Najbardziej w swoim życiu nie lubiłam, gdy ktoś pytał mnie o moje zainteresowania. Dlaczego? To proste. Zawsze wydawało mi się, że są mało sprecyzowane a i potrafię je zmieniać jak skarpetki. Jak miałam około sześciu lat moim marzeniem było zostać sprzedawczynią w sklepie. Kiedy miałam siedem lat, chciałam zostać ornitologiem i znałam już wszystkie ptaki Europy. Później miałam już plany na swoje życie: od montażysty filmowego do jubilera. Tylko jakoś to pisanie nigdy ze mnie nie wyszło odkąd poznałam literki. Ale dopiero niedawno zaczęłam uważać je za moje zainteresowanie i pomysł na życie. Już tak konkretnie.

To, że humaniści w życiu ciężko mają wiadomo nie od dziś. Zwłaszcza introwertyczni humaniści, zagubieni poeci i prozaicy, tak jak ja. Odkąd sięgam pamięcią, lubiłam siebie wyrażać metaforami, przekazywać myśli pod osłoną zmyślonej historyjki. Ale co to za przyszłościowy zawód? W liceum wpajano mi, że prawdopodobnie skończę w biurze, ale szorując kibel. Jako, że nigdy nie będę prawnikiem, lekarzem, ani informatykiem, postawiłam na dziennikarstwo – w końcu będę mogła spełnić się pisząc i poznam trochę świata.

Magiczne 40 stron

Ktoś może mi powiedzieć, że jestem leniem śmierdzącym i każdy pisarz jest, bo robi sobie to na co ma ochotę, pisze to, na co ma ochotę i jest wielce niezależny. Też myślałam, że pisanie jest łatwe bo trochę tych wierszyków sobie już naskrobałam, trochę opowiadanek, trochę złotych myśli.

W wieku czternastu lat postanowiłam przywalić z grubej rury i napisać thriller o wdzięcznym tytule „Żądza”. Zapał sięgał zenitu, gdy na 40 stronie się poddałam. Coraz rzadziej zaglądałam do mojej powieści, coraz starsza się stawałam i coraz mniej mój pomysł mi się podobał. „Żądza” zatem zaginęła w czeluściach folderu „Moje dokumenty”.

Dwa lata temu spróbowałam znowu. Znowu zaczęłam pisać powieść, na razie beztytułową ale jednak jakąś. Znowu napisałam 40 stron. I znowu nie zaglądałam tam od kilku miesięcy. A bo tu matura, bo tu przeprowadzka, bo to jakieś problemy sercowe, bo tu obowiązki, bo tu wyjście ze znajomymi. Wtedy zaczynam się zastanawiać: może jestem pisarzem krótkich form? Może ja nigdy nie zrobię kariery? Nigdy nie wydam bestsellera i nie kupię domku w San Diego, o którym tak marzę? Oj ile było takich momentów, gdzie tylko Schopenhauer był mi przyjacielem…

Najważniejsza jest wena

Tak jak bez pracy nie ma kołaczy tak i bez weny nie ma utworu. Oczywiście potrafię napisać tekst na jakiś temat, który ktoś mi narzuci. To osiąga się już po latach wprawy i ćwiczenia wyobraźni. Najgorzej jest, kiedy to Ty jesteś stworzycielem od samego początku. Wygląda to trochę jak stworzenie świata przez biblijnego Boga: W pierwszym dniu tworzysz bohaterów, w drugim tło, w trzecim wydarzenia, w czwartym sens, polemikę z czytelnikiem itd. Niektórzy lubią mieć wszystko przygotowane przed przystąpieniem do pisania. Ale koniec końców i tak nigdy nie potoczy się to dokładnie tak, jak się chciało.

Ja lubiłam lecieć na żywioł i bardzo często mnie to gubiło – moje prace były bez sensu, bez kształtu i bez przesłania. W końcu rzucałam laptopem (no może nie dosłownie) i krzyczałam „Chrzanić to, jestem do kitu”

Jeszcze bardziej byłam do kitu, kiedy nie miałam weny. Pozornie najtrudniejsze jest stworzenie czegoś na czas i na dowolny temat.

Masz tydzień na napisanie byle czego.

Tyle perspektyw, tyle możliwości, że aż zwyczajnie nie wie się, co też na te strony przelać, a żeby jeszcze komuś się podobało. Jak wiadomo, gusta są różne.

Odkąd jako LiterNatka dostałam taką dowolność byłam w siódmym niebie, bo w końcu mogłam spełnić się w tym, co kocham najbardziej. Ale ile razy miałam już momenty, kiedy po prostu nie miałam pojęcia, o czym chcę napisać, jak to ujmę, w jakiej formie i kto tam wystąpi. Próbowałam szukać inspiracji za oknem, ale jedyne co widziałam to puste osiedle. Wtedy to dopiero człowiek potrafi się sfrustrować. Brak weny jest w stanie powstrzymać mnie i związać mi ręce.

