Spójrzcie na swój telewizor. Albo pomyślcie o serialach, jakie obejrzeliście i oglądacie. Fabuła, aktorstwo, obsada, scenariusz… To większości ludzi przychodzi na myśl, gdy pada pytanie o dobre elementy danej produkcji. A czołówka? Nikt o niej w dużej części przypadków zwyczajnie nie pamięta. Ale są takie, które w pamięć zapadły bardzo łatwo – wybrałam właśnie takie: kultowe, pionierskie, oryginalne melodie, które i serialowy, i muzyczny świat zwyczajnie pamięta i pamiętać będzie – pisze Justyna Kościółek.

Słyszeliście kiedyś czołówkę do najstarszego serialu świata? Oto i ona. Pierwszy odcinek „The Twilight Zone” ukazał się w 1959 roku, a widzowie w pierwszej minucie zobaczyli taki wstęp:

Co prawda więcej tu słów niż muzyki, ale to właśnie ta skromna kompozycja otworzyła drzwi innym serialom. Twórcy pierwszej serii „Doctora Who” sami przyznali, że pierwotna czołówka była inspirowana tą z „The Twilight Zone”. Klimatyczna, nieco straszna melodia wpędzała dzieci z lat sześćdziesiątych w strach, ale też zapowiadała niezłą zabawę przez kolejne trzydzieści minut (wtedy odcinki były o wiele krótsze niż te dzisiejsze). Odtwórcą głównej roli pierwszego wcielenia Doktora był William Hartnell, a tak w jego latach panowania serial witał się z widzami serialu:

Oczywiście czołówka brytyjskiego serialu z 1963 roku ewoluowała wielokrotnie. Do dziś trwająca odyseja zanotowała 19 różnych wstępów, jednak muzyka pozostawała mniej więcej ta sama – nowe wydania serialu, tzw. „New Who”, oferują widzom rockowy wstęp i mocno zmienioną melodię względem tej oryginalnej z ’63. Tutaj możecie podejrzeć (prawie) wszystkie z nich. Mimo burzliwej historii jedna z melodii początkowych dla „nowych” Doktorów jest uznawany za kanoniczny. To wstęp z 2010 roku, gdy Doktorem był David Tennant.

Kolejnym serialem, który czerpał zarówno z „The Twilight Zone”, jak i z „Doctora Who”, był „Star Trek”, któremu nie można odmówić ani popularności, ani świetnego soundtracku. Przyznać można bez wahania, że czołówka zbyt oryginalna nie jest, ale to nie znaczy, że nie jest dobra.

Jednak czas już opuścić dawne lata sześćdziesiąte, które ukształtowały pozycję serialu w kulturze popularnej. Przejdźmy do czegoś, co pamiętamy sami – amerykańskich seriali, które w polskiej telewizji zasłynęły nie tylko dzięki fabule (nierzadko tak zagmatwanej, że sami twórcy nie wiedzieli, kto jest kim), ale też muzyce. Pierwszy z nich – „Moda na Sukces”. Kto nie zna tej czołówki? Chyba tylko ci, których rodzice nie dopuszczali do telewizora w dzieciństwie.

Sam serial może nie był zbyt zachęcający, jednak spójrzcie… Posłuchajcie! Ten saksofon! To się nazywa dobra czołówka.

Kolejną produkcją rodem z Zachodu, która zapadła w mojej pamięci świetną muzyką, jest zdecydowanie „Z Archiwum X”. Latami bałam się zasnąć, gdy słyszałam zza ściany intro do tego serialu. Zresztą zapewne nie tylko ja.

Najlepszym dowodem na popularność tej czołówki jest to, że muzyka do „Z Archiwum X” ma na YouTube łącznie ponad 40 milionów odtworzeń. Do dziś to jest przykład ścieżki dźwiękowej, która naprawdę jest kondensacją tego, o czym serial opowiada.

Podobną tego typu muzyką jest wstęp do przygód człowieka, który wystawia mandaty policjantom, czyli Chucka Norrisa – „Strażnik Teksasu” to ikona lat dziewięćdziesiątych. Może walory estetyczne czołówki nie są efektowne, ale muzyka jest perfekcyjnie dobrana. Zapewne pamiętacie ją doskonale, jednak spójrzcie i posłuchajcie jej raz jeszcze.

