Under Sandet (Pole Minowe) był jednym z obrazów, nominowanych w tym roku do Oscara, w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny. Czy rzeczywiście zasłużył, by znaleźć się w tym szacownym gronie?

Film Martina Zandvlieta klasyfikowany jest najczęściej jako „wojenny”. Jednak to ostatnie określenie, którego użyłbym do jego opisania. To film o tęsknocie i strachu. Film o człowieku, który jest z natury okrutny, kierowany instynktami i w zasadzie dość prymitywny, ale potrafi też współczuć i postępować szlachetnie.

Jest maj, 1945 roku. Dania. Koniec II Wojny Światowej. Niemieccy żołnierze, jeńcy wojenni są wydalani z sąsiedniego kraju. Część z nich zostaje skierowana, by rozminować zachodnie duńskie wybrzeże. Około dwa miliony dwieście tysięcy min zakopanych jest na całej jego szerokości. To więcej niż w pozostałych krajach Europy razem wziętych. Dla tych, którzy zostają oddelegowani do wykonania zadania, jest to niemal równoznaczne z wyrokiem śmierci. Żołnierze przechodzą krótkie szkolenie, by wkrótce podjąć swoją ostatnią misję.

*

Poznajemy sierżanta Carla Rasmussena, który dostaje pod swoje dowodzenie grupę kilkunastu chłopców. Większość z nich należało do Hitler Jugend. Zostali rzuceni na front w akcie rozpaczy, gdy klęska nazistów była już nieunikniona.

Na początku Rasmussen zostaje nam ukazany jako człowiek, który wyjątkowo nienawidzi Niemców. W pierwszej scenie filmu dotkliwie bije on jednego z maszerujących, rozbrojonych żołnierzy Wermachtu, niosącego duńską flagę. W porywie szału doprowadza go niemal do nieprzytomności. Cóż więcej rzec? Wydaje się on postacią niezmiernie antypatyczną i skrywającą wiele agresji, którą ciężko będzie polubić.

Szybko jednak ujawnia się drugie oblicze sierżanta. To zwyczajny człowiek. Bardzo zmęczony zakończoną właśnie wojną. Widział wiele zła, które wyrządzali sobie ludzie, które Niemcy wyrządzili światu. Nie trudno dziwić się, że to właśnie na nich przelewa swój gniew.

*

„Pomiędzy flagami zakopane jest 45 000 min. Wy musicie je rozbroić. Kiedy skończycie możecie wracać do domu […] Jeśli będziecie rozbrajać 6 min na godzinę, nie wysadzając się przy tym w powietrze, za trzy miesiące możecie być znowu w domu.” Szybko okazuje się, że obietnica, którą sierżant daje chłopcom będzie go wiele kosztować. Stanie przed wyborem – dotrzymać słowa, wyzbyć się nienawiści i postąpić w zgodzie ze swoim sumieniem, czy wypełnić rozkaz, mszcząc się jednocześnie na narodzie zaborcy.

Wybór ten będzie tym trudniejszy, że z czasem Rasmussen zaczynie widzieć w chłopcach, tych, którymi naprawdę są – dzieci bezlitośnie wrzucone w wir wojny. Pojawi się między nimi nić porozumienia, którą bardzo łatwo jednak zerwać oraz przyjaźń, ale obarczona ciężarem historii i na wpół otwartych, bolesnych ran.

Under Sandet daje nam to, co zwykło dawać widzom kino wojenne, tylko w zupełnie innych okolicznościach. Jest walka – ale nie ma wojny. To walka o odzyskanie normalnego życia i powrót do domu. Są pourywane kończyny, ale na plażach, na których rozgrywa się akcja, nie toczy się już wojna. I w końcu – jest śmierć – ale umierają dzieci, które nie dzierżą nawet broni.

Wszystko to zamknięte jest w bardzo minimalistycznej, schludnej formie. Zmusza ona do skupienia się na warstwie fabularnej i psychologicznej filmu. Nie rozprasza. Pozwala delektować się (choć w tym przypadku to dość niefortunne sformułowanie) doznawanymi emocjami.

Sceny rozbrajania min, których w filmie co nie miara, budują nieznośne napięcie. Widz czuje wiercenie w brzuchu, jakby to on sam wykręcał zapalniki ze śmiercionośnych talerzy. Gdy kamera pokazuje chłopców zmagających się z ładunkami, naprzemiennie bombardują nas fale ulgi i strachu.

Wykręcanie zapalnika – lęk, napięcie, wstrzymany oddech. Mina rozbrojona – ulga, spokój, powietrze zebrane w płucach ulatuje. I tak aż do samego końca. Emocje wzbierają z każdą kolejną sceną – kumulują się, by eksplodować wraz z eksplozją miny, a ta następuje zawsze w najmniej oczekiwanym momencie.

*

Under Sandet zmusza, by zastanowić się, kim tak naprawdę są jego bohaterowie.

-Ofiarami?

-Przecież to Niemcy rozpętali wojnę!

-Oprawcami?

-Czy Ci przestraszeni chłopcy rzeczywiście mogą być aż tak źli? Jeśli tak, to skąd we mnie tyle współczucia dla nich? – pomyśli widz.

Według mnie odpowiedź może być tylko jedna. Wszyscy oni są ofiarami i to ze wszech miar. Ofiarami niemieckiej machiny podboju oraz nazistowskiego aparatu indoktrynacji. Szkoleni, by zabijać i stać się katami. W imię chorej żądzy władzy. W imię prawideł rządzących światem, którego jeszcze dobrze nie znają, nie rozumieją. Są ofiarami zemsty, na ogół za cudze występki. Ofiarami nie swojej wojny. Snują marzenia o przyszłości, nie wiedząc, że większość z nich jej nie doczeka. Odarci z normalnego życia. Oderwani od szkolnej ławki. Rzuceni na ofiarny stos ku czci ludzkiej głupoty. Jedne z niezliczonych istnień w historii, które tam wylądowały… Nie pierwsi, i z pewnością nie ostatni…

Pole Minowe, to film ważny. Odniosłem wrażenie, że momentami, próbuje on nam narzucić gotową interpretację. Mimo to, u uważnego widza, z pewnością wywoła niemały dysonans i masę przemyśleń. Powiedziałbym, że jest to film niewygodny. I choćby z tego jednego powodu warto go obejrzeć.


Autor: Kamil Rzetelski


 

Recenzja została napisana w ramach zajęć „Wywiad biograficzny” z mgr Karoliną Śmiłowską.