Co w operze robią Fryderyk Chopin i Wojciech Kilar? – takie pytanie zadawałam sobie idąc na piątkową premierę „Wieczoru Polskiego”. Zastanawiało mnie dlaczego twórcy spektaklu pokusili się o utwory, które w zamyśle kompozytora nie były przeznaczone do wystawienia na scenie teatru operowego. Dość sceptycznie nastawiona przekroczyłam jednak próg wrocławskiej Opery.

Wydarzenie było powiązane z setną rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości. Pomysłodawcy wydarzenia postanowili wybrać dwóch polskich kompozytorów, których muzyka jest niejako wyznacznikiem kultury narodowej. O ile Exodus Wojciecha Kilara jeszcze był dla mnie zrozumiały (w końcu jest to utwór z przeznaczeniem na chór mieszany i orkiestrę), o tyle koncert fortepianowy f-moll Fryderyka Chopina wydał mi się co najmniej dziwnym wyborem.

Właśnie od Koncertu Chopina rozpoczęła się inscenizacja. Już pierwsze dźwięki orkiestry sprawiły, że gwarna publika Opery Wrocławskiej ucichła i oddała się muzycznej uczcie. Na scenie koryfejka baletu, Dajana Kłos, ubrana w szarą, prostą sukienkę, rozpoczęła taneczną walkę z Łukaszem Ożgą. Choreografia Emila Wesołowskiego ukazywała przede wszystkim trochę tajemniczą miłość dwojga ludzi, w której kobieta jest zdominowana przez mężczyznę. Ukazujący się w pewnym momencie wyśniony ideał, w którego rolę wcielił się Robert Kędziński, jest w pewnym sensie  tylko wyobrażeniem kobiety o udanym związku. Zdecydowanie na plus działała tu oszczędna w środkach scenografia. Ogromne krzesło i stół, a także szarfy przyczepione do sufitu pełniły rolę rekwizytów wykorzystanych w inscenizacji. Wszystko to przy akompaniamencie fortepianu, z którego dźwięki wydobywała Julia Kociuban i orkiestry pod batutą maestro Macieja Nałęcz-Niesiołowskiego. Bardzo emocjonalna, a w niektórych momentach smutna opowieść sprawiła, że artyści byli jeszcze długo oklaskiwani przez wrocławską publiczność.

Druga część piątkowego wieczoru upłynęła pod znakiem muzyki współczesnej. Tworzony przez Wojciecha Kilara „Exodus na chór mieszany i orkiestrę” został przeniesiony na deski teatru operowego jako opowieść o grzechu pierworodnym, popełnionym przez Adama i Ewę. Utrzymana w tej konwencji choreografia Teresy Kujawy ukazywała przede wszystkim scenę wygnania z Raju i triumfu Szatana nad światem. W inscenizację został zaangażowany cały balet opery, który wraz z solistami odtwarzał sceny z biblijnego Starego Testamentu. Na szczególną uwagę zasługuje tu postać Szatana, odgrywana przez Won June Choi. Tancerz świetnie opanował plastykę ciała i oddał charakter postaci. Dziwić mogło umiejscowienie w spektaklu chóru. Zamiast na scenie, czy w orkiestronie, został on ustawiony na najwyższym balkonie dla publiczności, co było trochę dezorientujące i spowodowało, że publiczność zaczęła się zastanawiać skąd dochodzą dźwięki partii wokalnych. Tak samo jak w pierwszej części scenografia była tu bardzo oszczędna. Białe zastawki okazały się być tłem dla wyświetlanych elementów, takich jak chmury czy słońce. Wrażenie robiła też wielka płachta z namalowanym okiem opatrzności – symbolem Boga pilnującego ludzi. Ta część wywarła ogromne wrażenie na publiczności, która podziękowała artystom owacjami na stojąco.

Po spektaklu jeszcze długo słychać było głosy zachwytów ze strony publiczności, która opuszczała gmach przy ul. Świdnickiej. Wieczór Polski we wrocławskiej Operze zdecydowanie należał do udanych.


Autor: Aleksandra Joanna Kowalczyk
Zdjęcie: Marek Grotowski