Gitarowy riff powtarzający się w melodii to jeden z bardziej charakterystycznych motywów serialowych. Sama piosenka jest coverem utworu Georga McAnthony’ego, a producenci serialu trafili w dziesiątkę nie tylko z muzyką, ale też z tekstem.

Powiecie jednak: Co stare, to dobre, ale co z nowymi serialami? Odpowiem: Bieda. Dziś nikt się zbytnio nie stara, by czołówka przyciągała. Stacje raczej stawiają na chwytliwą tematykę, kontrowersyjne wątki czy znanych aktorów – wstęp do odcinka raczej nie ma znaczenia. W niektórych serialach taka taktyka zdaje egzamin – patrz „Mr. Robot” czy „Breaking Bad”. Ale są takie seriale, które przyciągają uwagę właśnie muzyką w czołówce i jest ona perfekcyjnym uzupełnieniem produkcji. Chcecie przykładów? Proszę bardzo.

Digital Kitchen. To kilku gości produkujących genialne czołówki do seriali sławy wręcz światowej. I tu, pomijając takie perły jak intro do „Dextera” czy „Six Feet Under” (tu muzyka brzmi odrobinkę jak ta w trybie kupowania w Simsach), rzucę na stół „Czystą Krew”, czyli przygłupawy serial o wampirach. Historia niezbyt głęboka, jednak czołówka i piosenka autorstwa Jace’a Everetta… Cud, miód i orzeszki.

Jeśli chodzi o utwory instrumentalne w nowoczesnych serialach, to jest to moda, której końca nie widać. Niektóre skrzypcowo-fortepianowe czołówki wychodzą słabo, ale jest kilka takich, o których historia kina nie zapomni. Najlepszym przykładem jest intro do najpopularniejszego, najchętniej oglądanego i, co tu dużo gadać, najlepszego serialu aktualnie trwającego – kto wie, łapka w górę! Brawo, oczywiście chodzi mi o „Grę o Tron”. Tu już nie chodzi o świetne efekty specjalne, którymi wypakowana jest ta czołówka, niesamowitą kreatywność twórców czy samo wykonanie… Ta muzyka! Fani czekają na nią co roku, krytycy obsypują nagrodami, a brytyjska królowa zleca jej adaptację swojej straży.

Kolejnym przykładem na sukces instrumentalistów w tej dziedzinie jest „House of Cards”, do którego osobiście przekonana nie jestem, ale nie można mu odmówić patosu w czołówce. W końcu to historia o walce o Biały Dom, musi być z polotem!

I tak można mówić i mówić i opowiadać, co tam w amerykańskich produkcjach słychać, ale tu, w Polsce, także mieliśmy dobre momenty. To niewiarygodne, wiem, jednak naprawdę można wskazać takie polskie seriale i, o dziwo, telenowele, które miały świetną muzykę w czołówce. Chociażby już lekko zakurzeni „Złotopolscy”. Przecież ta melodia jest fantastyczna. Nieco sielankowa, ale akordeon brzmi świetnie i ciekawie wkomponowuje się w aranżację czołówki.

Polskie produkcje naprawdę nie są aż tak bardzo w tyle, chociaż niestety nie można ich porównywać do większości tych zza Atlantyku (i nie mam tu na myśli wenezuelskich tasiemców, chociaż gdy tak o nich pomyślałam, to od razu przypomniała mi się chwytliwa czołówka „Zbutnowanego Anioła”). Mimo wszystko znajdą się i takie, których możemy się wstydzić mniej, niż ustawa przewiduje.

Teraz jeszcze raz spójrzcie na swój telewizor. I na ten tekst. I jeszcze raz na swój telewizor. Albo konto na Netfliksie, jeśli telewizor to u Was przeżytek, jak u mnie. I zastanówcie się – czy czołówka któregokolwiek serialu miała wpływ na to, jak go odbieracie? Ja przyznam się bez bicia – niewątpliwie tak, wystarczy posłuchać tych powyższych.

Autor |  Justyna Kościółek