Z Piotrem Kistelą, doktorantem Uniwersytetu Wrocławskiego i autorem debiutanckiej, jeszcze niewydanej, powieści grozy „Litnati” – rozmawia Mariusz Bartodziej. Po raz pierwszy wywiadu udzielił właśnie nam.

*

Mariusz Bartodziej: – Czy ta biblioteka to dobre miejsce na scenerię powieści grozy?

PIOTR KISTELA: – Z pewnością. Zwłaszcza pamiętne korytarze wycofane z użycia. Studenci, którzy przez nie przechodzili, zgodzą się ze mną, że jeśli już kręcić horror we Wrocławiu, to tylko na korytarzach nowego budynku Biblioteki Uniwersyteckiej.

nowy gmach Biblioteki Głównej Uniwersytetu Wrocławskiego
Nowy gmach Biblioteki Głównej Uniwersytetu Wrocławskiego | fot. commons.wikimedia.org

Mariusz Bartodziej: – Miałem na myśli tę Na Piasku.

PIOTR KISTELA: – Gdy myślę „biblioteka i coś strasznego”, to natychmiast mam skojarzenia z tamtym budynkiem. Jak najbardziej. Sceneria nadawałaby się na horror gotycki. Może reinterpretacja „Drakuli”. Trwają prace, by przywrócić temu budynkowi normy współczesności, więc jeszcze można coś kręcić.

Biblioteka Na Piasku fot. commons.wikimedia.org
Biblioteka Na Piasku | fot. commons.wikimedia.org

Mariusz Bartodziej: – Gdy przebywasz tu sam wieczorami, to rodzą ci się w głowie pomysły na opowiadania grozy?

PIOTR KISTELA: – O tak. Dzięki temu budynkowi wykluł się jeden. Opowieść o młodym radiowcu, który nocami siedzi w bardzo zaniedbanym studiu i tnie materiały. Następnego dnia usłyszy nie tylko szumy. Dzięki temu miejscu może powstać całkiem fajny tekst.

Mariusz Bartodziej: – Gdzie w takim razie umieściłeś scenerię swojej powieści?

PIOTR KISTELA: – Miałem z tym duży problem. Akcja toczy się na różnych płaszczyznach czasowych, w różnych miejscach. Są one z reguły fikcyjne. Punktem wyjścia czasu współczesnego jest miasto w USA. Nie jest bohaterem powieści, więc nie poświęcam mu dużo uwagi. Później akcja przenosi się do Nowego Orleanu. Sądzę, że dobrze udało mi się oddać klimat tego miejsca. Następnie przemieszczamy się daleko na północ. W Góry Świętego Eliasza w Kanadzie. Bardzo groźno i mrocznie.

Góry Świętego Eliasza fot. commons.wikimedia.org
Góry Świętego Eliasza | fot. commons.wikimedia.org

Mariusz Bartodziej: – Dlaczego akurat Ameryka Północna?

PIOTR KISTELA: – W pewnym momencie próbowałem znaleźć miejsce, które można by dziś uznać za kraniec świata. Gdy chcemy napisać powieść, której akcja toczy się współcześnie albo w przyszłości, trudno stworzyć zapomnianą dolinę. Mogłem iść na łatwiznę i pomyśleć: serce Antarktydy albo dno Oceanu Spokojnego. Podziemna jaskinia, a pod nią podziemny świat. Utrudniłem sobie zadanie. Zrobiłem dobry research i trafiłem na to pasmo. Panują tam bardzo surowe warunki. Jeśli gdzieś miałaby się znajdować taka zaginiona dolina, w której mogłoby żyć coś tajemniczego, to właśnie tam.

Mariusz Bartodziej: – Powinieneś po premierze książki się tam udać.

PIOTR KISTELA: – Chciałbym. Najpierw do Nowego Orleanu, spędzić tam wakacje, a później w tamto pasmo. Chociaż wspinaczka wysokogórska nie należy do moich marzeń. Jeżeli miałbym spróbować czegoś pierwszy raz, to może skoku ze spadochronem albo nurkowania.

Mariusz Bartodziej: – Tytuł książki intryguje.

