Rosnąca od kilku lat popularność wzniosła tego małomiasteczkowego chłopaka na szczyt polskiej sceny alternatywnej. Ekspresowo wyprzedane bilety w całej Polsce. I on jeden. Dawid Podsiadło, na którego Hala Stulecia czekała wypełniona aż po same brzegi.

Chyba wszyscy wiecie, kim jest Dawid Podsiadło. A jeśli nie wiecie, to chyba żyliście pod kamieniem przez ostatnie parę lat. Wygrał X Factora w 2012 roku, by rok później wypuścić swój pierwszy solowy album Comfort and Happiness. Zdobył wiele nominacji i nagród, o jakich każdy człowiek w jego wieku mógłby tylko pomarzyć. Supprtował zespół 30 Seconds To Mars, a sam trzykrotnie był frontmanem Orkiestry Męskiego Grania. Po wydaniu drugiej płyty Annoyance and Disappointment i trasach koncertowych ogłosił, że zawiesza swoją muzyczną działalność na pewien czas.

Warto było czekać

I w końcu doszliśmy do momentu, na który czekali fani w całym kraju. Dawid powrócił i to w wielkim stylu. Z najnowszym Małomiasteczkowym albumem. Tak dobrym, tak dopracowanym i od początku do końca polskim. Ze statusem platynowej płyty już po tygodniu sprzedaży. Z wyprzedanymi biletami na największe sale koncertowe w Polsce, w tym Torwar (czterokrotnie!), Tauron Arenę i naszą wrocławską Halę Stulecia. Najwięksi fani już od południa koczowali na schodach obok Małomiasteczkowego Kiosku. To prawdziwe poświęcenie, zaznaczając, że wstęp był od 18.30, a sam występ dopiero dwie godziny po tym. A jednak – w atmosferze podniecenia i tłumionej jeszcze radości, czas leciał szybko. A wtedy na scenie pojawił się wąs. To znaczy Dawid, oczywiście.

A oczy się błyszczały jak gwiazdy na niebie

Ukochany Wrocławiu, zaczął Podsiadło. A w zasadzie to rozpoczął słowami Biegnij Forest, no i zaśpiewał całą tę piosenkę. Piękne to było bardzo. Ale jeszcze lepsza była reakcja tych wszystkich ludzi, którzy są chyba, oprócz niesamowitej dyskografii oczywiście, jego najlepszą wizytówką. Jeśli to czytacie z nadzieją, że niżej napiszę, że coś mi się nie podobało, to z czystym sumieniem możecie przestać. Jestem pod takim wrażeniem talentu tego młodego chłopaka, że to może brzmieć jak Oda do Podsiadło. Jego starsze utwory w nowych aranżacjach poruszały tak mocno. Oczywiście mam swoich ulubieńców. Cover piosenki Bóg zespołu T.Love, podczas którego cała Hala Stulecia rozbłysła tysiącami latarek. Po zakończeniu sam wokalista przez dobrych paręnaście sekund stał cicho. Myślę, że mu się podobało. Chyba nawet się wzruszył. A publiczność z kolei płakała (nie pierwszy raz zresztą) na Nieznajomym w wersji 4.0, przez zaskakujące połączenie z Tamagotchi. Opowiadał też zabawne historyjki, bo przecież jest znany ze swoich super śmiesznych żartów. Nie jestem w stanie ich niestety przytoczyć, bo ich nie nagrałam. Ale policzki mnie bolały od śmiechu cały czas. A że naszych twarzy, zgodnie ze słowami Dawida, było co najmniej tyle, ile nas, zabawa była przednia. Na powagę i wzruszenie też znowu nadszedł moment. Naprawdę, Nie kłami. Znowu zatrzymał się czas.

I na tańce przyszedł czas

Żeby nie było, że smutno, że tylko płacz, to zdradzę, że ten koncert momentami był świetną imprezą. Nawet Cantate Tutti, której słów wciąż nie rozumiałam, była cudna. Dawid Podsiadło to wybitny tancerz. Co mówimy, mój ukochany numer z trzeciego albumu. No i te kultowe już Trójkąty i kwadraty. Nikt nie mógł powiedzieć, że Nie ma Fal, bo fale były! I to jakie. Za taki występ należały mu się same Trofea. A kiedy już wszystko zmierzało W dobrą stronę, okazało się, że to już koniec. Ale nikt nie był wolny, wszyscy zostali, bo Dawid wrócił. Taki Małomiasteczkowy, a jednak gwiazda. Ale jednocześnie człowiek tak prawdziwy, jeden z najlepszych przykładów na to, że polska muzyka znów przeżywa swój renesans. I porusza ważne tematy. Bo Matylda niby o dziewczynie, a jednak o cyberprzemocy.

Dawid Podsiadło, Mistrz Sceny

Mogłabym wymienić i opisać każdą zaprezentowaną piosenkę, jasne. Nie powiedziałam jeszcze o np. Pastempomacie czy Najnowszym klipie. Po prostu każdy wykon był wyjątkowy, dający ciarki na plecach. Pełen emocji adekwatnych do zaśpiewanych historii. Ale było coś jeszcze. Cała graficzna oprawa koncertu, zasłony, światła, materiał filmowy o miłości. To stworzyło bajkę, klimat nie do podrobienia. Chórki, których tak bardzo się obawiałam, czyli głosy Agi i Julki, a także skrzypce Magdy, tworzyły spójną całość. Olkowi Świerkotowi pragnę podziękować za niesamowite solówki gitarowe. A komunikat o prośbie nienagrywania długich fragmentów występu sprawił, że większość Hali w końcu słyszała. Tak naprawdę. Bo było czego. Idźcie, zobaczcie i posłuchajcie tego wszyscy.


Autor: Karolina Szachniewicz
Zdjęcia: Karolina Szachniewicz