Co dwie głowy, to… cykl artykułów pisanych z dwóch perspektyw – jego i jej – Daniela Stojanowskiego i Pauliny Grudy. Czasami podobnych, często różnych. W tym wydaniu postanowiliśmy zrecenzować Moonlight.


Daniel

Barry Jenkins wykreował świat i postaci, którym nie sposób nie wierzyć. Po raczej mało wnoszącym La La Land (kolejne gwiazdy Hollywood, proste i chwytliwe piosenki, ładne obrazki itd.), mamy przedstawioną historię, jakiej jeszcze nie udało się przedstawić w taki sposób nikomu. A na dodatek uznano ją za najlepszą w tym roku.

Chiron, mieszkający z matką ćpunką (w tej roli genialna Naomie Harris), musi od małego radzić sobie z rówieśnikami. Jest słabeuszem, a jego jedyny przyjaciel nie jest w stanie sam wybronić chłopca. Pod swoją opiekę bierze go diler Juan (nagrodzony Oscarem za swoją kreację Mahershala Ali), który stawia sobie za cel, żeby młodzieniec wyszedł „na ludzi”. Zaczyna ich łączyć coraz bliższa relacja, z której żaden nie chce zrezygnować, bo są dla siebie kimś, kim nigdy nie byli – synem i ojcem.

Główny bohater dorasta, a wraz z tym zaczyna rozumieć sam siebie. Pochodząc z niebezpiecznej dzielnicy Miami, będąc czarnoskórym, a na dodatek gejem, tworzy mieszankę, która sprawia, że życie codzienne staje się walką. Ktoś powie: – szkoda, że jeszcze nie jest Żydem. Może i to słuszna uwaga, ale radziłbym najpierw obejrzeć film, a dopiero potem odważyć się na ewentualne komentarze.

Dostajemy bowiem bardzo zmysłową opowieść, podzieloną na 3 rozdziały. Każdy z nich ma inny kolor przewodni, każdy ma swój charakter, który usłyszeć można również w fenomenalnej muzyce. Do tego dochodzą przepiękne kadry, które pieszczą oko pastelowymi barwami i takim oświetleniem, że nawet krew nie wygląda przerażająco. Co więcej, doceniamy jej piękno, ale też łatwiej zrozumieć można ból, jaki za sobą niesie.

W mojej ocenie jest to film kompletny, który nie tyle zmusza do myślenia, co uzmysławia, jak w wydawałoby się, bardziej rozwiniętym kraju niż nasz, bycie innego koloru skóry i innej orientacji jest krzyżem, który dźwiga się na plecach. Czy się tego chce, czy nie. A wszystko to w blasku księżyca.


Paulina

Znowu się nudziłam!

Zaczynam mieć pewne obawy dotyczące mojego gustu filmowego. Po ostatnim seansie Wszystkich nieprzespanych nocy, które oglądaliśmy z Danielem, wyszłam mocno zmęczona, znudzona i zniesmaczona. Tym razem wybraliśmy film oscarowy i nie mogę powiedzieć, że było równie fatalnie, jednak znudzenie znów mnie dopadło. Nic mnie w tym filmie nie zaskoczyło, nie wbiło w fotel. Przez swoją schematyczność, dalsza część fabuły była do przewidzenia.

Ten film jest przesycony. Główny bohater jest jedną wielką górą nieszczęść, dosłownie. Spadły na niego wszystkie problemy, jakie można wymyślić (bardzo chciałabym je wymienić, ale wyjdzie z tego spoiler roku). Odniosłam wrażenie, że właśnie dlatego dostał Oscara. Bieda, narkotyki, przemoc. Czy tak chcieliby być ukazywani Afroamerykanie? Myślę, że ukazanie relacji opartych na różnorodnych wzorcach kulturowych byłoby jego dużą zaletą i przede wszystkim tym, czego najbardziej mu brakowało – urozmaiceniem.

Tyle jeśli chodzi o fabułę. Strona techniczna filmu jest naprawdę dobra! Bardzo estetyczne ujęcia, nagrane z nietypowej perspektywy, robią wrażenie. Szczególnie na dużym ekranie. Razem z muzyką tworzą niesamowity efekt, który na długo zostaje w pamięci.  Aktorzy też spisali się w 100%. Świetnie odegrali swoje role. Jednym słowem – przekonali mnie.