Leniwie przepływające wody Odry odbijały ostatnie promienie słońca, które zachodząc, z wolna otulało Wrocław w półmroku. Dorośli zwijali sieci, przywiązywali łodzie i wracali do swoich domów z okolicznych pól, wołając za dziećmi korzystających z ostatnich minut przed zmrokiem, bawiąc się i radośnie ganiając wzdłuż nadbrzeża. Wszechobecny gwar tylu języków cichł, a miasto udawało się na zasłużony spoczynek. Miasto o tak wielu tożsamościach: czeski Vratislav, polski Wrocław, czy niemieckie Breslau – każdy nazywał swój dom inaczej, każdy wnosił do niego swoją drobną cząstkę, która składała się na wrocławską mozaikę.

    Henryk stał przed trudnym zadaniem. Jako kasztelan wrocławskiego zamku był odpowiedzialny za ład i porządek miasta oraz podległych terenów. Zbieranie danin od mieszkańców, organizacja straży miejskiej, rozwiązywanie lokalnych sporów pomiędzy często zwaśnionymi grupami Czechów, Polaków, Niemców czy Żydów: pracy było co niemiara, a wymagania olbrzymie. Książeta piastowscy nie znosili niewywiązywania się z obowiązków. Rządzili swoimi włościami twardą ręką i potrafili w jednym momencie obdarować kogokolwiek z dworu zaszczytną funkcją, zdejmując z piedestału kogoś innego, kogo wtrącali do lochu za nieposłuszeństwo rozumiane oczywiście jako nieterminowe zwrócenie podatków.

– Jak sobie z tym wszystkim radzić? –  myśli krążyły w głowie kasztelana, gdy wtapiał wzrok w zasypiający Wrocław.

Sielankowy widok mógł stanowić inspirację dla niejednego malarza lub barda, Henryk jednak widział w nim jedynie rosnące problemy podlegającego mu miasta. Status wiąże się z odpowiedzialnością – gdyby był w stanie wiedzieć o tym wcześniej, gdy odbierał swój zaszczyt. Minęło tyle lat, tyle nerwów odcisnęło piętno na jego posmutniałej twarzy, tyle poszarzałych włosów zdążyło się pojawić na jego głowie.

– Elżbieto, mówię ci, każdy siwy włos to jedna z “walk” jakie musiałem stoczyć debatując na rozprawach albo zręcznie wymigując się z sideł nastawionych na mnie przez możnych, ot co! – mówił w trakcie spacerów do swej najdroższej córki.

Tylko ona mu została, jedyne, ukochane dziecko. Spadkobierczyni, która nie odziedziczy po nim nic. Następnego kasztelana wybierze książe i można być pewnym, że za nic nie pozwoli sprawować takiej funkcji kobiecie. Jako kochający ojciec nie mógł bezczynnie patrzeć jak przyszłość własnego dziecka staje się niejasna  i odkładał zaoszczędzone pieniądze na możliwie największy posag, który mógł stać się gwarantem dobrego małżeństwa. Odchodząc od okna spostrzegł ruch w swojej komnacie. Nie mógł rozpoznać twarzy. Świece przygasały, a panujący półmrok nie ułatwiał Henrykowi zadania. Nie czuł strachu. Do komnaty mają wstęp jedynie trzy osoby: skryba, służka i Elżbieta.
– Tato, nie możesz pracować w takich ciemnościach – łagodny głos rozniósł się w powietrzu powinieneś odpocząć.

Podchodząc bliżej Elżbieta ukazywała wszystkie swoje wdzięki. Długie, kasztanowe włosy współgrały z zieloną suknią w kwieciste wzory, którą postanowiła założyć. Pomimo dość pospolitego kroju, nie potrafiła ukryć wszystkich zalet ciała, które już w młodym wieku zachwycały wszystkich chłopców i mężczyzn znajdujących się w otoczeniu Elżbiety. Całą urodę odziedziczyła po matce, z której śmiercią kasztelan nie mógł się nigdy pogodzić. Córka przypominała mu każdym gestem i spojrzeniem dawną damę serca. Przyłapywał się na myśli, że traktuje dziecko jak krzywe odbicie małżonki, a przez to staje się nadopiekuńczy. Wiązało się to z pewnym zrozumieniem ze strony Elżbiety, jednak ta z czasem zaczynała tracić cierpliwość wobec przesadnych uwag ojca.