PIOTR KISTELA: – Zabawiłem się w słowotwórstwo. Gdy wpadłem na pomysł głównego zagrożenia w mojej książce, istot napędzających paranormalną część powieści, musiałem znaleźć dla nich dobrą nazwę. Chciałem zapożyczyć coś z narzecza Indian, bo wiedziałem, że przy tworzeniu tych potworów będę bazował na indiańskiej mitologii. Przyjrzałem się plemieniu Nawaho, ale nic mnie nie usatysfakcjonowało. Postanowiłem wymyślić nazwę, której nadałbym znaczenie. W mojej powieści litnati oznacza „pożeracze dusz”. Jak je wymyśliłem? Chciałbym powiedzieć, że stoi za tym ciekawa historia. Czasem coś samo wpada do głowy i tak było w tym przypadku.

Członek plemienia Nawaho fot. commons.wikimedia.org
Członek plemienia Nawaho | fot. commons.wikimedia.org

Mariusz Bartodziej: – Na czym opiera się akcja powieści?

PIOTR KISTELA: – Główny bohater nazywa się Blake Alven. Jest psychoterapeutą mieszkającym w USA. Od dziesięciu lat pewni ludzie próbują go zabić. Podczas pierwszego zamachu odkrył w sobie zdolności paranormalne, które pozwoliły mu radzić sobie z przeciwnikami. Od tego czasu trochę zdziczał. Nie może nikomu zaufać. Nie ma pewności, czy napotkana osoba nie będzie kolejnym człowiekiem wysłanym przez tajemniczych ludzi. Książka rozpoczyna się kolejną próbą zamachu, po której przejmuje sprawy we własne ręce. Podejmuje śledztwo, by dowiedzieć się, kim są te osoby, czego od niego chcą i jaki to ma związek z jego zdolnościami.

Mariusz Bartodziej: – Jest oryginalny, czy tylko wykreowany na czyjś obraz?

PIOTR KISTELA: – Jest wynikiem inspiracji, lecz niekoniecznie konkretną postacią. Uważam się za wielkiego fana „Ojca chrzestnego” i serialu „Zakazane Imperium” – twardych zawodników niebojących się pobrudzenia rąk. Blake ma dwa oblicza. Dwadzieścia lat przed rozpoczęciem akcji książki obudził się w szpitalu psychiatrycznym z amnezją. Od tamtego momentu buduje życie na nowo. Blake sprzed amnezji to zupełnie inna postać niż ta z początku powieści. Możemy mówić o dualizmie jego osobowości.

ojciec-chrzestny
Marlon Brando jako Don Vito Corleone | kadr z filmu „Ojciec chrzestny”

Mariusz Bartodziej: – Życie, w którym ciągle mamy przeświadczenie o zamachu, musi być prawdziwym horrorem.

PIOTR KISTELA: – Nie zazdroszczę Blake’owi. Jednak jego życie opisałem w sposób sensacyjny. Jeżeli ktoś pamięta Jasona Bourne’a, to będzie wiedział, w jakim stopniu operuję schematami. Choć Blake nie jest żadnym „One-Man Army”. To człowiek, który dopiero uczy się radzić sobie z niebezpieczeństwami. Grozę napędzają litnati.

Jason Bourne fot. commons.wikimedia.org
Jason Bourne | fot. commons.wikimedia.org

Mariusz Bartodziej: – Czego możemy się po nich spodziewać?

PIOTR KISTELA: – Niewytłumaczalnego. Są jak ulotny cień, który czai się w mroku i długo nie pojawią się w książce. Enigmatycznie mówiąc: nie mają żadnej postaci do momentu. I one dążą do niego. Żyją w korytarzu oddzielającym naszą rzeczywistość od innych, w którym nic nie ma. Wyobraźmy sobie absolutną pustkę. Gdybyśmy w niej tkwili, to chcielibyśmy się wydostać. To jest ich nadrzędny cel. Kiedy znajdują furtkę, dzieją się straszne rzeczy.

Mariusz Bartodziej: – A jej odnalezienie jest momentem przełomowym w książce?

PIOTR KISTELA: – To bardziej skomplikowane. Znalazły ją dawno, ale mają problemy z zamkiem. Szukają klucza i istnieje duża szansa, że go znajdą. To może stanowić problem.

Mariusz Bartodziej: – Jak narodził się pomysł na ten temat? Wspominałeś o mitologii Indian. Fascynuje Cię?

