Stolica Meksyku tętni życiem. Pełno tu kolorów i straganów z jedzeniem. Na ulicach przez cały dzień tłoczno jest od ludzi i aut stojących w korkach. Ciudad de Mexico w niczym nie przypomina europejskich miast.

Kilka dni temu wróciłem z Meksyku – stolicy kraju i jednego z najludniejszych miast na świecie. Spędziłem tam dwa tygodnie, przez które bombardowany byłem taką ilością bodźców jakiej jeszcze nigdy nie doświadczyłem. Robiłem wszystko, by z tego krótkiego wyjazdu wyciągnąć jak najwięcej. Mimo to wracając wciąż miałem wrażenie, że w swojej eksploracji nie przebiłem się nawet przez zewnętrzną warstwę miasta, jego ludzi i kultury. Z pewnością wrócę do Meksyku przy pierwszej możliwej okazji. Tymczasem postaram się zebrać i przybliżyć Wam to, co najbardziej zaskoczyło mnie, oczarowało czy zniesmaczyło w mieście Azteków.

Woń kukurydzy

Kultura jedzenia w Meksyku to temat na oddzielną książkę. Pójdę jeszcze krok dalej – nie da się jej poznać nie doświadczając na własnej skórze, a właściwie na języku. W kilku zdaniach nakreślę Wam jednak, to co wydało się mi najosobliwsze w meksykańskiej gastronomii. Rzeczą, która jako pierwsza rzuci się w oczy (czy raczej w nozdrza) przyjezdnym, to stojący niemal na każdej ulicy sprzedawcy jedzenia. Są oni tak charakterystyczni dla tutejszego krajobrazu, że gdyby zniknęli, miasto stałoby się puste. Najczęściej można u nich kupić tradycyjne tacos, burritos, gorditas czy quesadillas skrapiane limetkami, salsą verde i roja. Przy większości oferowanych u handlarzy dań wykorzystuje się szalenie popularną w Meksyku mąkę kukurydzianą. Jej zapach jest wszechobecny. Dla europejczyka, który nie nawykł do smaku kukurydzy dosłownie we wszystkim, po jakimś czasie może się to stać okropnie męczące. Odstręczający może być też fakt wątpliwego, z europejskiej perspektywy, przestrzegania higieny i BHP. Sprzedawcy (i kucharze w jednym) rzadko używają tu rękawiczek czy czepków na włosy. Klienci zaś, by przygotować sobie np. tacos z zakupionych, świeżo upieczonych tortilli, sięgają ochoczo, wszyscy do jednego pojemnika z mięsem, sosem i innymi dodatkami. Nierzadko robią to brudnymi rękami. Gdyby przez miasto miała przejść klasycznie rozumiana przez nas kontrola sanepidu, 99% tutejszej gastronomii zostało by zamknięte. Ale sprzedawcy ciepłych potraw to nie wszystko. Są też tacy, którzy handlują wyłącznie świeżymi owocami i wyciśniętymi z nich sokami. Jednak nie spotkamy ich w takiej ilości jak tych pierwszych. Handel obnośny jest tu wyjątkowo popularny. Może wynikać to z faktu, że 60% gospodarki kraju jest całkowicie poza systemem podatkowym. I tak na ulicach spotkamy też sprzedawców gazet albo wody meandrujących pomiędzy stojącymi na światłach samochodami lub, noszących swój „sklep” na pasie przymocowanym do szyi, ludzi sprzedających papierosy na sztuki.

Pastelowy świat

Niesamowite są kolory Meksyku. Widać to szczególnie na osiedlach zamieszkałych przez klasę średnią i niższą. Ulice, wzdłuż których ciągną się rzędy najwyżej jednopiętrowych budynków w pastelowych kolorach robią naprawdę ogromne wrażenie. Są to kolory, które u nas widzimy najczęściej na placach zabaw lub w kreskówkach. Ponadto bardzo często, szczególnie na mniejszych bocznicach, możemy natknąć się na porozciągane nad budynkami, różnobarwne girlandy.  Olbrzymi kontrast dla tego bogactwa barw stanowi wszechobecny drut kolczasty. Jego sprzedawcy z pewnością wiodą tutaj dostatnie życie. Druty „zdobią” fasady budynków, balkony i płoty. Są dosłownie wszędzie.

Ale Meksyk!

