Rozbiegane oczy, które nie są w stanie skupić się na jednym punkcie. Wyciągana ku mnie ręka drży, jakby nie była zdolna utrzymać nawet zapalniczki. Ciało dosłownie chodzi w miejscu, niczym rażone prądem o niskim napięciu. Nie, to nie jest opis pacjenta szpitala psychiatrycznego, tylko dziewczyny, która zapytała mnie, czy mam ognia. W jednym z wrocławskich klubów techno – pisze Daniel Stojanowski.

Kiedy opowiadam o imprezach z muzyką elektroniczną, moi znajomi reagują szokiem, rozgoryczeniem, ogólną niechęcią, albo wszystkim naraz. Niesmak wywołuje w nich liczba naćpanych osób, które wedle ich wyobrażenia skaczą ile sił w nogach do techno rąbanek Scootera. Ja natomiast czuję się tam wolny, bo nikt nie wymusza na nikim poczucia dobrej zabawy, a w powietrzu unosi się dym i zapach zmęczonych tańcem ciał.

Takie kluby nie różnią się między sobą klimatem. Jedną z ważnych ról gra tam światło… a raczej jego brak. Przyciemnione korytarze skrywają nie tylko obdrapane ściany, ale również zabłądzonych w tłumie uczestników Melanżu przez duże M. No właśnie, M jest głównym bohaterem większej części elektro imprez. W ich trakcie da się zauważyć, jak pobudzający zmysły środek jest połykany, popijany i dobierany. Nie zaskakują też kolejki do toalet. Kuriozalne w tej sytuacji jest zachowanie ochrony, która czuwa, żeby kabina nie była zajmowana zbyt długo przez jedną osobę. W końcu każdy chce skorzystać.

Na parkiecie króluje specyficzny taniec. Sztuką jest robić to tak, jak wprawieni wiksiarze, których włosy falują, zgrywając się rytmicznie z ruchem rąk i nóg. Z każdą godziną ich twarze są coraz bardziej otępiałe i spuchnięte. Jednak co innego mówi ciało, a co innego mózg. Szerokie spektrum laserów połączone z przytłaczającym basem daje hipnotyzującą mieszankę. O ile tylko chcesz, wpadasz w trans, z którego ciężko wyjść. Będąc w takim miejscu zamknij oczy i pozwól sobie odpłynąć. DJe ze swoimi setami nierzadko grają na twoich zmysłach. Nie sposób temu nie ulec.

Zastanawiające jest, skąd biorą się ludzie, którzy chcą się bawić w takim klimacie. Większość z nich, ubrana bardzo stylowo, wkracza do klubu pewnym krokiem – niczym reprezentanci nowej generacji. Na ulicach da się spotkać pojedyncze okazy, a tutaj znajdziemy całe ich zatrzęsienie. Ciężko oderwać wzrok od ubiorów rodem z modnych tumblrów i instagramowych kont. Czy imprezowicze czerpią inspiracje od siebie nawzajem? Na pewno. Co więcej, stałych bywalców tego rodzaju lokali nie da się nie kojarzyć, przecież nie mogą odpuścić dobrej okazji do haju.

W klubach techno jest coś, co przyciąga. Ciężko określić, czy dla jednych jest to tylko muzyka, a dla drugich wyłącznie możliwość wzięcia czegoś mocniejszego, bez obawy o „zgarnięcie na dołek”. Niewątpliwie wszystko się łączy. Przebywanie w miejscu, gdzie dźwięki pozwalają oderwać się od rzeczywistości, a tańczący ludzie tworzą wielki pulsujący organizm, sprawia, że po takiej nocy (nierzadko do bladego świtu) nie można tego doświadczenia wyprzeć z pamięci. I nie ma co ukrywać, że niczym w narkotycznym transie chce się do niego wrócić.

Autor | Daniel Stojanowski