PIOTR KISTELA: – Z zamiłowania do Grahama Mastertona. Jego cykl „Manitou” jest zakorzeniony właśnie w niej. Zainspirował mnie, gdy miałem siedemnaście lat. Pomyślałem, że jeśli mam napisać powieść grozy, to wykorzystując ten motyw.  Przy trzecim podejściu do napisania książki, dwie poprzednie okazały się klapami, pomysł był zgoła inny. Akcja miała toczyć się w opuszczonym sierocińcu. Powieść miała przypominać baśnie braci Grimm. Uznałem, że powinienem zmienić miejsce akcji z uwagi na większą różnorodność. Wtedy zaczytywałem się „Ojcem chrzestnym” i postanowiłem oddać klimat powieści noir i ubrać to w szaty horroru. To mnie zainspirowało, by porzucić sierociniec i napisać „Litnati”.

"Manitou" Grahama Mastertona fot. wydawnictwo Albatros
„Manitou” Grahama Mastertona | fot. wydawnictwo Albatros

Mariusz Bartodziej: – I wtedy zechciałeś zostać pisarzem?

PIOTR KISTELA: – Koncepcja „Litnati” kiełkowała od siedemnastego roku życia, choć pisarskie aspiracje sięgają rok wcześniej. Znajomy zachęcał mnie do tworzenia opowiadań i zamieszczania ich na portalu. Poszedłem własną drogą. Zacząłem pisać powieść, która miała być wielką sagą fantasy. Chciałem zostać pogromcą Tolkiena. To była pierwsza lekcja pokory. Uznałem, że muszę napisać powieść grozy, bo w tym czułem się dobrze.

Trylogia "Władca pierścieni" J.R.R. Tolkiena fot. wydawnictwo Muza S.A.
Trylogia „Władca pierścieni” J.R.R. Tolkiena | fot. wydawnictwo Muza S.A.

Mariusz Bartodziej: – Zastanawiałeś się nad sklamrowaniem swojej twórczości i w przyszłości wydać powieść fantasy?

PIOTR KISTELA: – Mam nadzieję, że kiedyś wrócę do tych czterdziestu stron, które napisałem. Koncepcje świata w nich zawartego wydają się na tyle interesujące, że człowiek z odpowiednim warsztatem, którym powoli się staję, mógłby zrobić z tego dobrą książkę. Nie będzie to saga, ale przynajmniej jedna część  Jednak najpierw wydam trylogię „Litnati”.

Mariusz Bartodziej: – A kiedy planujesz napisać kontynuację?

PIOTR KISTELA: – Druga część ma się dobrze w mojej głowie. Dotychczas skończyłem prolog, który pewnie zostanie zmieniony. Zakończenie pierwszej części warunkuje świat przedstawiony w drugiej. Akcję obu tomów będzie dzieliło około trzydziestu lat.

Mariusz Bartodziej: – Co z wyznaczeniem daty premiery „Litnati”?

PIOTR KISTELA: – Z doświadczenia nie chcę podawać konkretnego terminu. Będzie to rok 2017, na 85 procent jego pierwsza połowa. Gdy zostanie wydana, zaczniemy promocję drugiego tomu, który będę do tego czasu pisał. Mam nadzieję, że skończę do lipca.

Mariusz Bartodziej: – Ile trwało napisanie pierwszej strony i pierwszego rozdziału?

PIOTR KISTELA: – Ponad tydzień. Pierwszy rozdział ma zaskakiwać. Jak u Hitchcocka – zaczynamy trzęsieniem ziemi i napięcie powinno rosnąć. Pierwsza strona zajęła mi mnóstwo czasu. Na początku próbowałem pisać w domu. Zdanie, kasuję, zdanie, kasuję. Mimo że mieszkałem sam, nie mogłem skupić się w prozie życia. Musiałem znaleźć inne miejsce i trafiłem do Biblioteki Uniwersyteckiej przy ulicy Szajnochy. W październiku 2014 roku zacząłem pisać. Tydzień myślałem nad pierwszą stroną. Nie wiedziałem, jak przykuć uwagę czytelnika. Po długich mękach skończyłem rozdział. Skasowałem go. Dopiero w drugim tygodniu usiadłem, przemyślałem wszystko i napisałem. Najpierw strona. Przeczytałem ją kilkakrotnie, zmieniłem i wreszcie byłem zadowolony. Pierwszy rozdział powstał w ciągu dwóch dni intensywnego pisania po kilka godzin.

Alfred Hitchcock fot. commons.wikimedia.org
Alfred Hitchcock | fot. commons.wikimedia.org

Mariusz Bartodziej: – Było ci trudno, nie miałeś gwarancji na wydanie książki. Co Cię zmotywowało do jej ukończenia?