– Wiem, córko. Właśnie zrobiłem sobie przerwę. Muszę odpisać na korespondencje z sąsiednich kasztelanii. Myślałem również nad zorganizowaniem turnieju. Mielibyśmy znakomitą okazję do goszczenia możnych i rycerstwa… – Henryk usiadł na krześle i splótł palce, na których znajdowały się różne sygnety, będące świadectwem zarówno hojności jego przełożonych, jak i własnych zasług.

– I poszukania odpowiedniego kandydata na męża dla mnie.
Niezręczna cisza zapanowała w komnacie. Czuł na sobie przenikliwy wzrok córki.

– Zawsze miałaś cięty język, ale masz rację. Elżbieto, muszę zapewnić tobie dobrą przyszłość. Nie będę przecież żył wiecznie, a nie mam dziedzica, syna, który mógłby cię wesprzeć, gdy mnie zabraknie. – zrozumiał, że zaczyna tłumaczyć się przed własnym dzieckiem i zmarszczył brwi – Robię to z myślą o tobie. – skwitował.
– Jeśli tak jest naprawdę to czemu nie pozwolisz mi samej wybrać?

Elżbieta starała się iść jak najbardziej wyprostowana w trakcie swojego pochodu wokół sali.

– Dumna i harda – pomyślał Henryk – zupełnie jak matka!
Wzrok córki zatrzymał się na jego twarzy.

– Ojcze, z kimże chciałbyś mnie złączyć? Haugwitzowie? Kreckwitzowie? Może  Rabenauowie? Z rycerstwa pozostało tak niewiele Polaków na tych ziemiach!

– Piastowie od zawsze łączyli się z rodami niemieckimi, czeskimi, czasem węgierskimi. To polityka, moje drogie dziecko…

– A jacy z nas Piastowie?! – głos Elżbiety zmienił tonację na całkowicie wrogą – Boczna gałąź i tak zresztą podważana przez wszystkich dookoła. Mieliśmy zbyt wielu bękartów w rodzinie!

Słowa córki cięły głębiej niż niejeden miecz.

– Dlatego musimy naprawić swój prestiż. I zapewnić tobie spokojne życie. – kontynuował spokojnie tracąc z poprzedniej czułości.

– Prestiż? To wszystko czym się przejmujesz? Jak wyobrażasz sobie…

– Dość! – Henryk wstał uderzając pięścią w stół – Nie będę dłużej tego znosił. Próbowałem i próbuję być dla ciebie jak najbardziej wyrozumiały, ale jedyne z czym się spotykam to twoje narzekanie i dąsanie się, Siadaj i słuchaj mnie!

Twarz kasztelana poczerwieniała od złości. Przez moment Elżbieta zamarła, bojąc się, że obudziła złą stronę ojca. Stronę, którą poznali wszyscy niegodziwcy i przestępcy, których wina została udowodniona przed sądem. Henryk był bezwzględny wobec każdego złodzieja mordercy i gwałciciela, jaki pojawił się we Wrocławiu. Legenda ponurego kasztelana krążąca po karczmach kontrastowała z tym, co na co dzień widziała Elżbieta. Dopiero takie sytuacje jak ta, sprawiały, że zaczynała uświadamiać sobie smutną prawdę; jej ojciec nie jest jedynie spokojnym rodzicem, ale zarządcą odpowiedzialnym za respektowanie prawa na swoich włościach.

– Jak sobie życzysz, ojcze.

Opuściła komnatę próbując nie dać po sobie poznać jakiejkolwiek oznaki słabości. Wewnętrznie wrzała. Czuła narastającą złość zmieszaną z lękiem. Jednocześnie chciała przepraszać i krzyczeć. Nie obejrzała się za ojcem. Wiedziała jednak, że ten bacznie ją obserwuje i będzie to robił dopóki nie wyjdzie, by potem pogrążyć się w swoich dekretach i listach.