Choć Wrocław od kilku lat króluje we wszelkiego rodzaju rankingach na najbardziej zakorkowane miasto w Polsce, to uwierzcie, przy Ciudad de Mexico nasze miasto to stolica przepustowości. Ulice Meksyku stoją niemal cały czas. Tylko przez parę godzin dziennie, można tu stosunkowo szybko dostać się gdzieś autem. Apogeum ruch uliczny osiąga około godziny 19.00 – wtedy większość ludzi wraca z pracy. Dźwięk klaksonu słychać non-stop. Powietrze staje się gęste od nerwów kierowców i spalin. Dlatego świetną alternatywą dla samochodu jest metro. Za jednorazowy bilet zapłacimy tylko 5 pesos (około 1 złotego). Możemy za te kwotę przejechać niemal całe miasto przesiadając się pomiędzy 11 różnymi liniami.

Cómo llego a…?

Problem dla większości turystów może stanowić bariera komunikacyjna. Mieszkańcy miasta niezbyt radzą sobie z rozmową po  angielsku. Trudno jest w tym języku zarówno spytać się o drogę, jak i zrobić większe zakupy na targu. Można powiedzieć, że znajomość hiszpańskiego jest tu obowiązkowa. Gdy już jednak się go nauczymy, obcowanie z localsami będzie (na ogół) czystą przyjemnością. Są to ludzie wyjątkowo mili – czasem aż do przesady. Chętnie wytłumaczą Ci, jak dotrzeć do celu, a przy okazji wypytają o historię twojego życia, opowiedzą kilka anegdot albo przynajmniej coś sprzedadzą.

Na styku kultur      

Meksyk leży na kontynencie północnoamerykańskim i jest bezpośrednim sąsiadem USA. Jednak ciężko dopatrzeć się tu licznych wpływów ze Stanów Zjednoczonych. Poczynając od języka, o którym już wspomniałem,  cała tutejsze kultura jest zgoła odmienna. Bardzo otwarci ale temperamentni ludzie. Ciepły klimat. Ogromna swoboda bycia, którą czasem można poczytać za lenistwo. Wszystko to składa się na nieodparte wrażenie, że Meksyk to jeden z krajów Ameryki Południowej. Nie świadczy o tym jego geograficzne położenie ale duch tego kraju.

Teotihuacán

Będąc w mieście odwiedziłem piramidy położone  w oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów Teotihuacán. Jechałem tam z nastawieniem zobaczenia mało ciekawej „kupy gruzu”. Wróciłem naprawdę zadowolony. To obowiązkowy punkt do odhaczenia na mapie. Nie będę się rozwijał na temat historii tego miejsca, po prostu trzeba to zobaczyć. Na szczególną uwagę zasługują dwie największe piramidy – słońca i księżyca. Pierwsza, wyższa z nich ma wysokość 65 metrów, a największą atrakcję stanowi wspinaczka na sam jej szczyt po stromych schodach. Teren piramid okupują handlarze pamiątek oferujący najrozmaitsze towary, od ozdobnych masek przez azteckie kalendarze po rytualne noże, przywodzące na myśl te, którymi wykrawano serca ofiarom na cześć tutejszych bogów. Licytowanie się ze sprzedawcami to kolejna atrakcja, można poczuć prawdziwy folklor. Najbardziej rozbawił mnie jeden z nich, który słysząc, że rozmawiamy po polsku, zaczął nam zachwalać swoje towary jako „tańsze niż w Biedronce”. Na koniec dodam, że targując się, nie powinniśmy zgadzać się na cenę wyższą niż połowa początkowej.

To o czym napisałem, to zaledwie wierzchołek piramidy. Meksyk to galimatias przepełniony treścią. Obfituje w atrakcje turystyczne – olbrzymi park Chapultepec, monumentalny plac Zócalo z największa i najstarszą katedrą obu ameryk czy kolorowy rynek Coyoacan (dzielnicy kojotów). Ma też niezliczoną ilość targów z najróżniejszymi towarami – od pachnących owoców po wyroby rękodzielnicze. Mógłbym tak wymieniać jeszcze długi, długi czas, a i tak nie oddalilibyśmy się od punktu wyjścia.  Żeby dobrze poznać to niezwykłe miasto trzeba by spędzić w nim wiele tygodni, do czego serdecznie Was zapraszam i zachęcam. ¡Nos vemos en México!

 


Autor: Kamil Rzetelski
Zdjęcia: Kamil Rzetelski

- POLECAMY -
Eleven Bike Fest