Przed nami sesja. Co za tym idzie wielu studentów czas między kolokwiami spędza na przeglądaniu Internetu, oglądaniu  filmów pełnometrażowych i odcinkowych.  Niestety tego serialu nie radzę oglądać w czasie nauki. Breaking Bad  wciąga i uzależnia bardziej niż niebieska metamfetamina – pisze Szymon Zdobylak.

Do dziś żałuję, że będąc w gimnazjum nie odkryłem serialu Breaking Bad. Może po pierwszym sezonie zainteresowałbym się chemią, a moje studia wyglądałyby zupełnie inaczej.  Nawet moja mama, której puściłem pierwszy odcinek serialu Vincea Gilligana, w ciągu trzech tygodni obejrzała wszystkie pięć sezonów.

Breaking Bad swą oryginalnością odstępuje od reszty znanych mi seriali. Prawie każdy odcinek rozpoczyna się nietypowymi, zagadkowymi ujęciami,  mającymi swe rozwiązanie niekiedy na końcu sezonu. Zabieg ten buduje napięcie, zachęcające jedynie do pochłonięcie jeszcze większej dawki serialu. To mieszanka kina akcji, komedii, dramatu i romansu, nie trzymająca się sztywno jednej konwencji.

Same obrazy mają swój nietypowy klimat. Powiedziałbym, że ujęcia można uznać wręcz za artystyczne, których pozazdrościć mógłby nie jeden twórca kina wysokiego. Świat Breaking Bad jest brudny, oniryczny oraz przesiąknięty amerykańskim stylem życia. Wszystkie te elementy idealnie dopełniają i komponują się z fabułą, tworząc świat dilerów, gangów i karteli.

Na gromkie brawa zasługuje cała obsada filmu. Nie mógłbym wyobrazić sobie kogokolwiek innego na miejscu aktorów, którzy swoje role odegrali perfekcyjnie. Każdy z bohaterów ma swój niepowtarzalny charakter, ewoluujący z biegiem wydarzeń. Prawie każdy przeżywa pewnego rodzaju przemianę Gustawa-Konrada.

Choć Walter White (Bryan Cranston) nie należy do grzecznych bohaterów, taki nauczyciel chemii przydałby się w każdej szkole. Wykształcony w jednej z najlepszych uczelni Kalifornii, swymi serialowymi lekcjami inspiruje bardziej niż niejedne licealne zajęcia. Obok niego, ramię w ramię, kroczy inny bohater – rak płuc, który staje się pretekstem do stworzenia narkotykowego biznesu. Walterowi pozostają dwa lata życia, które zamierza spędzić na zarobieniu jak największej liczby pieniędzy, umożliwiających godne, przyszłe życie rodzinie White’ów. Z odcinka na odcinek, z minuty na minutę na naszych oczach,  dochodzi do metamorfozy. Walter  z pantofla i pedanta staje Heisenbergiem – narkotykowym bogiem. Nawet nie wiem kiedy ten skromny nauczyciel zostaje prawdziwym czarnym charakterem, którego losom dalej bacznie się przyglądałem.

Mówiąc o przemianach grzechem było by nie wspomnieć o Jessem Pinkmanie (Aaron Paul) –  wspólniku White’a oraz drugim głównym bohaterze. Kolejności losu i podjęte decyzje odciskają na nim największe piętno. Z drobnego dilera staje się królem. Bez cienia wątpliwości Gilligan jest geniuszem w budowaniu wizerunku swych postaci. To właśnie dzięki roli  Pinkmana Aaron Paul zaczął pojawiać się w wysokobudżetowych produkcjach.

Co do dialogów – idealne. Naturalne, a co najważniejsza nie ciągną się  w nieskończoność. Niektóre ze zwrotów stały się kultowe dla fanów serialu. Mam na tu na myśli zdanie Waltera – I’m the one who knocks , czy też powitanie Jessiego – Yo, Mr. White.

By opisać wartość Breaking Bad nie trzeba słów. Serial broni się sam swymi nagrodami: Złote Globy, Emmy, Saturny, Satelity, Złoty Laury… w sumie 65 wygranych oraz 125 nominacji. Doceniany za grę aktorską, charakteryzację, zdjęcia, scenariusz, montaż i wiele innych. Osobnej serii doczekał się nawet prawnik Waltera – Saul Godman.

Breaking Bad to nowe oblicze chemii, nieznane z szkolnych podręczników lecz także podróż w świat dilerki i brudnych interesów. Jeśli myślisz że to serial nie dla Ciebie, właśnie dlatego powinieneś go zobaczyć. Ja uzależniłem się od wypadów na bezludzia Nowego Meksyku, gotowania metamfetaminy i prania pieniędzy.

Autor | Szymon Zdobylak