***

    Noc spowiła Wrocław dając jego mieszkańcom okazję do upragnionego snu, Miejskie latarnie delikatnie rozświetlały rynek i główne ulice, przez które tylko nieliczni “wytrwali” przewijali się, upojeni alkoholem z wciąż otwartych tawern. Czas odpoczynku i spokoju nie został jednak dany tej nocy wszystkim. W świetle księżyca przewijał się cień nieznanej sylwetki. Zakapturzona postać biegła zaułkami unikając patroli strażników i spojrzenia zbyt ciekawskich oczu. Wychodząc za obszar murów miejskich Konrad zdjął nakrycie z głowy i popędził wzdłuż brzegu Odry. Trasę znał wyśmienicie, niejeden raz pokonywał ją, zarówno dniem jak i nocą. Wycie wilków nie przestraszyło go ani przez moment, choć po czasie wydawało się coraz bliższe. Oczy wkrótce przyzwyczajone do wszędobylskiej ciemności dostrzegły zarysy zagajnika znajdującego się tuż za brodem. Dokładnie dwa tysiące osiemset trzydzieści dwa kroki. Nie mógł nie liczyć, gdy pokonywał tę trasę tak często. Zjawił się o wskazanej porze. Cisza. Rozejrzał się wokół w nadziei na ujrzenie celu swej wędrówki. Pustka. Poczuł niepewność w sercu ale postanowił poczekać.

– Może jeszcze się zjawi? – pomyślał w duchu.

Nie mylił się. Po kilku minutach z gąszczu wyłoniła się znajoma postać. Elżbieta nie wyglądała jednak tak samo jak zawsze. Biegła w stronę Konrada ze łzami na twarzy. Wtuliła się w objęcia kochanka i osiadła razem z nim na głazie.

– Co się stało?

Nic nie powiedziała. Dał jej chwilę na zebranie się do odpowiedzi. Wiedział, że w takich chwilach musi poczekać. Nie mógł znaleźć odpowiedniego słowa na pocieszenie, nie znając przyczyny rozpaczy.

– Wszystko przepadło! Zadecydował! – głos Elżbiety urywał się, gdy nie mogła złapać oddechu – Wszystko na nic! On… on chce wybrać mi męża z rycerstwa…

– Tego można się było spodziewać – Konrad pozostał spokojny, choć na jego twarzy zagościł smutek – najdroższa, nie powiedziałaś mu o nas?

– Nie mogłam, on był już zdenerwowany. Zresztą gdyby się o tobie dowiedział mógłby wpaść w szał, a wtedy nie wiem czy w ogóle byśmy się spotkali. Na pewno nie tej nocy.

Elżbieta oparła głowę na ramieniu Konrada. Czuł jej szybki oddech i każde drżenie spowodowane wybuchem płaczu. Dawno nie widział ukochanej w takim stanie.

– Wiadomo, kim będzie twój mąż?

– Co za różnica?! Obojętnie kogo wybierze i tak będę nieszczęśliwa! Konradzie, uciekajmy stąd! – prosiła, nie mogąc uspokoić własnych nerwów.

– I tak nas znajdą… nawet mniej znacząca piastów na będzie poszukiwana – z oczu Konrada uleciała łza – naprawdę chciałbym, tak bardzo chciałbym…

Przytłaczająca cisza potęgowała smutek jaki ogarnął zakochanych. Skrzętnie ukrywany związek przed całym światem musiał dobiec końca. Przynajmniej wszystko na to wskazywało. Ledwo słyszalne wycie wilków wydawało się wyrażać jedynie tęsknotę i ból, jakie nosili w swoich sercach. Elżbieta wpatrzyła się w ziemię w milczeniu, doszukując się w wszechobecnej ciemności odpowiedzi na pytanie o swoją przyszłość. Konrad starał się zapanować nad własnymi emocjami, choć przegrywał w starciu z poczuciem bezsilności. Tutaj ich drogi miały się rozejść.

– Co teraz zrobimy? – spytała Elżbieta nie podnosząc wzroku utkwionego w dół – Pamiętasz, co mówiłam gdy po raz pierwszy się tutaj umówiliśmy?

– Że to będzie musiało mieć swój koniec, wiem. Jestem myśliwym, a ty córką kasztelana. Nasza miłość nie mogła… nie może…. – tym razem głos Konrada urwał się. Nie znosił okazywać słabości, nie przy niej.

– I nigdy nie uda się – skończyła Elżbieta

– Najdroższa, tyle bym oddał. Tyle mógłbym poświęcić. Nie wiem, czy uda mi się wrócić do normalnego życia. Tym bardziej tobie.

