Jakie ligowe aspirację ma w tym sezonie KFC Gwardia Wrocław i czy jest chemia w zespole? Z Arkadiuszem Olczykiem, kapitanem zespołu rozmawia Filip Skiba.

 

Czy ligowa rzeczywistość zmieniła wasze plany i założenia z początku sezonu?

ARKADIUSZ OLCZYK: – Zawsze gramy o najwyższy cel, a nim był, i wciąż jest awans. Pozostaje on niezmienny, bo wciąż walczymy w każdym meczu, żeby wygrać. Po co ktoś ma wychodzić na boisko, jeżeli nie chce wygrać spotkania? Gramy po to, żeby zwyciężać.

Jesteście zatem zadowoleni z rezultatów?

ARKADIUSZ OLCZYK: – I tak, i nie. Uważam, że miejsce w tabeli nie do końca odzwierciedla naszą grę. Dużo punktów nam pouciekało przez naszą słabszą dyspozycje i głupie błędy. Mecze, które powinniśmy wygrać często przegrywaliśmy. Jest to frustrujące. Oczywiście były też spotkania, gdzie graliśmy przeciętnie, a wyciągaliśmy punkty rywalowi.

W którym sektorze gry widzisz błędy?

ARKADIUSZ OLCZYK: – Ciężko coś wyróżnić. Dla mnie w każdym. Nawet najbardziej elementarna rzecz, jak dogranie piłki potrafi szwankować. Czasem nie wypełniamy założeń taktycznych. Są te małe „zgrzyty”, ale mimo to potrafimy osiągać niezłe rezultaty.

Dobre wyniki zawdzięcza się między innymi dobrej chemii w zespole. Jak udało się wam zgrać z chłopakami, którzy niedawno dołączyli do klubu?

ARKADIUSZ OLCZYK: – Atmosfera jest super, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Kiedy trzeba być poważnym, to tacy jesteśmy. Jeżeli mamy czas na jakieś wygłupy czy drobne uszczypliwości – nie oszczędzamy się. Myślę, że takie żarty, to ważny element każdej szatni. Nowe osoby również to wiedzą, dlatego się wspólnie rozumiemy.

Czy poza treningami i wspólną grą spędzacie także czas wolny?

ARKADIUSZ OLCZYK: – Staramy się. Kiedy mamy chwilę potrafimy wyskoczyć na obiad. Jeżeli rozgrywamy mecze u siebie, to jest mało wolnego. Wtedy każdy stara się spędzić czas z rodziną i najbliższymi. Gdy pora na odpoczynek, to lubimy sobie wyskoczyć na jakąś przysłowiową „kawkę”.

Jak w takim razie spędzacie wspólne podróże po Polsce?

ARKADIUSZ OLCZYK: – Jeżeli jedziemy dzień przed meczem, to mamy więcej czasu – gramy w karty, niektórzy czytają książki. Ja jestem od oglądania filmów. Natomiast gdy wyruszamy w dniu meczu każdy raczej skupia się na sobie i „głową jest już na parkiecie”.

Na meczu widać luźną, niemal koleżeńską atmosferę. Podobnie jest na linii trener – siatkarze. Co sądzisz o takim sposobie podejścia waszego szkoleniowca?

ARKADIUSZ OLCZYK: – Ciężko to ubrać w słowa, ale nie nazwałbym tego koleżeńskim „układem”. Każdy z nas ma do trenera pełen szacunek, ale nie musimy za każdym razem kłaniać mu się w pas, żeby to pokazać. Możliwe, że na meczach widać większą swobodę, ale jest tak dlatego, bo osiągane wyniki nie są najgorsze. Inna sprawa, że paru zawodników znało się z trenerem już we wcześniejszych latach. Miałem już przyjemność z Krzyśkiem [Janczakiem – przyp. red.] pracować przez kilka sezonów – najpierw w Miliczu, później jeszcze w Wałbrzychu. Adrian [Mihułka – przyp. red.], Maciej Lewicki, czy Mateusz Paszkowski również spotkali go na swojej drodze parę lat temu.

Uciekając od podróży i atmosfery w klubie. Kto jest takim pracusiem, który zostaje po treningach doszlifować któryś z elementów gry?

ARKADIUSZ OLCZYK: – Adrian Mihułka zostaje dłużej trenując przyjęcia piłek, ale też na przykład Kuba Nowosielski zostaje, aby szlifować wystawę. Jest tak, że jeżeli ktoś czuje potrzebę zostania po treningu, to tak robi. Mamy ambitnych chłopaków, każdy chce się rozwijać, dlatego ciężko trenujemy.

 


W najbliższym meczu, w sobotę – 21 grudnia
KFC Gwardia Wrocław podejmie w hali Orbita SMS PZPS Spała.


 

Rozmawiał: Filip Skiba
Zdjęcie: Sebastian Borowski/KFC Gwardia Wrocław