PIOTR KISTELA: – Miałem dwie motywacje. Pisałem z myślą, że ta szansa jest. Wiedziałem, że wystarczy wiedzieć, do kogo się zwrócić. Miałem wiele szczęścia, bo współpracuję z Łukaszem Śmiglem, który ma własne wydawnictwo. Był moim pierwszym słuchaczem. Zastrzegł, że niczego nie obiecuje, ale jeśli ta książka będzie na tyle dobra, co sam pomysł, to może uda się ją wydać. To motywacja będąca czymś więcej niż marzeniem: kiedyś zostanę pisarzem. Drugą z nich było to, że „Litnati” powstawało jako projekt do mojej pracy magisterskiej. Na pierwszym seminarium, ponad dwa lata temu, doktor Karol Maliszewski zasugerował, że istnieje możliwość napisania powieści lub zbioru opowiadań w ramach niej. Dzięki temu miałem przyjemny temat mojej pracy dyplomowej oraz ten bicz nad głową, który zmusił mnie do napisania czegoś dłuższego.

Mariusz Bartodziej: – Udało ci się stworzyć dobrą powieść grozy?

PIOTR KISTELA: – Myślę, że tak. Kiedy spoglądam na nią chłodnym okiem, wydaje mi się, że wykorzystałem w niej wszystkie motywy, które powinienem. Są uniwersalne sposoby na dobór środków w taki sposób, by powieść grozy oddziaływała na czytelnika. Przeczytałem już wiele książek z tego gatunku, dlatego sądzę, że wiem, jak zaskoczyć czytelnika. Jak sprawić, by sympatyzował z bohaterem, by znienawidził tego, kogo ma nienawidzić i żeby się bał.

Mariusz Bartodziej: – Po napisaniu tekstu czuję ulgę, że to już za mną. W przypadku twojej książki masz podobnie, czy jednak obawiasz się, jak zostanie przyjęta?

PIOTR KISTELA: – Obawy są. Pierwsza recenzja, która ukaże się gdzieś w odmętach internetu, spędza mi sen z powiek. Po ukończeniu książki nie czułem ulgi. Ostatnie kilka rozdziałów pisałem jak uzależniony, bo wpadłem w ciąg zmierzający do finału. Po ostatniej kropce poczułem satysfakcję, że skończyłem coś dużego. Potem doszedłem do wniosku, że kiedyś sięgnie po nią ktoś inny…

Mariusz Bartodziej: – … i może mieć inne zdanie.

PIOTR KISTELA: – I pomyśli: ten Blake wcale nie jest fajny, a te Litnati kompletnie nie są straszne. Wyolbrzymiam, ale konstruktywna krytyka jest ważna. Nie boję się tego, ze moją książkę ocenią na trzy w dziesięciostopniowej skali. Jak każdy liczę na jak najlepszy odbiór, ale wiem, że nie wszystkim dogodzę. Obawiam się, co poczuję, gdy przeczytam pierwszą pozytywną i negatywną recenzję. Najważniejsze to stworzyć historię, która będzie się podobać czytelnikom. Gdy tak będzie, to wykonałem swoje zadanie i mogę zapewnić im kontynuację. Bez nich nie byłoby pisarzy.

Mariusz Bartodziej: – Dlaczego więc miałbym przeczytać twoją książkę?

PIOTR KISTELA: – Głównie dlatego, że na polskim rynku wciąż nie ma wiele książek „Weird fiction”. Mówimy o strachu i grozie. Moja książka jest w dużej mierze horrorem, ale znajdują się w niej elementy thrillera korporacyjnego, sensacji, dramatu obyczajowego i powieści gangsterskiej. Sztuką jest wyważenie proporcji tak, by czytelnik nie czuł dyskomfortu poprzez ciągłą zmianę konwencji. By to było płynne. Miałbyś sięgnąć, żeby przeczytać dobrze napisaną powieść w nurcie „New Weird fiction”. Gatunku bardzo popularnego w Wielkiej Brytanii, a u nas nadal nie. Współcześnie trudno znaleźć pisarza operującego w nim. W „Bizarro fiction” owszem, ale już w „New Weird fiction” nie. Myślę, że wypełniam pewną niszę.

weird-tales
Amerykański magazyn pulpowy drukujący powieści m.in. z gatunku weird fiction | fot. commons.wikimedia.org

Mariusz Bartodziej: – Codziennie możemy spotkać się z krzywdą, cierpieniem, a nawet śmiercią. Po co jeszcze o tym czytać, a tym bardziej pisać?