Wyciągnął dłoń w stronę jej twarzy. Zimny dotyk wzbudził dreszcze na ciele Elżbiety. Chciała uciekać i zostać, kochać i znienawidzić. Wiedziała, że przedłużanie emocjonalnej agonii nie ma już sensu, ale nie mogła oprzeć się pokusie pozostania u boku ukochanego przez następną chwilę… i kolejną. Nie liczyli czasu, nie wiedzieli ile spędzili opłakując swój los w zagajniku, który dotychczas kojarzył się z samymi szczęśliwymi momentami. Chwile milczenia przerwał Konrad.

– Skoro to nasze ostatnie spotkanie, chcę żebyś zatrzymała to. Na pamiątkę – mówiąc to zdjął ze swojej szyi naszyjnik, który włożył w ręce ukochanej.

– Co to takiego?

– Kieł wilka. Pierwszego, jakiego upolowałem. Może będzie ci przypominał o tym, co nas łączyło.

Pocałowała go. Łzy znów napływały do oczu, gdy uświadomiła sobie, co ją czeka.

– Może straciliśmy naszą przyszłość, ale tej nocy…

– Nikt nam nie zabierze.

Wymienili kolejne pocałunki. Ta noc należała do nich.

***

    Późnym rankiem Henryk zmierzał do swojej pracowni obwiniając się o zbyt długi sen. Praca wydawała się nie mieć końca, a spora część dnia już poszła na marne. Po drodze postanowił jednak sprawdzić jedną rzecz, przez wzgląd na ojcowską opiekuńczość. Uchylił drzwi od komnaty Elżbiety, by upewnić się, że wszystko u niej w porządku. Delikatnie popychając klamkę zajrzał do środka. Córka spała bezpiecznie. Nie chciał jej obudzić, zatem po cichu ruszył w kierunku własnej sali. Po drodze rozmyślał nad wczorajszą rozmową.

– Może nie powinienem był tak naciskać? – pytania krążyły głowie kasztelana – Z drugiej strony robię to, co konieczne.

– Mój panie! – skryba oczekiwał już na miejscu – gołębie przyniosły wieści. Książe świdnicki organizuje ucztę i zaprasza wszystkich śląskich władców i ich dwory. Czy zechcesz również…?

– Nie teraz – przerwał Henryk – zacznijmy od istotniejszych spraw.

– Jak sobie życzysz, panie. Oto lista oskarżonych o wszystkie przestępstwa tego tygodnia. Mamy nawet mordercę.

– Czemu dopiero teraz się o tym dowiaduję? – kasztelan nie ukrywał zaniepokojenia. Zmarszczył brwi, co od razu zdyscyplinowało skrybę.

– Morderstwo miało miejsce tuż nad świtem, ale został złapany niemal na gorącym uczynku.

– Chcę z nim rozmawiać osobiście.

– Tak panie! – odpowiadając, sługa popędził co sił w dół po schodach, po drodze strącając

świecznik.

***

    Elżbieta po wstaniu z łóżka nie mogła zjeść śniadania. Przebrała się, po czym ruszyła w stronę komnat ojca. Pogodziła się ze swoim losem i chciała negocjować wybranie możliwie najodpowiedniejszego kandydata do poślubienia. Oczy, nadal zaczerwienione, nie mogły już wylać ani jednej łzy. Postanowiła przekuć własną krzywdę na zbroję, której nikt nie będzie w stanie przebić. Postępowała tak, jak myślała, że postąpiłaby jej matka. Tak słabo ją pamięta, ale wiedziała, że była silną kobietą. A może chciała tak myśleć.

– Ojcze, przemyślałam całą sprawę, przepraszam za moje zachowanie. – rozpoczęła zaraz po otwarciu drzwi.

– Elżbieto, jak Ty wyglądasz? – Henryk nie ukrywał zdziwienia – Co ci się stało? Cała rozczochrana, oczy czerwone. Coś złego ci się śniło? – kontynuował.

– Tak. – stwierdziła stanowczo, mając nadzieję, że się nie wyda – Nie o tym chciałam jednak rozmawiać. Myślę, że sprawa turnieju rycerskiego…

Trzask zamykanych drzwi przestraszył zarówno Henryka i Elżbietę

– To on panie!

Skrybie towarzyszył strażnik trzymający skrępowanego więźnia.

Nie mogła uwierzyć własnym oczom. Tak samo Konrad. Patrzyli na siebie z wielkim zdziwieniem, choć nie mogli przyznać się do swojej znajomości. Myśli krążyły chaotycznie w głowie Elżbiety. Nie wiedziała skąd i dlaczego jej ukochany trafił do więzienia. Musiała działać.

