Pierwszy palec pan Jacek odciął sobie tuż po narodzinach córki. Połowę drugiego, na tydzień przed tym, jak urodził mu się syn. Dzisiaj śmieje się, że dzieci przynoszą mu szczęście. – pisze Kamil Kuchta.

– Inną sprawą jest, że to po prostu choroba zawodowa – mówi z uśmiechem na ustach. – Dawno nie spotkałem stolarza, który by miał wszystkie palce.

O „chorobie zawodowej” wspomina też jego córka, Monika:

Dla nas z bratem te palce były raczej zabawne. Jak na przykład tato robił krokodylka z kciuka (w którym rozciął sobie torebkę stawową), albo jak przychodziło jakieś nowe dziecko, to przykładał ten do połowy obcięty palec wkładał do nosa i pytał się, czy też potrafi tak głęboko gmerać.

Swoją stolarnię Jacek Lewandowski otworzył mając szesnaście lat. Początkowo na ojca. Gdy miał dziewiętnaście lat, firma przepisana już była na niego. Ojciec trochę go wyszkolił, bo pracuje w budowlance, ale większości nauczył się sam.  Stąd też stare nawyki. Dla niego w stolarni nie ma czasu na przepisy BHP.

Kiedyś ojciec podjeżdża pod dom. No i mija pięć minut, a on nie wchodzi. Że wszedł po cichu to nie możliwe: my zawsze wrzeszczymy „cześć” od wejścia – śmieje się córka. – No to schodzę zobaczyć co jest grane i patrzę, a ojciec leży głową na kierownicy… lakierował i nie chciało mu się szukać maseczki

Rodzina Lewandowskich przywykła już do tego, jaki jest uparty. Martwią się, ale trudno przemówić do rozsądku człowiekowi, który od trzydziestu lat robi wszystko po swojemu. Historia z palcami powtórzyła się jeszcze kilka razy. Nikogo już nie dziwiło, gdy okazało się, że ojciec przykleił odcięty opuszek taśmą izolacyjną i dopiero, gdy skończył pracę, pojechał do szpitala.

Pięć lat temu miał poważny wypadek samochodowy. Lekarze zastanawiali się nad amputacją ręki, udało się ją jednak uratować montując blaszkę i kilka śrub w jego prawym łokciu. Po roku miał się zgłosić na usunięcie tych elementów. Nie zrobił tego. Nie miał czasu. Pracował.

 

Złapać kolor

To bardzo często on jako pierwszy wchodzi do pustego, nowo wybudowanego domu. Widzi tylko gołe ściany. To od niego w gruncie rzeczy będzie zależało, jak to miejsce będzie prezentowało się na końcu. Klienci polecają go sobie pocztą pantoflową, dlatego często dają mu wolną rękę, dając jedynie kilka wskazówek.

Jest trochę jak malarz. Dom to tylko czyste płótno. Zaplanuje nie tylko meble, ale i schody, parapety, wykończenia. Wszystko musi ze sobą współgrać. Trzeba zwrócić uwagę na światło. Na przykład, przy wschodnim oknie inaczej będzie wyglądać mahoniowa komoda, a inaczej sosnowa. Liczy się każdy detal. Czasem siedzi wieczorem przed telewizorem i przez kilka godzin struga uchwyt do drzwiczek. Stolarka to praca na pełen etat. Szczególnie, jeśli ktoś wkłada w to tyle pasji. Poza tym jest jeszcze wena. I jej brak. Zdarza się, że on leży cały dzień na kanapie, a potem nagle pracuje nieprzerwanie przez dwie doby.

Któregoś razu widzę, że siedzi drugi dzień w domu, chociaż za niedługo miał oddać wykończone mieszkanie. Pytam, czemu nie pracuje, a on odpowiada, że nie może złapać koloru… roześmiałam się i machnęłam ręką. Babcia ponoć mówiła mamie: Nie wychodź za artystę – mówi córka Monika.

Taki tryb pracy nastręcza jednak problemów. Klienci, chociaż zadowoleni z efektu, są wściekli z powodu opóźnień. Co z tego, że meble są piękne, skoro musieli czekać na nie dwa miesiące po terminie! A dlaczego? Bo stolarz nie miał weny. Mimo tego, panu Jackowi nie brakuje zleceń. Wściekłość przemija, meble pozostają.