PIOTR KISTELA: – Chciałbym powiedzieć, że to moja masochistyczna natura i lubię pisać o takich rzeczach. To półprawda. Wiele teorii tłumaczy, dlaczego chętnie czytamy horrory i się boimy. Moim zdaniem wszyscy lubimy to, co niewytłumaczalne. Żyjemy w świecie nowoczesnym, w którym nie ma miejsca na magię i mistycyzm. Wszystko jest zero-jedynkowe. Ujściem są książki grozy, fantastyka. Możemy wierzyć lub nie, że gdzieś istnieje upiór, ale lubimy o tym czytać. Zostajemy z pytaniem: a co gdyby? Chcemy czuć się bezpiecznie. Podczas czytania mamy bufor bezpieczeństwa. To bohaterowie umierają. My jesteśmy panami sytuacji.  Po pierwsze ciekawość tego, co niezbadane, a po drugie poczucie satysfakcji, dlatego że to nie nas rozczłonkowuje zębaty potwór.

Mariusz Bartodziej: – Sądzę, że horror to nie gatunek, do którego można przysiąść o dwunastej w południe w środku lata.

PIOTR KISTELA: – Nie wyobrażam sobie, że musiałbym pisać wiele z tych scen w słoneczny dzień na tarasie. Siedziałem w bibliotece w późnych porach i czułem ten chłód na karku. Wcześnie zapadał zmrok. Padał deszcz, a później śnieg. To była atmosfera do pisania scen grozy.

Mariusz Bartodziej: – Jakie jest najstraszniejsze monstrum, z jakim się spotkałeś w kulturze?

PIOTR KISTELA: – Chyba nie będę oryginalny, jeśli powiem, że Buka z „Muminków”? To mnie zniszczyło. Mój brat wiedział, jak się jej panicznie boję. Miałem sześć lat. Nałożył fioletowe prześcieradło i przypiął kartonowe oczy. Buka miała wielkie, martwe oczy. Wszedł do mojego pokoju wieczorem. A w literaturze zdecydowanie tytułowe „To” Stephena Kinga. Czyste przerażenie. Nie mogę wyjść z podziwu, jak genialnie wykreował tę istotę. To jedna z kilku książek grozy, podczas czytania których autentycznie bałem się rozwoju akcji.

Buka z "Muminków"
Buka z „Muminków”
Tytułowe "To", oceńcie, co jest straszniejsze kadr z ekranizacji powieści Stephena Kinga
Tytułowe „To”, sami oceńcie, co jest straszniejsze | kadr z ekranizacji powieści Stephena Kinga

Mariusz Bartodziej: – Bufor bezpieczeństwa nie zadziałał?

PIOTR KISTELA: – O nie, ale to tylko świadczy o jakości tej książki. Czytałem ją w wieku piętnastu lat. Cthulhu z opowiadań Lovecrafta jest innym przykładem. Czytelnik zerka znad stron, patrzy w kosmos i myśli: a co jeśli takie istoty żyją i przyjdą po nasze dusze? To dwa najstraszniejsze teksty kultury, z którymi się zetknąłem.

ctulhu
Cthulhu

Mariusz Bartodziej: – Pierwsze skojarzenie ze słowem horror?

PIOTR KISTELA: – Nieznane. Coś, co znamy, nie jest straszne, nawet jeśli ma zęby i piłę łańcuchową. Czytałem „Odwiecznego wroga” Deana Koontza. To historia grupy ludzi zamkniętych w opuszczonym mieście, w którym grasuje jakaś istota. Nie wiadomo, czym jest, bo potrafi przybierać różne kształty. Czytelnik myśli: demon, kosmita, istota z innego wymiaru? Gdy dowiadujemy się, kiedy i dlaczego coś powstało, ten aspekt mroku znika. W mojej powieści czytelnik dowie się poniekąd kim są Litnati oraz czego chcą, ale nigdy skąd się wzięli i jakie są ich głębsze motywy. Nie można w powieści grozy wszystkiego zdradzać. Czasem to działa, jak w grze Resident Evil 3. Potwór Nemesis – wiadomo, kiedy i w jakim celu wyhodowany. Przypuszczajmy, jakie są motywy istoty. Może dowiemy się w kolejnych częściach. Niech coś będzie osnute tajemnicą. Tego chciałbym się trzymać w moich książkach.