– Kto to jest ojcze? – spytała wkładając sporo sił w opanowanie własnej tonacji.

– Oskarżony o dzisiejsze morderstwo. Przyłapany na gorącym uczynku.

– To nie ja! Biegłem przez miasto ale nie zabiłem nikogo. Pomyliliście mnie z kimś innym! – krzyczał niemal rozpaczając.

Dopiero teraz Elżbieta zauważyła ślady bicia na jego ciele.

– Oni już go osądzili – pomyślała – jak to możliwe?

– Udowodnij mi to więźniu. Kto normalny biega w okolicy zbrodni tuż przed świtem, gdy mieszkańcy jeszcze śpią? Ty jesteś mordercą!

Kasztelan zachowywał swój chłód. Był w tym perfekcyjny. Zupełnie jakby czerpał przyjemność z skazywania własnej ofiary.

– Uciekałem… uciekałem ze schadzki z pewną osobą. Nie chciałem żeby ktokolwiek się o tym dowiedział! – z oczu Konrada leciały łzy.

– I mam ci w to  uwierzyć?! A któż to był?

Cisza zapanowała w komnacie. Elżbieta chciała obarczyć siebie winą, ale coś nie pozwalało jej się odezwać. Strach związał gardło dziewczyny nie pozwalając wypowiedzieć najdrobniejszego słowa. Cała trzęsła się, a jej ciało wrzało. Bała się o los Konrada, bo nieważne czy oskarżony o morderstwo czy zdemaskowany jako jej kochanek, nie uniknie kary.

– Nie mogę ci powiedzieć, panie… – Konrad zwiesił głowę w akcie rezygnacji.

– I mam ci w to uwierzyć? Żałosne kłamstwo. Skoro zostałeś przyłapany na ucieczce, nie przysługuje ci nawet żaden sąd. Wiesz, że zmarły został znaleziony ze strzałą wbitą prosto w szyję? Z tego, co ustalono jesteś myśliwym. Nie zamierzam dalej słuchać twoich nędznych tłumaczeń. Zginiesz w uściskach żelaznej dziewicy!

– Nie, nie proszę, nie!

– Ojcze, jesteś pewny? Wszak nie jest wiadome, czy ten mężczyzna zabił kogoś – wypowiedziała Elżbieta próbując zamaskować swój strach.

– Drogie dziecko, powinnaś wrócić do łóżka. Jesteś zbyt wrażliwa, a prawo musi być surowe. Nie mogę pozwolić na darowanie takiej zbrodni, udowodnionej tyloma argumentami. Wszystko wskazuje  na to, że… niejaki Konrad, wrocławski myśliwy, zamordował poborcę podatkowego, gdy ten opuścił swe mieszkanie – odwrócił głowę w stronę Konrada – a ty zdechniesz w lochu za to co zrobiłeś. Wyprowadzić!

***

    Krzyk torturowanych bądź owładniętych obłędem od przebywania w ciasnej celi więźniów niósł się po całych podziemiach. Część mieszkańców twierdziła, że samo piekło zagnieździło się tuż pod miastem i diabły urządzają w nim swoje krwawe uczty. Prawda okazała się bardziej rzeczywista. Od wielu lat plotki o wymierzaniu sprawiedliwości przez kasztelana trzymały cały Wrocław w ryzach. Henryk dopiął swego i wymusił posłuszeństwo przez strach. Z początku sumienie nie pozwalało mu na zbyt częste tortury, po czasie jednak przyzwyczaił się do swoich wyroków i nie unika nawet obserwacji egzekwowania własnych przepisów. Odskocznia od ciężkiej pracy, czy rodzaj pokuty polegającej na oglądaniu cierpienia bliźnich? Nikt nie wie, co kryło się w myślach kasztelana.

Do krat oddzielających część zamkową od lochu podbiegła Elżbieta. Zakryta płaszczem nie chciała wydać swojej tożsamości żadnemu ze strażników i katów, którzy znali wygląd córki Henryka. W rękach trzymała wypełnioną złotem sakwę.

– Kto tam? – zachrypnięty głos przyprawił Elżbietę o gęsią skórkę.

– To nieistotne. Masz, to dla ciebie – wysunęła przez kraty sakiewkę – chciałabym dotrzeć do przetrzymywanego tutaj mordercy.

