśliwszych. Wiza, chociaż za samo ubieganie się o nią trzeba zapłacić około 700 zł. (w zależności od kursu dolara), wstępu na teren USA nie gwarantuje. Mogą nas „zawrócić” już po przylocie, nie podając konkretnych powodów. Ponoć zdarza się to bardzo rzadko, ale stres towarzyszy odpowiadaniu na pytania strażnika o to, dlaczego nie wolimy spędzać wakacji ze znajomymi w Polsce, gdy jednocześnie próbujemy po raz trzeci oddać odciski palców, bo urządzenie odmawia posłuszeństwa i robimy grobową minę do zdjęcia. Na szczęście, jeśli podróżujemy z rodziną, do okienka możemy podejść wspólnie.

Inny świat

Już pierwsze wrażenie było właśnie takie. Nie chodzi tylko o to, że drogi są (oczywiście) szersze. Z reguły są z jasnych betonowych płyt, a więc w ogóle niepodobne do naszego ciemnego asfaltu, pasy nie białe, a żółte. No i samochody: mnóstwo marek, o których nigdy nie słyszałam, a norma to takie auto, które u nas uznawane jest za luksusowe. Pośród nich graty. To, że jeżdżą jest naprawdę zaskakujące, bo brak im np. drzwi. W USA po drogach można poruszać się wszystkim, co jest w stanie ruszyć z miejsca, bo przeglądy techniczne nie są wymagane. Jedynym warunkiem, który pojazd musi spełnić jest przejście corocznego testu spalin. Raczej nie widuje się małych aut. Są duże, tak jak i miejsca parkingowe.

W Ameryce wszystko takie jest.

Wielka prostota

Umysły Amerykanów muszą pracować w jakiś inny sposób niż Europejczyków. Wydaje się, że wszystko, co wymyślają musi spełniać dwa kryteria: rozmiar (duży), prostota (jak to tylko możliwe). Lubią też na rzeczach umieszczać napis USA. Przykład? Choćby fakt, że chyba wszyscy mają ekspres do kawy na kapsułki: bo to najłatwiejszy i najszybszy na nią sposób, bez zbędnego sprzątania. Albo to, że wolą jeździć samochodami z automatyczną skrzynią biegów. A zasady ruchu drogowego… Niech zobrazuje to przypadek mojej cioci, która na amerykańskich jezdniach radzi sobie bardzo dobrze, a otwarcie mówi, że nigdy na prawo jazdy nie odważyłaby się w Polsce. Właśnie – prawo jazdy. Możemy je sobie załatwić… w jeden dzień! W jednym miejscu, razem ze zrobieniem zdjęcia, badań (tylko wzrok) itd. Oczywiście, jeśli jesteśmy już przygotowani do egzaminów, co można zrobić „na własną rękę”, nie trzeba zapisywać się do szkoły jazdy. Mi podobały się skrzyżowania, gdzie auta nadjeżdżające z każdej ze stron widzą STOP, a pierwszeństwo ma ten, kto pierwszy się zatrzyma. A co powiecie na bankomaty, które są zamontowane tak, aby wygodnie było je obsługiwać, nie wysiadając z samochodu, przez szybę?

Gdzie się podziały chodniki?

Dużo wspominam o samochodach, a to dlatego, że tam się jeździ, a nie chodzi. Jak już widzimy jakiegoś człowieka na chodniku, to zazwyczaj jest to biegacz. Dlatego są miejsca, gdzie w ogóle chodników nie ma, albo są bardzo wąskie. Za to szerokie są trawniki z równo przyciętą trawą. Oczywiście, mówię tu o Highland Park, małym miasteczku, a nie o Chicago, gdzie czasami trudno iść, ze względu na tłumy pieszych.
Właśnie przez nieustanny zgiełk, po dniu spędzonym w tym pięknym mieście, ma się ochotę wrócić na „prowincję” (prowincję, gdzie jest wszystko, co do życia trzeba + kilka salonów samochodowych). Nie chcę, żeby to zabrzmiało źle – to naprawdę atrakcyjne miasto, zdecydowanie warte zwiedzenia, ale dla mnie jest na dłuższą metę bardzo męczące i wbrew moim marzeniom z dzieciństwa, nie uważam go za fajne miejsce do zamieszkania.

