Kolejny puzzel marvelowskiego świata. W niecały miesiąc od premiery „Czarna Pantera” zarobiła ponad 500 milionów dolarów, co czyni ją drugim, zaraz po „Avengersach”, najbardziej dochodowym filmem Marvela. Czy słusznie?

Fani jednego z najsłynniejszych uniwersum na świecie podzielili się na dwa obozy, gdy w internecie pojawiły się pierwsze zwiastuny „Czarnej Pantery” w reżyserii Ryana Cooglera. Pierwszymi byli ci, którzy nie mogli się jej doczekać. Innych natomiast ta wizja wcale nie przekonywała, a na premierę mieli zamiar udać się bez większych oczekiwań. Muszę przyznać, że sama należałam do tej drugiej grupy. Na początku Czarna Pantera jako superbohater, niespecjalnie zdobył moją sympatię i zdziwiłam się odrobinę, kiedy Marvel swoje najnowsze dziecko postanowił w całości poświęcić księciu T’Challi i obywatelom Wakandy. Szczególnie, że jego postać pojawiła się stosunkowo niedawno, a dobrze znane postacie jak np. Black Widow wciąż nie doczekały się swojego spin – offa. Jednak już po seansie mogę powiedzieć jedno – pozytywne zaskoczenie! W czasach, kiedy superbohaterowie przestają być czymś „super”, Marvel wciąż musi szukać nowych ścieżek, by pozostać na rynku. I tego z pewnością nie można mu odmówić w tym przypadku.

Wszyscy miłośnicy tego uniwersum wiedzą o istnieniu Wakandy – afrykańskiego państwa, które swoją technologią przekracza kompetencje jakiegokolwiek innego kraju. To stamtąd pochodzi vibranium, czyli najtwardszy istniejący metal na ziemi, z którego między innymi wykonana jest tarcza Kapitana Ameryki. Jednak księcia T’Challę poznaliśmy dopiero w filmie Kapitan Ameryka: Starcie Bohaterów (2016), kiedy jego ojciec, król T’Chaka zginął w zamachu na międzynarodowej konferencji w Wiedniu, a on sam podczas walki stanął u boku Tony’go Starka, czyli Iron Mana.

I tak naprawdę wtedy zaczyna się akcja właściwej „Czarnej Pantery” – następca tronu (Chadwick Boseman) udaje się do ojczyzny, by objąć rządy. I choć pozornie nic nie stoi mu na przeszkodzie, chwilowo pozbawiony swoich nadludzkich mocy musi stoczyć równą walkę z M’Baku (Winston Duke), pretendentem do tytułu z plemienia Jabari. Wygrywa jednak T’Challa. Daruje przeciwnikowi życie i zasiada na tronie jako prawowity następca, słuchając rad matki (Angela Basset) i współpracując z młodszą siostrą Shuri (Lelita Wright), która czuwa nad postępem technologicznym w całym kraju. Kłopoty pojawiają się niemalże od razu, gdy na horyzoncie pojawia się wróg z przeszłości Klaw (Andy Serkis) i kradnie z brytyjskiego muzeum wakandyjską broń wykonaną z vibranium. Afrykańskie imperium jednak od stuleci chroni swoją prywatność, a przedstawiciele innych narodów, oprócz Klawa, nie mają pojęcia o ich technologicznych możliwościach. W pościgu za europejskim złoczyńcą towarzyszy mu ukochana Nakia (Lupita Nyong’o) i naczelna wojowniczka królewskiej gwardii Okoye (Danai Gurira). W rzeczywistości to nie pogoń za bandziorem jest największym problemem T’Challi. Dowiaduje się on bowiem brutalnej prawdy o swojej przeszłości, o ojcu, który zawsze był dla niego autorytetem, wzorem do naśladowania, a także staje przed bardzo trudnym wyborem – czy Wakanda wciąż powinna zostać ukryta przed światem zewnętrznym, czy może w końcu wyjść mu na przeciw i pomagać bardziej potrzebującym?