Nemesis, kadr z filmu "Resident Evil 2: Apokalipsa"
Nemesis | kadr z filmu „Resident Evil 2: Apokalipsa”

Mariusz Bartodziej: – „Napisałem powieść grozy, bo…”

PIOTR KISTELA: – … zawsze tego chciałem. Nawet opowiadanka, które pisałem jako dziesięciolatek, miały wydźwięk grozy. Pierwsza była historia o piratach wymyślona w wieku ośmiu lat. Znaleźli skarb, w którym był demon. Przeklął ich, przez co stopniowo się rozkładali. Mieli dwadzieścia cztery godziny na znalezienie antidotum. Opisałem to wyraźnie jak na ośmiolatka.

Mariusz Bartodziej: – Nauczycielka chciała widzieć się z rodzicami?

PIOTR KISTELA: – Tak, nie pierwszy raz. Miesiąc wcześniej zapytałem brata, skąd się bierze deszcz. Narysował mi półksiężyc palący papierosa ze szklanką piwa w ręku i  powiedział: braciszku, księżyc też czasem musi iść do toalety, a że mu się nie chce… Zabrałem ten rysunek do szkoły.

Mariusz Bartodziej: – Najpierw pisanie książki przy Szajnochy. Późnej przez dwa semestry oprowadzałeś wszystkich po nowym gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej. Teraz jesteś tutaj, Na Piasku. Chodzenie po bibliotekach weszło Ci w nawyk.

PIOTR KISTELA: – Mam nadzieję, że nie skończę jako bibliotekarz. Nie chciałem tego. Kocham biblioteki, ale wolę w nich wypożyczać książki. Poznałem je od zupełnie innej strony. Tę przy Szajnochy wspominam bardzo dobrze, ale tę przy ul. Fryderyka Joliot-Curie, w której musiałem przez rok wprowadzać i wyprowadzać studentów, niekoniecznie. To było traumatyczne. A teraz jestem tutaj. W bibliotece, w której także nie ma książek. Są zajęcia dydaktyczne i ja.

Biblioteka Uniwersytecka przy ul. Szajnochy 7/9 fot. commons.wikimedia.org
Biblioteka Uniwersytecka przy ul. Szajnochy 7/9 | fot. commons.wikimedia.org

Mariusz Bartodziej: – Słowa „Piotr Kistela słucham” i twoje niektóre reakcje na konieczność odbioru były często powtarzane w humorystycznym kontekście. Brakuje Ci tego?

PIOTR KISTELA: – Mam do tamtego obowiązku pewien sentyment. Czas leczy rany i pozwala nabrać dystansu. To „Piotr Kistela słucham” dobrze, że nie zostało memem. Bywało trudno, ale zawsze starałem się podchodzić do tej pracy z uśmiechem. Żeby nikt nie czuł się winny, że spóźnił się piętnaście minut, a ja musiałem po tę osobę zejść. Operowaliśmy w dziwnym systemie. Było trochę śmiechu. Studenci nadawali mi ksywy, o których się później dowiadywałem. Jak słynny „klucznik”. Niektórzy, gdy chcą zagrać mi na nosie, do dziś tak mówią. Wtedy zaciskam zęby, uśmiecham się i tylko patrzę wzrokiem psychopaty.

Mariusz Bartodziej: – Mówisz, że było trochę śmiechu. Pierwsze zabawne wspomnienie?

PIOTR KISTELA: – Historii było wiele, trudno wybrać jedną. Od letniego semestru zacząłem prowadzić zajęcia. Odbywały się w salach biblioteki, by pogodzić obowiązki. W pierwszym tygodniu studentka się spóźniła. Idziemy długim korytarzem. Tak się złożyło, że za półtorej godziny mieliśmy mieć zajęcia. Idziemy, ona marudzi. Mówi mi po imieniu, bo widzi, że jestem mniej więcej w jej wieku. „Co za chory budynek” i tutaj padło parę niecenzuralnych słów. „Jak ty możesz tu wytrzymać, ja bym już dawno to rzuciła”. „ No i co, ty tylko to robisz, wpuszczasz i wypuszczasz?”.  Ja mówię: „no wie pani”, a ona „co ty taki oficjalny?”. „Przekona się pani za półtorej godziny”. Nagle stanęła, bo nie zrozumiała. Spojrzała na plan i ręce zaczęły jej drżeć. „O mój Boże, pan jest wykładowcą?”. Jej mina była bezcenna. Obróciłem to w żart.

kistela-2
Piotr Kistela i Mariusz Bartodziej | fot. MB

Rozmawiał: Mariusz Bartodziej