Czy film może być niezwykłym kinowym widowiskiem, zbierającym świetne recenzje, a jednocześnie stać się finansową porażką? Jak widać może. Udowodnił to najnowszy Blade Runner.


Kręcenie seqeli to stąpanie po grząskim gruncie. Zupełnie nową koncepcją reżyser naraża się wiernym fanom pierwowzoru. Za to zbytnim przywiązaniem do poprzedniej części może może zdezorientować nowych widzów, którzy „klasyka poprzedniej epoki” nie widzieli. Nowy „Łowca Androidów” cierpi na tę drugą przypadłość. Co tylko dodaje mu uroku.

Tylko na wielkim ekranie

Reżyser Denis Villeneuve kolejny raz nie poszedł na łatwiznę. Nie chciał oszałamiać możliwościami komputerowej animacji, wzorem sennych igraszek w „Incepcji” albo kosmicznych slow-motion w „Avatarze”. Łowca androidów powolnym ruchem kamery, zimnymi kolorami i hipnotyzującą grą świateł pokazuje jałowość chylącej się ku upadkowi planety Ziemia i jej mieszkańców. Wszystko to podkręcone mrocznymi tonami Benjamina Wallfischa i Hansa Zimmera wbija w fotel.

Mroczne, deszczowe Los Angeles, latające retro-pojazdy, ogromne hologramy – są tak autentyczne, że wydają się być nie wizją, a prognozą. Przypomina to pierwszego „Łowcę Androidów”, jednak bardziej przytłacza swoją surowością. Reżyser uchwycił idealny balans między tym co już było, a tym, co chciał dodać od siebie.

Najsłabiej wypadają sceny wszelkich pojedynków – walki wręcz, czy strzelaniny. Choć dość minimalistyczne, wciąż za długie. I zbyt hollywoodzkie. Za każdym razem, kiedy bohater zostaje „ostatecznie powalony”, po chwili znów wstaje i wszystko zaczyna się od nowa. Na szczęście scen takich jest niewiele.

Bez pośpiechu

Chociaż to dla świata przedstawionego wielu z nas ogląda Łowce Androidów, to film nie miałby swojego wydźwięku, gdyby nie wyjątkowe postacie. Tym razem, bardziej niż w pierwszym Blade Runnerze, czuje się chłód i obojętność bohaterów. Szczególnie zestawienie głównego bohatera, oficera K. i innych postaci stawia pytanie: „Kto właściwie jest tu robotem?”

W kinie, na Blade Runner’ze spędzimy ponad dwie i pół godziny. W odróżnieniu od wielu dzisiejszych produkcji akcja nie pędzi na złamanie karku, jakby bano się, że widz znudzi się i ziewając wyjdzie z kina. Denis Villeneuve podobnie jak Riddley Scott w pierwszym Łowcy Androidów daje wybrzmieć scenom. Pozwala odbiorcy wczuć się w nastrój, zanim fabuła ruszy dalej. A to daje też możliwość aktorom dokładniejszego wygrania swoich scen, a co za tym idzie, stworzenia niezapomnianych kreacji.

Dla wielu dużym zaskoczeniem może być sama gra aktorska Ryana Gosslinga, który jako oficer K. sprawdził się doskonale. Ta kreacja, na długo zapadnie w pamięci fanów serii. Szczególnie, że można jednocześnie porównać to z grą jego poprzednika, Harrisona Forda.

Finansowa katastrofa?

Chociaż krytycy i wierni fani są zachwyceni, film póki co nie zarobił jeszcze na siebie. Twórcy jakby zapomnieli o promocji. Bazując tylko na fanach pierwszej części, nie przypomnieli o niej światu, tak jak zrobiono to w przypadku Gwiezdnych Wojen. (Postacie świata Star Wars naprawdę były wszędzie, jak Che Guevara: „na szklankach i na firankach”.)

Pytanie tylko, czy nie wpłynie negatywnie na ukazanie się kolejnych części. Byłaby wielka szkoda. Blade Runer 2049 ma oczywiście kilka słabych stron, ale wciąż wart jest wydanych w kasie biletowej pieniędzy.

 


Autor: Kamil Kuchta