Wtorkowy wieczór, 13 czerwca był chłodny. Atmosfera na dziedzińcu wrocławskiego Starego Klasztoru była jednak ciepła i przyjemna. Wystarczyła mała scena, perkusja, bas, klawisze. Prowadzący Marek Kocot wyszedł przed skromną publikę raźny i pewny siebie. Nie czuł się onieśmielony swoją łysiejącą głową i odstającym brzuchem. Był u siebie. 64 spotkanie Antykabaretu należało do łysych i otyłych. Było co chwalić, co śpiewać, co opowiadać i z czego się śmiać.

Wrocławski Antykabaret to artystyczno-towarzysko-kulturalne spotkanie z osobowościami Wrocławia. Usilnie odgradza się od pobratymców kabaretów, gdyż nie nastawia się na wymuszanie śmiechu. Celem jest spędzenie dobrego wieczoru, podczas którego można wynieść coś więcej. Dlatego występują tu nie tylko aktorzy, muzycy, satyrycy, ale również naukowcy i nauczyciele akademiccy, którzy w błyskotliwy sposób zabawiają towarzystwo. Antykabaret ma swoje sceniczne 5 minut co miesiąc, za każdym razem znajdując sobie temat przewodni. Było już spotkanie w hołdzie Wojciechowi Młynarskiemu, czy na cześć życia po chwalebnej sześćdziesiątce. W ostatniej uroczystości wieczoru lśniących i miąższych każdy postarał się w swoim własnym odczuciu obdarzyć ludzi jowialnych i łysiejących dobrym słowem. Wieczór otworzyło wystąpienie Wiesława Gałązki, łysego dziennikarza i publicysty, który zwrócił uwagę na jedną, niezwykle istotną rzecz. Wszystko, co nieowłosione jest idealne. Mówi się, że oczy są zwierciadłem duszy. Widział ktoś włochate oko? A planety, słońce? Absolut kosmosu jest gładki i skrupulatnie wygolony. Wyjątek stanowi warkocz komety, który zwiastuje przecież same nieszczęścia. Idąc tym tropem znakomitość ludzi łysych można trafnie podkreślić wypowiedzią profesora Bogusława Pawłowskiego: „Porządny człowiek sam łysieje. Świnie trzeba parzyć”. Na scenie nie zabrakło również Bogusława Bednarka. Wiekowy, ale niezwykle żywy polonista Uniwersytetu Wrocławskiego przybliżył trochę historii, przywołując postać Synezjusza z Cyreny oraz jego chwalebny manifest o łysych mędrcach. Analizując kulturowe uwarunkowania podejścia do otyłych oczywistym wydaje się, że w średniowieczu wstrzemięźliwość od jedzenia i picia była cechą chwalebną. Kto by jednak pomyślał, że bierze się to stąd, iż napchany, ciężki żołądek napiera na narządy intymne, dokuczliwie wzbudzając popęd seksualny wśród kleru? Miłą tradycją jest także rozdawanie książek przez Bogusława Bednarka. We wtorkowy wieczór szczęśliwcy z widowni zostali obdarzeni m.in. tomikiem poezji Juliana Przybosia, czy Mirona Białoszewskiego. Prócz anegdot mądrych głów na dziedzińcu Starego Klasztoru rozbrzmiewała muzyka. Swój głos użyczyli m.in. Wojciech Dereń w piosence o długowłosych mężczyznach oraz Justyna Szafran, która zaprezentowała piosenkę o naturalnym wrogu łysych i otyłych: „Piosenkę o chudej, rudej kurwie”. Publikę rozbudził również niekwestionowany wirtuoz ukulele, Doktor Absurdu Ścibor Szpak. Muzyk również nie pożałował sobie żartów na temat swojej tuszy, następnie rozśpiewał widownię piosenką o Amorze strzelającym z łuku. Tak minął 64 wrocławski dobry wieczór.

Czas szybko mija w inteligentnej, dowcipnej i swobodnej atmosferze. Spokój zakłóciła jedynie wizyta szczura bez biletu, ale to tylko utwierdza nas w przekonaniu, że zwierzęta również mają swoje poczucie humoru. Na zakończenie warto powtórzyć słowa pana Gałązki, że warto być jak ten księżyc – lśniący i okrągły. Kolejne spotkanie zapowiedziane zostało  przez Marka Kocota na wrzesień i nazywać się będzie „Piersi Antykaberet po wakacjach”. Nietrudno przewidzieć, o której płci będzie mowa na scenie, a która będzie oblegać ławki dla widowni.


Autor: Maja Budka