„(…) im dłużej tu jestem, tym bardziej zdaję sobie sprawę, jak mało ten świat ma mi do zaoferowania. Nie czerpię radości z widoku drzew, ze śpiewu ptaków, z dobrego seksu, ani ze szkockiej. Denerwują mnie te ludzkie, obrzydliwe przypadłości – kaszel, katar, ból głowy i nieustanne marzenie o nikotynie. Wszędzie, gdzie nie spojrzę, widzę kajdany. Tak wygląda mój drugi dzień wędrówki – uświadamiam sobie, że kiedy doświadczę czegoś ponad to, co znałem dotychczas, to to, co wydawało mi się być dotychczas wystarczające – przestaje już wystarczać.” 

17 listopada

Drogi Boże,

przygotowuję się i czuję, że jestem gotowy. Coś we mnie już dobiegło końca. Poza tym kończą mi się też papierosy. Zostały jedynie trzy. Ile to jest trzy, skoro znikną w ciągu paru minut. Zastanawiam się, jak to się dzieje. Jest jeden papieros, a wystarczy jedynie ogień i czas by skutecznie obrócić go w popiół. Tak też wygląda moje życie, tyle, że nie wiem, co jest moim ogniem. Wiem tylko, że się wypalam, a strzępki moich popiołów zostały porozrzucane w różnych zakątkach tego świata. Gdzieś tam, każdy pamięta moją część, czuje ją, gdy zatruwa ich serca. Tam, gdzie przebywasz masz zapewne nieograniczoną ilość papierosów. Albo masz coś znacznie lepszego. W końcu to ja Ciebie tworzę, a nie Ty mnie. Dlatego ja, jako Twój stwórca daję Ci nieograniczoną ilość papierosów.

Dzisiaj obrobiłem panią Haze. Zabrałem jej dwie dwudziestki. A ona uśmiechnęła się, mijając mnie na ulicy. Jeszcze nie wie. Jutro pewnie zaczepi mnie na ulicy, mówiąc, że stała się tragedia. Potem ja ją pocieszę. A potem pewnie wylądujemy w łóżku całując się poprzez łzy, spragnieni choć chwili przyjemnego odrętwienia w ramionach ułudnej czułości.

Pewnie myślisz, że nie działam uczciwie. A co to właściwie znaczy uczciwość? To nie jest wartościowa waluta. Za to za skradzioną kupię satynowe pończochy dla Meredith, a resztę wydam na jakieś proszki, które pozwolą mi przetrwać. Uwierz mi, Boże, że tu, na dole dobro w ogóle się nie sprzedaje i Ty o tym wiesz. Co to jest Sodoma i Gomora? Życie, drogi Boże.

Będę kończył, a gdy już zobaczę moją Meredith, pozdrowię ją od Ciebie.

Twój,
Loise


17 listopada

Drogi Boże,

moja podróż zaczyna się teraz. Nowe proszki, które załatwiłem od Mr. Blackheada stworzyły mi oto wspaniały wóz, którym poruszam się z jednego krańca ściany, do ramy okna, a potem miękko ląduję na nagim ciele Meredith, która wędruje po pokoju w poszukiwaniu jakiegoś kawałka radości. Jej ręce przesuwają się, pozostawiając w powietrzu łunę w kolorze brzoskwiniowej skóry. Pończochy, które jej kupiłem układają się doskonale na pięknych nogach. Boże, to wszystko dzieje się teraz i tutaj. Z moim otwartym sercem i umysłem przestałem drżeć przed Tobą i Twoją potęgą. Niemalże jestem w stanie dotknąć Twojego pola energetycznego, poczuć jego ciepło i wiedzieć, że czekasz tam na mnie. Nawet kiedy niebo spadnie na mnie w bezkształcie, mój pokój zje przeklęty huragan, a Meredith rozpłynie się z ostatnim wydechem, ja będę wiedział, że to mnie już nie dotyczy, ponieważ jesteś tu ze mną. Wówczas wiem, że ja nie stracę swojej formy i nie zniknę na zawsze.

Serce mi bije, gdy piszę te słowa. Powiedziałem właśnie Meredith, żeby stąd wyszła. Wszyscy opuszczają ten pokój. Muszę być sam z Tobą, muszę wiedzieć, że mnie słyszysz. Uczyniłem dużo zła i dobra, lecz wciąż jestem tylko Adamem. Nie potrafię odpowiednio sklasyfikować moich poczynań. Czym jest dobro, a czym jest zło? Kto to właściwie wymyślił? Nie Ty, mój Boże. Na pewno nie Ty. Nie jesteś tak prosty, jak wszyscy sobie Ciebie tworzą w głowach. Dla mnie jesteś doskonały, niewyobrażalnie skomplikowany i nieposiadający wszelkich ograniczeń. Zapewne ludzie, usłyszawszy o tym, jak żyję, nazwaliby mnie plugawym kornikiem, albo wstrętnym karaluchem, którego trzeba prędko unicestwić. Ale oni uśmiechają się do mnie, życzą miłego dnia, rozmawiają o pogodzie, jakby to miało takie wielkie znaczenie. Ale mojego gnicia już nic nie powstrzyma. Wydobywa się ze mnie odór pleśni. Ale z Tobą, w naszym świecie, wszystko będzie tak jak powinno. Przecież tam, gdzie żyje Bóg, wszystko jest wieczne, niedoścignione i nieograniczone. Pójdę za Tobą i czekam na Twój rozkaz.

