Kosynierzy Wrocław to jedna z najlepszych polskich drużyn lacrosse. Zastanawialiście się kiedyś jak się tam dostać? Postanowiliśmy to sprawdzić. Na rekrutację wybrał się Grzegorz Krawczyk.

Kiedy dowiedziałem się, że mam iść na rekrutację drużyny lacrosse’a, nie miałem pojęcia, co o tym myśleć. O samym sporcie wiedziałem bardzo mało i zastanawiałem się nawet… czy przyda mi się umiejętność gry w tenisa. Poza tym kompletnie nie obchodzą mnie dyscypliny niszowe, więc powiedzmy sobie szczerze: zadanie nie było najłatwiejsze. Z drugiej strony lubię się poruszać i dawno nie grałem w cokolwiek. Może odnajdę w lacrossie coś dla siebie?

Przejechałem pół miasta i znalazłem się na boisku przy ul. Lotniczej. Obok pełno ludzi grało w piłkę, ale lacrosse’a nie było widać. Wreszcie zobaczyłem chłopaków w charakterystycznych kaskach i już wiedziałem gdzie iść. Starałem się być ciekawski i pytać o wszystko co się dało. Niestety, niewiele rozumiałem. Od razu złapałem kontakt z innym nowym – Krystianem. Chłopak był trochę zestresowany, widać jak zależało mu na tym, żeby dobrze się zaprezentować. Podobnie jak ja, był kompletnie zielony jeśli chodzi o lacrosse. Mówił, że dołączył do drużyny, bo zwyczajnie nie miał co robić z wolnym czasem. Po zapoznaniu się z innymi zawodnikami przeszliśmy na boisko, gdzie czekała cała reszta.

Najbardziej zaskoczyło mnie to, jak wszyscy są otwarci na nowych. Witali się ze mną jakbyśmy się znali latami, a widzieli mnie przecież pierwszy raz w życiu. Bez zbędnych formalności zaczęliśmy trening. Starzy wyjadacze poszli grać na boisko obok, natomiast nowi zostali z trenerem. Było nas czterech. Niby mi nie zależało, ale jak już się przyszło na rekrutację, to dobrze by było się dostać, nawet jeśli to miał być mój pierwszy i ostatni trening. Nasz trener – Jan Rydzak, na wstępie powiedział, że nie będzie żadnej selekcji i dla wszystkich z nas znajdzie się miejsce. Poczułem ulgę i pomyślałem, że cel wykonany i śmiało będę mógł się chwalić sukcesem.

Sam trening z początku nie wyróżniał się niczym szczególnym. Normalna rozgrzewka, rozciąganie i trochę biegu. Trener tłumaczył wszystkie zagrania od podstaw. Każde miało swoją określoną nazwę, ale będąc szczerym, to żadnej już nie pamiętam. Fascynowało mnie jak bardzo techniczny jest to sport, ile elementów trzeba wykonać dobrze, żeby prawidłowo złapać piłkę do siatki (bardzo podobnej do tej, w którą łapie się motyle). Z samym łapaniem miałem ogromny problem. Piłeczka uciekała mi na wszystkie możliwe strony, podczas gdy inni nowi radzili sobie całkiem nieźle. Mimo mojej nieporadności, trener był bardzo cierpliwy i tłumaczył wszystko mozolnie. Jak się ustawiać, jak się odchylać i jak pracować na nogach. Starałem się stosować do wszystkich uwag, ale kiedy poprawiłem jeden element, to problem pojawiał się przy innym. Na szczęście początkujący nie musieli dużo biegać, co było sporym plusem przy mojej obecnej kondycji.

Trening dobiegł końca. Mimo początkowej niechęci, będę dobrze wspominał wizytę u Kosynierów. Ciekawi ludzie i sport inny niż wszystkie. Miejsce w drużynie by się znalazło, ale zawodnikiem lacrosse’a raczej nie zostanę. Za to może będę więcej o nich pisał, bo na pewno ta przygoda sprawiła, że lepiej zrozumiałem, co się dzieje na boisku. No i polubiłem chłopaków.


Autor: Grzegorz Krawczyk
Zdjęcie: archiwum prywatne