Stodoła na klasztornej

Można przejść ulicę Klasztorną cztery razy i wciąż nie zobaczyć stolarni. Ją trzeba usłyszeć.  Pospolity metalowy płot, za nim rzadki trawnik. Dwie stare przyczepy kampingowe, taczka i sterta cegieł. Przez środek prowadzi błotnista ścieżka, na końcu stoi stodoła. Zza ogromnych, drewnianych drzwi słychać równomierne odgłosy ciecia piłą.

W środku ciepło, zaduch. W rogu stoi czarny, osmalony piec. Na środku wielka, pokryta zieloną emalią maszyna z metalowym blatem. Ze szczeliny po środku wystaje piła tarczowa. Wygląda na ostrą. Lepiej nie sprawdzać. Ściany obwieszone są różnymi narzędziami i przyrządami.

Wszędzie kłębią się wióry drewna, całe pomieszczenie przesiąknięte jest zapachem trocin. Przy każdej z maszyn leży mały kopiec. Tu nie ma czasu na sprzątanie. Sprężonym powietrzem zdmuchuje się resztki z blatu i do pracy.

Jacek – niewysoki, ale postawny mężczyzna, kręci się między maszynami. Ubrany w brudne od farby, robocze spodnie, wytartą koszulkę i czapkę z daszkiem. Zawsze wychodzi do pracy w czapce. W środku zimy i w pełni lata. Nie oznacza to jednak, że wstydzi się swojej łysiny. Wręcz przeciwnie, żartuje i chwali się nią na prawo i lewo. Czapka to raczej element praktyczny.

Choć spędza w stolarni mnóstwo czasu i na pewno jest to dla niego strefa bardzo osobista (może nawet intymna?), to jednak często ktoś się przez to miejsce przewija. Dziś to akurat syn, Michał i jego dwóch kolegów: Rudy i Marcin. Stary stolarz wychodzi z założenia, że trzeba ułatwiać. Że jeżeli ktoś naprawdę chce pracować, to trzeba dać mu okazje. Oczywiście nie zbawia całego świata, ale syn z kumplami przychodzą dość regularnie. Szczotkowanie maszyny przez sześć godzin to też nauka.

 

Trociny i lakier

Lekarze doradzali jedno: zmienić zawód. Stolarka to w głównej mierze duży wysiłek fizyczny. Pan Jacek ma już obie ręce w opłakanym stanie. Jedną, ponieważ nie wyjął śrub, drugą, ponieważ obciążał ją, gdy pierwsza niedomagała. Może też zatrudnić pracownika, który wykona najcięższe fizyczne prace. Próbował. Tylko, że szybko okazało się, że: „jak młody to niedoświadczony, jak starszy to cwaniak, albo ma podobne problemy zdrowotne”. Jego córka w tym wszystkim widzi jeszcze jeden problem. Jej ojciec jest zupełnie bezkompromisowy. Jeżeli ktoś nie ma wspólnej z nim jakiejś wizji, czegoś nie rozumie – ojciec od razu wpada w złość. Dla niego coś jest oczywiste, bo jest to w jego głowie. Głowie artysty.

Zapytany o to, czy uważa stolarkę za fach wymierający odpowiada, że i tak, i nie. Takie meble to bardzo droga rzecz, więc w Polsce tylko bogaci zamawiają. Reszcie zostaje Ikea. A z drugiej strony wielkich pieniędzy z tego nie ma, więc młodzi się w to nie pchają.  Teraz jest jeszcze wiele zakładów stolarskich. Ale często już tylko z nazwy. I z sentymentu. Gdy Monika była mała, zrobił jej do pokoju meble. Śliczną jasną, sosnową komodę, szafę, biblioteczkę i biurko – wszystko zdobione misternymi żłobieniami. Gdy Monika się wyprowadzi zabierze meble. Nie będzie musiała kupować składaków w Ikei. Jej dom pachnie trocinami i lakierem. Będzie mogła zabrać cząstkę tego ze sobą.

Autor | Kamil Kuchta

  • Na prośbę Pana Jacka jego rodowe  nazwisko zostało w tekście zmienione.
PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułWiem, co czują moi tancerze
Następny artykułCo ciekawego na Uwr?
Nigdy nie był typem samotnika. Lubi zarówno słuchać, jak i opowiadać. Od kilku lat zafascynowany podróżami, zbiera ciekawe historie od innych. Lubi dzielić się nimi pisząc teksty, czy opowiadając o nich w radiu. Prowadzi audycję Backpacker Cave w Uniradiu, oraz pisze dla Nowego Dziennikarstwa i dla portalu miejscawewrocławiu.pl