Chciwe oczy nie mogły oprzeć się żądzy zysku.

– Proszę wejść, zaprowadzę cię.

Widok bliskich śmierci ludzi napełnił Elżbietę wstrętem do własnego ojca. Tutaj wyrozumiałość córki znalazła swoją granicę. Zdała sobie sprawę, że mężczyzna, który codziennie traktuje ją jak skarb, jest potworem, o którym krążą miejskie plotki. Odwróciła wzrok, po czym wbiła go w ziemię. Nie mogła patrzeć, ale musiała słyszeć. Błagania o litość, modlitwy i krzyki – to melodia lochów wrocławskich. Przechodząc wzdłuż głównego korytarza myślała, że zemdleje gdy usłyszała wołania młodej dziewczyny bitej przez dwóch oprawców.

– To ta, która ukradła zapasy ze spichlerza – przeszło jej przez myśl – przecież powinna zasługiwać jedynie na zakucie w dyby…

– To tutaj – strażnik wskazał na zamknięte drzwi – tutaj znajduje się niejaki Konrad, oto klucze.

– A to dodatkowy prezent, będę musiała go wyprowadzić – Elżbieta wsunęła w kieszeń mężczyzny drugą sakiewkę.

– Jesteś pewna pani? Za te pieniądze na pewno ucieknę z miasta przed odpowiedzialnością, za to, co zrobię, ale ty…

– Nie przejmuj się mną, otwieraj i odejdź zająć czymś swoich kolegów – szybko urwała temat.

– Jak sobie życzysz.

Została sama. Powoli włożyła klucz do zamka. Bała się tego, co może zobaczyć po drugiej stronie, zwłaszcza, że nie mogła usłyszeć jakiegokolwiek krzyku. Obawa o najgorsze rosła z każdą sekundą. Pociągnęła za klamkę i otworzyła drzwi. Jej oczom ukazał się wielki, metalowy sarkofag, “żelazna dziewica” jak mawiali ludzie. Nie mogła opanować szarpiących ją nerwów. Ze łzami w oczach otworzyła wieko. Konrad od razu upadł na kolana. Popatrzył na Elżbietę smutnym wzrokiem.

– Nie miałem już sił, żeby krzyczeć,

Całe ciało jej ukochanego spływało krwią. Końcówki kolców wewnątrz sarkofagu miały kolor czerwony.

– Boże… – wyszeptała Elżbieta – zostawili cię w tym czymś, żebyś się wykrwawił.

– Najdroższa – Konrad podniósł zakrwawioną dłoń ku jej twarzy – teraz zabiją nas oboje.

– Nie, uciekniemy! Zabieram cię stąd.

Ujęła rannego za ramię i podprowadziła w kierunku drzwi. Ku jej zdziwieniu stał w nich Henryk.

– Ty! Wiedziałem, że coś jest nie tak. Widziałem to w twoich oczach dzisiaj!

Szarpnął Elżbietę za włosy, a z jej uchwytu wysunął się Konrad i opadł niemal bezwładnie na ziemię. Spod jej płaszcza wysunął się naszyjnik.

– Ha! Kieł wilka! On ci go dał? Wiedziałem, wiedziałem o wszystkim od początku! Myślałem, że pójdziesz po rozum do głowy, ale nie! Byłaś tak uparta! Kontynuowałaś ten romans wiedząc, że nikt na to się nie zgodzi. Nawet gdybym ja popatrzył na to przychylniej… to co z resztą ludzi, dworu, możnych? Czy ty zdajesz sobie sprawę co chciałaś zrobić?!

Twarz kasztelana drżała w wściekłym grymasie. Elżbieta nie wiedziała, co odpowiedzieć własnemu ojcu, bała się, że ją zabije.

– Myślisz, że zabójstwo to był przypadek?! Wszystko ukartowałem! Chciałem się pozbyć tego pachołka i ułożyć twoją przyszłość. Ale ty nadal musiałaś iść w zaparte i przekupić mojego strażnika! Myślisz, że lojalność da się tak łatwo kupić? Jesteś równie naiwna, co głupia! Wracamy do zamku, a jego zostaw. Wykrwawi się i tak, już jest martwy.

– Nie! – wrzasnęła Elżbieta – Nienawidzę cię! – wyrwała się z uścisku ojca i wyciągnęła sztylet schowany głęboko pod ubraniem. Zamachnęła się i spudłowała. Kasztelan wykonał zręczny unik.

