O tym, że Wrocław to dawne Breslau, wie prawdopodobnie każdy jego mieszkaniec. Ale nad tym, jak właściwie do tego doszło raczej się nie zastanawiamy. Okazję do refleksji dał jednak studentom profesor Jan Miodek, który w Studenckiej Strefie Kultury wygłosił wykład o tym, jak polskie nazwy pojawiały się na mapie po 1945 roku.


Zacznijmy od początku. Ktoś w końcu musiał z Breslau zrobić Wrocław, a z Kreuzburga Kluczbork. Za słowotwórstwem na Śląsku stoi Komisja ds. Ustalania Nazw Miejscowości utworzona w 1945 roku. Miała ona po wojnie pełne ręce roboty, gdyż ludność napływająca zewsząd na ziemie odzyskane właściwie nie wiedziała, jaki adres wpisać w dokument.

Posługiwanie się nazwami typu Breslau równało się z grzechem, a na tabliczkach nadal widniały przecież niemieckie napisy. Komisja raczej stroniła od dokładnych przekładów z języka niemieckiego. Przydługie słowa, jakie tworzą nasi zachodni sąsiedzi nie pasują do polskiej mowy. Specjaliści ulubowali sobie natomiast staropolskie sformułowania i chętnie korzystali z nich tworząc nowe nazwy. Tę taktykę wykorzystano na przykład w przypadku miasta Friedberg. Nieświadomi nadchodzących zmian mieszkańcy postanowili zamieszkać w Spokojnej Górze. Ich autorska nazwa przetrwała jednak tylko do 1946 roku, kiedy to językoznawcy ogłosili miasto Mirskiem. Mir to bowiem nic innego jak pokój, tylko w wersji staropolskiej (… a mir ludziom dobrej woli). Najprostszym sposobem działania było powracanie do rdzennych nazw miast, które w większości miały pochodzenie starosłowiańskie (czeskie) i zaadoptowanie ich do polskiej mowy. I tak na przykład Breslau (Vratislav) przekształcono na Wrocław, Oppeln (Opoli) na Opole, Schweidnitz (Svidnice) na Świdnice, a Gleiwitz (Hlivice) na Gliwice.

Przepraszam, jak to miasto się nazywa?

Sprawa nie zawsze była taka oczywista. Powojenni mieszkańcy Legnicy przez kilka lat właściwie nie wiedzieli jak nazywa się ich miasto. Rdzenna Lehnica po niemiecku zwana była Liegnitz. Jej mieszkańcy używali obydwu nazw, aż w końcu sami (choć dość nieporadnie) utworzyli sobie wdzięcznie brzmiący miks tych dwóch słów: Lignica. Słynnej Komisji nie spodobało się jednak takie rozwiązanie i oficjalnie ustanowiła Legnicę polonizując to słowo znacznie bardziej.

Komisja nie polonizowała jednak nazw na siłę. Postępując według praw substytucyjnych, często wybierała formy niemieckobrzmiące. Nie chciała przystać na przykład na promowany przez Polaków Kluczborek z rdzennie polską końcówką. Była konsekwentna – skoro z Frauenburga powstał Frombork a z Marienburga – Malbork, Kluczbork był dla Kreuzburga nieunikniony. I choć w tych przypadkach członkowie Komisji wyszli na służbistów i nie dali miejscowym dojść do głosu, nie można powiedzieć, że nie szanowali opinii społecznej. Dali sobie spokój na przykład z Nysą, czy Wałbrzychem, które ustanowili mieszkańcy tych miast.

Co z tym targiem?

Polskie nazwy nie zawsze jednak tworzone były tylko za pomocą końcówek i wymian słowotwórczych. Wpływały na to też inne czynniki. Poniemiecki Neumarkt zapewne najłatwiej byłoby uznać za Nowy Targ. Widocznie według Komisji – byłoby zbyt łatwo. Od dnia, w którym odbywał się na tym terenie owy markt (targ), skonstruowano nazwę Środa Śląska (dodając przy okazji informację gdzie tejże Środy szukać). Tym tropem poszli również członkowie innych podkomisji nadając w całej Polsce podobne nazwy takie jak Sobota, Sobótka czy Piątek.

 


Autor: Aleksandra Strzeszyńska
Zdjęcie: Pexels