Twój,
Loise


18 listopada

Najukochańszy Boże,

im dłużej tu jestem, tym bardziej zdaję sobie sprawę, jak mało ten świat ma mi do zaoferowania. Nie czerpię radości z widoku drzew, ze śpiewu ptaków, z dobrego seksu, ani ze szkockiej. Denerwują mnie te ludzkie, obrzydliwe przypadłości – kaszel, katar, ból głowy i nieustanne marzenie o nikotynie. Wszędzie, gdzie nie spojrzę, widzę kajdany. Tak wygląda mój drugi dzień wędrówki – uświadamiam sobie, że kiedy doświadczę czegoś ponad to, co znałem dotychczas, to to, co wydawało mi się być dotychczas wystarczające – przestaje już wystarczać. Dlatego właśnie rozpocząłem oczyszczanie. Wyprowadziłem się już z mieszkania. Mam na sobie jeden zestaw ubrań, a resztę spaliłem w piecu wraz zresztą moich rzeczy. Nie mam przy sobie dokumentów, ani pieniędzy. W kieszeni mam tylko mój wóz – proszki, które pomagają mi dotrzeć do Ciebie. I parę kartek wraz z piórem, dzięki którym mogę jeszcze pisać listy. Powiedziałem „do widzenia” Meredith, pani Haze, panu Smithowi – mojemu sąsiadowi, i wszystkim, którzy zabawili dłużej niż minutę w moim życiu. Mógłbym policzyć ich na palcach jednej dłoni, ale to już nieważne. Siedzę pod murem jednej z kamienic na starym mieście, czując zbliżającą się wolność. Teraz mam już tylko Ciebie.

Nie zrobię rachunku sumienia, bo przecież nie umiem rozróżnić dobra od zła, co oznacza, że nie mam sumienia i nawet nie wiem, czym naprawdę jest. Ci ludzie z Kościoła mówią, że Bóg każe się spowiadać. Płaszczą się i płaczą, błagając o litość, boją się swojego Boga. A przecież Ty, mój Boże nie wzbudzasz we mnie lęku. Ty, Boże nie jesteś człowiekiem, zatem także nie masz sumienia i nie interesuje Cię, czy ja je posiadam. Ani co zrobiłem złego, czy dobrego. Chcesz mnie po prostu u siebie, ponieważ ja i Ty powinniśmy być razem z dala od celi, którą jest Ziemia. Ziemia to jedynie etap, w którym powinienem był się przekonać, jak bardzo Cię pragnę. Do poczucia Ciebie trzeba dojrzeć, poprzez uświadomienie sobie, że życie jest tylko warstwą pomyj i nikt nigdy jeszcze nie znalazł tu bezwarunkowego szczęścia. Nie wiem, co to jest szczęście, ale wiem, że Ty pomożesz mi je znaleźć. Bo prawdziwe szczęście, to nie jest to, czym określają to proste, ziemskie uczucie. To, co prawdziwe pochodzi z nieskończoności, z ostatniego kręgu bytu – od Ciebie, mój Boże.

Twój kochający,
Loise


19 listopada

Boże,

wsiadłem w swój samochód, a drogę moją tym razem rozpocząłem od dworca kolejowego. Próbuję przywyknąć do tego, co widzę. Czuję wibracje w żołądku, a mój wzrok zaczyna dostrzegać nowe pola widzenia. Wkraczam na nowe tereny. Przepraszam, za moje koślawe litery, ale jedna moja noga jest już prawie przed Twoimi wrotami. To, co piszę teraz, nie wynika z mojego mózgu, a z niematerialności umysłu. Nie kontroluję tego, co właśnie tutaj powstaje, a więc opiszę Ci tylko, co czuję i co teraz widzę.