Takiego dylematu z pewnością nie ma Erik Killmonger (Michael B. Jordan), który okazuje się być kuzynem króla, a więc według hierarchii również może walczyć o tytuł monarchy. Co gorsze (lub lepsze), wygrywa z T’Challą kolejny pojedynek i przejmuje władzę nad Wakandą, pragnąc przesłać vibranium do wielu krajów, by uzbroić w niezwyciężone narzędzia zwykłą, nieświadomą niczego ludność. Ale jak to już w Marvelu bywa, sprawiedliwość zostaje wymierzona, w czym pomagają prawdziwej Czarnej Panterze plemię Jabari, siostra, armia Okoye i agent śledczy Ross (Martin Freeman).

I tutaj nadchodzi moment pochwał i krytyki. Zacznijmy może od gry aktorskiej. Cała, w większości czarnoskóra, obsada „Czarnej Pantery” poradziła sobie bardzo dobrze. Jedni lepiej, drudzy gorzej, ale w ogólnym rozrachunku i tak świetnie. Muszę jednak przyznać, że mnie osobiście bardziej fascynowały postacie drugoplanowe i ich problemy, niż sam główny bohater. A to chyba nie tak powinno do końca być. Chadewick Boseman nie wykazał się w stu procentach i czegoś zabrakło mi w jego charakterze. Większą charyzmą popisał się zdecydowanie Michael B. Jordan, znany już z innego filmu Cooglera, czyli „Creed: Narodziny Legendy” z 2015 roku. To samo odczułam w przypadku Lelity Wright, czyli filmowej Shuri.

Przechodząc do kwestii scenariusza – niektóre wątki mogłyby być bardziej rozwinięte, jak na przykład Klawa. W pewnych momentach czegoś brakowało, ale w odróżnieniu od większości filmów MCU, Czarna Pantera spokojnie może występować jako osobny film,  bo nawet widz, który dopiero rozpoczyna przygodę z tym światem, będzie się bardzo dobrze bawił w kinie. A tę zabawę w większości zapewniają dialogi i relacje między bohaterami, głównie w sferze rodzinnej między T’Challą a Shuri. Ich relacja była tak prawdziwa, że posiadacze rodzeństwa z pewnością zrozumieją pewne zachowania i docinki.
Największe wrażenie robi tu jednak świat przedstawiony – od niesamowitych afrykańskich rytuałów, przez kolorowe stroje i charakteryzację, aż po stworzenie niesamowitych grup bohaterów, na których opiera się cała fabuła. Szczególną rolę w tym obrazie pełnią kobiety, a tak właściwie ciemnoskóre wojowniczki feministki, niejednokrotnie ratując mężczyzn z tarapatów.

Pewne sceny wydawały mi się jednak znajome, jakbym już gdzieś je widziała. Scena w kasynie na myśl przywodzi Jamesa Bonda, a pustynne krajobrazy Wakandy to nieanimowana wersja widoków z „Króla Lwa„. Czym więc wyróżnia się to dzieło na tle pozostałych? Jest świeże, a przede wszystkim porusza niesamowicie ważne problemy społeczne, jak radzenie sobie z nierównością rasową i niewolnictwem.

Dwie ostatnie rzeczy, na które można jeszcze zwrócić uwagę. Efekty specjalne są przyzwoite, ale nie fenomenalne, za to te drobne niedociągnięcia rekompensuje soundtrack Kendricka Lamara.

Czy „Black Panther”, czyli „Czarna Pantera” to arcydzieło? Nie. Czy jest najlepszym dzieckiem Marvela? Nie. Ale czy jest czymś innym i nowym? Zdecydowanie tak. I chociażby dlatego warto wybrać się do kina.


Autor: Karolina Szachniewicz
Zdjęcia: mat.pras., YouTube, traileraddict.com