„Free as a weed”. Narkotyki, alkohol, seks. Impreza, która nie ma końca. Życie, które się nią staje. O „American Honey” jest naprawdę głośno – pisze Dominika Szott. 

Cztery nagrody BIFA: najlepszy brytyjski film niezależny 2016, najlepsza aktorka Sasha Lane, najlepsza reżyserka Andrea Arnold, najlepsze osiągnięcia techniczne Robbie Ryan za zdjęcia. Czarna Szpula. Najlepszy niezależny film kinowy. Nagroda publiczności w Cannes. Potrzebujecie jeszcze jakiejś zachęty?

Ja bym dorzuciła nominację w kategorii „jak muzyką opowiedzieć historię młodych ludzi?” Oczywiście nie tylko nominację. Jeszcze zwycięstwo.

„We found love in the hopeless place”, Star (Sasha Lane) poznaje Jake’a (Shia Laboeuf) na parkingu przed supermarketem, gdzie przed chwilą wraz z rodzeństwem szukała jedzenia w śmietniku. Tak zaczyna się przygoda osiemnastolatki, która postanawia rzucić wszystko, co ma, czyli właściwie nic. Wyrusza w niekończącą się trasę z mężczyzną tańczącym na kasie, jego znajomymi i kochanką, a jednocześnie szefową.

„A stranger’s light comes on slowly” śpiewa Mazzy Star. Dla bohaterki filmu tytułowym  światełkiem staje się Jake. Arnold ujęła ich relację nietypowo. Nie mamy do czynienia z błahą, pełną uniesień historią miłosną. Bohaterowie nie chodzą na randki do kina, a sprzedają magazyny chodząc od domu do domu, okradając jednocześnie ich właścicieli. Wzajemne zainteresowanie bohaterów wzbudza radość, zazdrość i agresję. A widz siedzi i myśli, co dalej.

„You a loser? No! You a Winner? Yeah!”, nuci komuna, do której dołącza Star. Przez cały film możemy oglądać, jak Lane tworzy obraz niepokornej nastolatki, która wcale nie chce już przegrywać. Andrea Arnold ciekawie bawi się wyobrażeniem ludzi o „American Dream”. Przewrotnie pokazuje, że te sny nie istnieją, a jeśli już to tylko w naszej wyobraźni. „And yeah, I get it out the street, money coming!”. Ucieczka z domu, mieszkanie w motelach, ciągłe imprezowanie, alkohol, narkotyki, zarabianie pieniędzy i oddawanie ich szefowej. Tak się kończy sen Star, która mimo to zyskała coś więcej, niż pieniądze.

To, co zwraca uwagę, to długość trwania filmu. Niespełna trzygodzinna przejażdżka po Stanach wraz z grupą porywczych, niezwykle interesujących młodych ludzi. Można by pomyśleć, że to film drogi, gdzie ulice nie mają końca. Nie mamy do czynienia z sensacją, nie leje się krew, ale jest na tyle intrygująco, że zastanawiasz się do będzie dalej. Czy Star zje robaka zanurzonego w alkoholu? A może Jake zabije nocnego towarzysza osiemnastolatki? Sam już nie wiesz, co będzie dalej.

„Living life we choose”. Andrea Arnold w niebanalny sposób opowiedziała o sile woli człowieka. Jeśli tak ma wyglądać nowe kino niezależne, to ja jestem jak najbardziej na tak. Zachęcam do obejrzenia nie tylko tych, którzy śnią nocami o wolności…


Autor | Dominika Szott