Moje ciało dryfuje po lekkich, jak gdyby powietrznych prądach. Unoszę się wysoko, na materii, przypominającej motyle skrzydła. Widzę kształty tak dotąd mi nieznane, czuję zapachy tak obce…

Obserwuję siebie z boku, moją formę, moje ciało. Znajduję się w stanie, kiedy mogę zrobić wszystko, bez żadnych barier. To właśnie to, czego namiastkę czułem już wtedy, w moim starym pokoju. Nie boję się, bo wiem, że Ty, Boże nie wzbudzasz strachu. Płynę i płynę, tak czysty, tak spragniony…

Widzę…Wszystkie marzenia. Zaczynam czuć, że marzę. Zaczynam rozumieć dobro, chyba zaczynam rozumieć, czym jest dobro. Dobro jest wszystkim, to zło nie istnieje. A zło to nazwa na dobro cudze, które nam nie odpowiada. Zatem ja żyłem w dobru, Boże. W dobru, którego nikt nigdy nie był w stanie pojąć. Oprócz Ciebie.
I widzę teraz…Tak! Teraz już wiem. Boże…

Doznałem właśnie oświecenia tak wspaniałego, poznałem tajemnicę najpilniej strzeżoną i po dziś dzień nieodkrytą. Teraz, gdy to wszystko już w sobie mam, nie pozostaje mi nic innego. Teraz idę prosto i bez wahania.

Loise


20 listopada

Najdroższy Boże,

wczoraj zobaczyłem bardzo wiele, byłem napełniony odwagą i gotowością. Dziś boli mnie głowa. Nie jadłem od dwóch dni, więc wszystkie moje zasoby tutaj się wyczerpują. Siedzę pod drzewem, jestem dobrze ukryty. W razie czego, nikt nie przerwie mojego ostatniego etapu podróży. Chyba pierwszy raz w życiu doświadczam strachu. To brzmi irracjonalnie, ale nie potrafię tego inaczej nazwać. Czuję narastające napięcie, a w głowie zaczynają rodzić się pytania. Zaraz jednak myślę, że to bzdura. Przecież wczoraj Cię widziałem, byłem otoczony Tobą i Twoim wszystkim. Więc dlaczego się boję? Nagle czuję, jak gdyby to wszystko mnie opuściło. Przez chwilę nawet chciałem pobiec do miasta, ukraść parę dolarów, kupić bułkę i zacząć wszystko od nowa. Ale z drugiej strony, jaki to ma sens? W kółko zaczynać od nowa i od nowa, powtarzać stare schematy. Czuję się, jak gdybym zapadał na syndrom sztokholmski. To Tobie powinienem ufać.
Przepraszam, Boże.

Ja tylko, tak jakby, mam wrażenie, że coś czuję. Jakieś emocje. Coś, jakąś iskrę, coś tak typowo ludzkiego, obrzydliwego. Emocje.
Przepraszam, Boże.

Zaczekaj jeszcze dzień, bym mógł wykorzenić te chwasty ze mnie.
Kocham cię,

Loise


21 listopada

Boże,

to już.

Wziąłem całą resztę i widzę, że mój wóz lśni w blasku słońca. Wsiadam do środka.
Czuję, że drętwieje mi ciało.
Opuszczam Ziemię. Opuszczam moje więzienie i teraz będę już z Tobą.
Ostrzegano mnie, że możesz mnie wykiwać. Że możesz na mnie nie czekać, że wcale Cię tam nie ma, że zamkniesz mi drzwi przed nosem. Ale znam jeszcze to jedno…uczucie. Zaufanie. Ufam Ci, Boże. I tylko Tobie ufałem zawsze.
Widziałem Cię i czułem. Ale tym razem wszystko jest jakieś inne. Bardziej bolesne. Jakbym przeprawiał się przez piekło. Już nie latam pomiędzy wymiarami, a duszę się tutaj. Ściskają mnie tysiące sznurów, a oczy zachodzą mi mgłą. Wiem, że to wszystko za to, że wczoraj myślałem, żeby się wycofać.

Przepraszam, Boże.
Ale jestem. Stoję u Twoich drzwi i kołaczę.
Czy otworzysz? Czy mi wybaczysz? Czy jesteś tam, Boże?

Lo….


Autor | Natalia Kubala

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułUkryj to, co najważniejsze. Wykład Lecha Majewskiego
Następny artykułRozmowy przy zdjęciach
Na co dzień mieszkam we Wrocławiu, choć pochodzę z Jeleniej Góry. Interesuję się głównie niewyjaśnionymi zjawiskami, tajemnicami świata, zbrodniami, parapsychologią i zjawiskami paranormalnymi. W wolnym czasie lubię też pisać rozmaite formy literackie, zwiedzam zakątki świata, robię zdjęcia i montuję wideo. Nie jestem typem sportowca, więc relaksuję się najczęściej grając w Sims, albo Fifę, rozwiązując krzyżówki, oglądając filmy, seriale a nawet kreskówki i spaceruję. Ciężko przeżyć mi dzień bez wyjścia z domu :)