Turystyczne Chicago

Będąc turystą w Chicago, warto zaopatrzyć się w CITY PASS, które umożliwi nam wstęp (z pierwszeństwem w kolejkach – a to NAPRAWDĘ istotne) do głównych atrakcji. I trochę wyższy stan konta, niż gdybyśmy kupowali każdy bilet osobno: do Shedd Aquarium, gdzie można obejrzeć pokaz delfinów, The Field Museum, gdzie poznamy tajemnice różnych zakątków naszej planety i do mojego ulubionego, interaktywnego Museum of Science and Industry (mają niemiecką łódź podwodną U-505 i kabiny, wyglądające jak budki telefoniczne, w których można poczuć moc huraganu). We wszystkich muzeach zdjęcia można robić bez dodatkowych opłat, co mnie zaskoczyło. Czy muszę wspominać, że te miejsca są BARDZO DUŻE i na pewno nie uda się zaliczyć ich w jeden dzień? A z CITY PASS (nie, nie zapłacili mi, to nie jest reklama) trzeba się wybrać jeszcze na Willis Tower – najwyższy w Ameryce Północnej budynek do linii dachu (to musi o czymś świadczyć – 442,3 m). Na ostatnim, 108. piętrze są szklane balkony. Jedno słowo: warto. Nawet jeśli macie lęk wysokości. Obowiązkowym punktem na turystycznej mapie jest oczywiście The Bean. Nie wiem, co to dzieło sztuki ma symbolizować, ale wszyscy robią tam zdjęcia, więc zrobiliśmy i my. Nie nadaje się jednak do lustrzanych selfie, sami zobaczcie.

Spacer po Chinatown to zabawna wycieczka po sklepikach z chińskimi bibelotami. Ale raczej nie zdecydowalibyście się na zjedzenie tam obiadu w restauracji. Jest po prostu brudno, a w niektórych miejscach nawet śmierdzi. Ale za to przejście Navy Pier to czysta przyjemność.

Mit otyłej Ameryki?

Ja nie zauważyłam, żeby było więcej otyłych ludzi niż w Polsce. Prawdopodobnie jestem słabym obserwatorem, bo według badań, w USA jest wciąż największy odsetek osób z tym problemem. Jeśli chodzi o jedzenie, to można z łatwością być tam skrajnym – obojętnie, którą stronę mocy wybierzemy. Każdy posiłek możemy wyczarować z proszku. Wybór gotowych, łatwych do przygotowania dań jest ogromny – mówiłam, że Amerykanie nie lubią komplikować sobie życia. Zresztą, jak wybór wszystkiego (ach te smaki lodów!) i jak same sklepy. No i właśnie – oprócz niezdrowych, tłustych produktów, możemy wybierać spośród całej gamy zdrowych do bólu. A przecież panuje trend, że na właśnie takie jedzenie decyduje się coraz więcej osób. Gdyby nie to, to przecież sklepy jak Trader Joe’s, czy Whole Foods – skarbnice zdrowej żywności, dawno by zbankrutowały.
Nie mogę nie wspomnieć o opakowaniach. Mleko w 4-litrowym baniaku? 2kg ketchupu? Takie rzeczy muszą biedni mieścić tam w lodówkach.

Ciekawostki dnia codziennego

Amerykanie mają inne od naszych pomysły, dlatego co krok coś zaskakuje.

To ma być McFlurry? Nie polecam amerykańskich McDonald’sów!

PODATKI – w sklepach musimy pamiętać, aby do ceny podanej na produkcie, doliczyć podatek, który jest zależny od hrabstwa, w którym jesteśmy.

RESTAURACJE – do posiłku dostajemy wodę mineralną (nie, nie musimy za nią dopłacać).

LODY DLA PSÓW – o smaku masła orzechowego!!!

…I SPECJALNE DLA NICH PLAŻE I CMENTARZE.

KASKI – obowiązkowo zakładają je rowerzyści, a na motorze można jeździć bez.

FORMAT KARTEK – nie ma A4, dostaniemy format Letter i uznamy, że coś jest nie tak.

SKLEPY – Możemy być długo po 21. urodzinach, i tak zazwyczaj będziemy proszeni o dowód osobisty, gdy chcemy kupić alkohol. Poza tym nie może nam go sprzedać osoba poniżej 21. roku życia, ma obowiązek zawołać starszego kolegę. Zdziwił mnie też fakt, że przy kasie w supermarkecie pracują dwie osoby. Jedna kasuje, a druga pakuje nasze zakupy w darmowe torebki. Co ciekawe, właśnie w sklepach często widuje się pracujące osoby starsze i chore.

Tęsknię i już planuję powrót

Amerykański sposób życia jest na tyle różny od naszego i tak interesujący, że trudno poznać go w zaledwie miesiąc wakacji. Ale to mi wystarczyło, aby zdążyć się w nim zakochać. Wracam, to pewne, a ponieważ chciałabym żyć ich codziennością – zobaczyć jak naprawdę wygląda, planuję wyjazd na program Au Pair. Po roku mieszkania z amerykańską rodziną w zamian za pracę – opiekę nad dzieckiem, będę mogła stwierdzić, czy naprawdę wszyscy są tak uprzejmi, jak mi się wydaje i czy rzeczywiście zawsze sprzątają po swoich pupilach. A może magia Ameryki to tylko złudzenie?

Autor | Justyna Tkaczyńska

  • Zdjęcia | archiwum prywatne