Nareszcie! Fani Marvela doczekali się kolejnej części przygód Deadpoola. Wymagania były duże, ale czy sequel powtórzył sukces sprzed dwóch lat?

Wade Wilson. Super, ale nie bohater. Znany lepiej jako Deadpool, facet biegający w czerwonym, obcisłym stroju i pozbawiający życia łotrów jeszcze gorszych od siebie. Miłośnicy Marvela poznali go już w 2016 roku, a jego historia o wielkiej miłości i nowotworze, który zmienił go w pomarszczonego jak awokado nieśmiertelnika, podbiła ich serca. Pierwszy Deadpool w reżyserii Tima Millera był jak powiew świeżości w dotychczasowym, trochę patetycznym superbohaterskim świecie. Nieskomplikowana fabuła, niewybredne, miejscami wręcz prostackie żarty i dość mały budżet (jak na tego typu produkcje) stały się metodą na sukces, który miał zostać powtórzony w najnowszej części perypetii Wilsona. Czy to się udało?

Deadpool 2, choć tym razem wyreżyserowany przez Davida Leitcha, również rozpoczyna się retrospekcją wydarzeń, która prowadzi do wyjaśnienia dramatycznego zajścia. Zakończyło ono sielankowe życie Wade’a (Ryan Reynolds) i Vanessy (Morena Baccarin). Ten, próbując poradzić sobie z wszechogarniającą rozpaczą, postanawia odnaleźć w swoim życiu cel. Oferta pomocy od X-Menów kończy się zupełną klapą, prowadzącą przez ścieżkę problemów, na czele których stoi ognistoręki dzieciak Russel (Julian Dennison) i pochodzący z przyszłości Cable (Josh Brolin). Każdej sytuacji, nieistotne jak dramatycznej, towarzyszą żarty na poziomie chłopca zamkniętego w ciele dorosłego mężczyzny.

Treść filmu znów nie wyróżnia się niczym specjalnym. Jest prosta, ale tym razem zachowania i cele bohaterów są lepiej wyjaśnione. Pozwala to zrozumieć kierujące nimi pobudki, szczególnie jeśli chodzi o antagonistów. Niestety odniosłam wrażenie, że produkcji brak pewnej ciągłości. Wątki są przedstawiane bardzo chaotycznie i dopiero po kilkunastu minutach snucia się filmu, nabiera on rozpędu. Do pewnego momentu w ogóle nie wiadomo, w jakim celu pojawiła się postać Cable’a.

Specyficzna fabuła Deadpoola 2 tłumaczy z pewnością specyficzny humor, który i tym razem jest elementem, na którym opiera się niemal każde wydarzenie. Na szczęście, różni się od tego z pierwszej części. Już nie tak prostacki, nawiązujący przede wszystkim do popkultury, a tematem żartów są głównie X- Meni lub bohaterowie uniwersum DC. Cały obraz bazuje na skojarzeniach. Sposób w jaki zostało to zrobione, sprytny i świadomy, sprawia, że sequel nabiera trochę klasy. Jeśli idziecie do kina pośmiać się, z pewnością się nie zawiedziecie. Kolejną mocną stroną filmu, podobnie jak w części pierwszej jest soundtrack. Pojawia się dużo znanych utworów, dobieranych w naprawdę świetnych momentach. Przykładem mogą być śpiewające dzieci w scenie slow motion, co jest świetnym spoiwem całej fabularnej konstrukcji. Elementem, przez który Deadpool 2 broni się najbardziej, jest obsada. Oczywiście, że ta produkcja bezapelacyjnie należy do Reynoldsa, który wcielił się w Wade’a Wilsona całkowicie. Bezbłędne były także dialogi między głównym bohaterem a drużyną X – Menów i jego kwitnący bromans z Cable’m. Także taksówkarz Dopinder (Karan Soni) miał swoje pięć minut, żeby zabłysnąć. Wydaje mi się jednak, że to nowe twarze mają największy potencjał. Casting na całą X – Force był udany, ale zdecydowanie wyróżniła się postać Domino (Zazie Beetz).

Co zatem było słabszą stroną? Mimo ciekawych możliwości, które nowa obsada gwarantowała całej fabule, nie zostały one do końca wykorzystane. Do pewnego momentu nie było wiadomo nawet, jakie zadanie ma dany bohater i co on właściwie tu robi. Sekwencje walk i efekty specjalne z tym związane były mocno przeciętne. Rola komputera była bardzo widoczna. A szkoda, bo tym razem budżet był większy, a poziom wciąż ten sam, co w pierwszej części.

Deadpool był moim ulubieńcem. I choć nie stracił w moich oczach, bo druga część jego przygód dalej jest dobra, to nie jestem stuprocentowo przekonana. Tylko scena po napisach była tak dobra, że i tak z niecierpliwością czekam na dalsze części!


Autor: Karolina Szachniewicz
Zdjęcia: mat. prasowe, YouTube

- POLECAMY -
Eleven Bike Fest