Najczęściej jednak pomysł wpada zupełnie nieoczekiwanie i w nieoczekiwanych miejscach. Np na spacerze, albo podczas gotowania, czy siedzenia na kiblu. Wtedy idzie już gładko. Wtedy siada się i pisze z biciem serca i ani się obejrzę, a już zapiszę kilka dobrych stron, na które patrzę z uśmiechem i ponownie zaczynam wierzyć w swój talent.

Interpunkcja srunkcja

Nienawidzę czasem edytora tekstów. Za to, że trzeba się tak pilnować. Że co rusz strzelam interpunkcyjnego byka. Chcę być pisarką a wciąż do końca nie wiem, gdzie powinnam wstawić przecinek, dwukropek, średnik.

Najgorszy jest myślnik. Cholera, do dzisiaj nie rozgryzłam tego, jak poprawnie wstawić myślnik. Zazwyczaj wychodzi mi minus, czy dywiz. A ten cholerny myślnik spędza mi sen z powiek.

Zwłaszcza, gdy trzeba napisać dialogi. Oczywiście jest jeszcze mnóstwo takich kwestii formatowania, na które co rusz ktoś, kto sprawdza moje prace zwraca mi uwagę.

Zawsze mogę zasłonić się przecież tym, że to było zamierzone, bo w końcu jestem artystką.

Tja…

Najgorsze jest to, że choćbym sprawdzała swoje prace kilkanaście razy nigdy nie będą idealne. Za każdym razem dostrzega się nowe i nowe błędy. Najwięcej jest oczywiście interpunkcyjnych. Tutaj też pewnie jest ich już kilka, zatem serdecznie za nie przepraszam!

Nie obnażaj rzeczywistości zanadto

To, czego doświadczenie pisarskie nauczyło mnie również to to, że absolutnie nie wolno kalkować ludzi z naszego otoczenia i umiejscawiać ich w swoich książkach, czy opowiadaniach, a nie daj Boże jeszcze dopisywać im jakieś przejaskrawione, negatywne cechy. Nawet jeśli są zmyślone. Myślisz sobie, że zrobisz dobrze, że tylko się zainspirujesz, że użyjesz tylko imienia, albo 75% osobowości swojego przyjaciela, potem go uśmiercisz, albo przedstawisz jako kompletnego wariata. Tobie może wydawać się to tylko fikcją literacką, ale nie zdziw się jak nagle wybuchnie wojna z osobą, która stała się Twoją inspiracją, albo zobaczysz ją zapłakaną i dotkniętą twoim utworem. No, chyba, że ktoś to lubi, ale ja osobiście nie polecam. No chyba, że ktoś jest okrutnikiem. Jeśli już pisać o czymś, co nas spotkało to naprawdę pod dobrym kamuflażem.

Nic tak nie motywuje jak dobry odbiór

Wiele razy już myślałam, że to co robię nie ma żadnego sensu. Odzyskuję wiarę błyskawicznie, kiedy ktoś przeczyta mój tekst i zrecenzuje pozytywnie, albo co lepsze – zachwyci się. To jest dopiero kop, który sprawia, że chcę pisać więcej i więcej. Wtedy zaczyna się myśleć o tym jak o swoim koniku, bo skoro te kilka czy kilkanaście osób mówią, że jest dobrze, to chyba musi tak być? Wiadomo, że nie popadam tu w samozachwyt, ale przecież każdy z nas ma w sobie taki element, który może dać światu coś dobrego. Buduje zarówno pochwała jak i krytyka. Krytyka pomaga mi w dalszym doskonaleniu. Może i cierpię czasem w tym swoim hobby, ale naprawdę to lubię. Daje mi popalić, ale nie chcę go porzucać. W końcu to nie chwilowa zajawka, a pomysł na życie, sens tego życia. Teraz wiem to na pewno.

Autor | Natalia Kubala

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułGatunki dziennikarskie: DZIKSY
Następny artykułAmerican Dream
Na co dzień mieszkam we Wrocławiu, choć pochodzę z Jeleniej Góry. Interesuję się głównie niewyjaśnionymi zjawiskami, tajemnicami świata, zbrodniami, parapsychologią i zjawiskami paranormalnymi. W wolnym czasie lubię też pisać rozmaite formy literackie, zwiedzam zakątki świata, robię zdjęcia i montuję wideo. Nie jestem typem sportowca, więc relaksuję się najczęściej grając w Sims, albo Fifę, rozwiązując krzyżówki, oglądając filmy, seriale a nawet kreskówki i spaceruję. Ciężko przeżyć mi dzień bez wyjścia z domu :)