– Własne dziecko podnosi dłoń na ojca! Pożałujesz!

Zablokował następny cios Elżbiety i wyrzucił z jej rąk sztylet. Wywiązała się szarpanina. Konrad na chwilę odzyskał przytomność i postanowił działać. Zebrał w sobie całe siły i podczołgał się w kierunku wyrzuconego ostrza. Elżbieta przegrywała starcie z ojcem, który przyparł ją do ściany i zaczął dusić. Nie miała pojęcia jak się uwolnić, gdy nagle poczuła, że zaciśnięta dłoń stopniowo zwalnia swój ucisk. To Konrad wbił sztylet w plecy kasztelana. Elżbieta odepchnęła ojca i z całym impetem kopnęła jego ciało w stronę żelaznej dziewicy. Wrzask Henryka był nie do opisania, gdy naparł całym sobą na kolce znajdujące się w środku. Kochankowie w oka mgnieniu zamknęli i zaryglowali wieko. Konrad opadł ponownie na kolana, stracił resztę sił.

– Uważaj! – Elżbieta klęknęła przy nim i oparła bezwłwadną głowę ukochanego na swoim ramieniu.

– Czuję zimno – wyszeptał Konrad – tak bardzo cię kocham.

Elżbieta nic nie odpowiedziała, Była pewna, że to ostatnie chwile w jego życiu. Złożyła pocałunek na jego czoło i otarła łzy.

– Bądź przeklęta! Ty i twój kochanek! Niewdzięcznica! Morderczyni! Nigdy nie będziecie razem, nigdy nie opuścisz tych lochów! – głuchy krzyk niósł się z wnętrza sarkofagu.

Nie zwracała uwagi na słowa ojca. Czuła, jak ciało myśliwego słabnie stawiając coraz mniejszy opór zbliżającej się śmierci. Popatrzyli sobie prosto w oczy. Konrad otworzył usta, jednak nie zdołał już nic powiedzieć.

– Żegnaj – wyszeptała Elżbieta trzymając w objęciu ukochanego.

***

Nowy świt wstawał nad Wrocławiem. Odra odbijała pierwsze promienie słońca, które wschodząc, budziło mieszkańców swym ciepłem i jasnością. Mieszkańcy nie wyruszyli mimo to do pracy, nie spełniali swoich codziennych obowiązków. Wszyscy pognali pod zamek nadodrzański, by móc zobaczyć na własne oczy tragedię, jaka miała miejsce tej nocy. Oto z wieży zamkowej wyskoczyła córka kasztelana, której ciało leżało w nienaturalnej pozie na ziemi, a jej oczy spoglądały na znajdujące się wyżej okno. Z lochów strażnicy wynieśli następnych martwych. Ludzie nie mogli uwierzyć, widząc zalane w krwi ciało samego kasztelana ułożone obok trupa wczorajszego mordercy – młodzieńca, znanego ze swojego myśliwskiego fachu.

– Jak to się stało? Kasztelan Henryk i jego córka nie żyją? Myśliwy uciekł z lochów i ich zabił, a potem sam zginął? – Ludzie dyskutowali nie mogąc ustalić jednej, w miarę logicznej wersji wydarzenia.

– Może rodzina myśliwego chciała się zemścić na włodarzach? – propozycji nie było końca.

– Mówcie co chcecie – stwierdził jeden z mieszkańców – ale pierwszy był mordercą, a drugi złoczyńcą. Tylko córki żal.

Reszta przytaknęła.

– Może następny kasztelan okaże się lepszy? – kolejny głos uniósł się w tłumie.

– Kto wie? Wracajmy do pracy, nic tu po nas.

***

    Po zamku wrocławskim nie pozostał żaden ślad. Gdy przebudowa dobiegła końca, powstał na jego miejscu piękny gmach uniwersytetu, który co roku gości nowych żaków oraz wypuszcza następne roczniki wykształconej warstwy społeczeństwa. Za dnia miejsce debat, uroczystości i nauczania studentów. Nocą dom białej damy – przeklętej na wieki przez własnego ojca Elżbiety. Podobno po dziś dzień duch córki kasztelana krąży po korytarzach Uniwersytetu opłakując swój los i wołając za ukochanym.

 

Wojciech Kosek


Zdjęcie: Kinga Matyja