Tommy’ego Wisseau można spokojnie nazwać Don Kichotem współczesnego kina. Walczył z wiatrakami branży filmowej, i choć jego film – „The Room” – poniósł całkowitą klęskę, to „Diasater Artist”, opowiadający historię tego niepoprawnego marzyciela, ma szansę na zdobycie tytułu najlepszej komedii tego roku.

Tommy Wiseau zaistniał w świecie popkultury w chwili, gdy do kin trafił jego debiutancki film „The Room”. Wystarczył moment, by publiczność i krytycy okrzyknęli tę fabułę najgorszą w historii kina. Dane z boxoffice’u szybko potwierdziły te głosy: film zarobił ok. 2 tysięcy dolarów, podczas gdy jego budżet sięgnął prawie 6 milionów. W całym tym zamieszaniu zwrócono uwagę na Wisseau – pozytywnego wariata z nieograniczonym strumieniem gotówki na koncie, który poświęcił się w pełni, by zrealizować swoje marzenie i wizję artystyczną: stworzyć film i jednocześnie w nim zagrać. Z czasem „The Room” stał się kultowy w swej złej sławie i zaczął przynosić Wisseau zyski. Pięć lat temu Greg Sestero – przyjaciel Wisseau – wydał książkę, w której opisał kulisy ich przyjaźni oraz szczegóły związane z powstaniem „The Room” – jest on drugim ojcem tego filmu; zatytułował ją nie inaczej, jak „The Disaster Artist”.

Coś z niczego

James Franco, znany amerykański aktor, zachwycił się książką Sestero i wykupił prawa do jej ekranizacji.  Postanowił, że podobnie jak Wisseau, wcieli się w rolę pierwszoplanowej postaci oraz reżysera. Efekt jego pracy jest porażający – historię o największej klapie w historii kinematografii przekuł w opowieść o spełnianiu amerykańskiego snu w wydaniu alternatywnym.

„Disaster Artist” przedstawia drogę, jaką w pogoni za spełnieniem marzeń przeszli Wisseau i Sestero, od ich pierwszego spotkania na zajęciach aktorskich dla amatorów w San Francisco aż do premiery filmu, który stworzyli wspólnymi siłami, gdy przemysł filmowy w Los Angeles okazał się dla nich nie tak przychylny i łaskawy, jak sądzili. Widz wybierający się do kina nie musi znać historii tej dwójki; może nawet być osobą, która nigdy nie widziała i nie słyszała o „The Room”, przez co nie zna kontekstu sytuacji (czyli może być po prostu mną – laikiem filmowym do granic możliwości), a i tak wyjdzie z kina z brzuchem bolącym od śmiechu i poczuciem obejrzenia doskonałej komedii.

Gra aktorska Jamesa Franco jest bezbłędna. Stworzył on kreację postaci na tyle dziwnej dla normalnego człowieka, że aż przerysowanej; jest ona jednak autentyczna w swoim niezrozumiałym dla innych szaleństwie. Franco zbudował Tommy’ego w każdym szczególe – począwszy od nieforemnej postury, przez manierę w głosie i wschodni akcent, aż po naturalność, która emanuje z zachowań jego postaci. Dave Franco w roli Grega Sestero również dotrzymuje mu kroku, będąc postacią tak samo wyrazistą, co Tommy, lecz bardziej przyziemną i zrównoważoną. Ta dwójka wypełnia sobą całą przestrzeń ekranu; ich osobowości oraz przygody i pomysły są tak szalone, że nie pozostawiają miejsca na historie reszty bohaterów; ci są jedynie instrumentami dla ich działań, pojawiają się, gdy są im przydatni, idealnie dopełniając wolne miejsce, jakie im pozostawiono, nie starając się naruszyć jego granic. Dla widza są dostatecznie zarysowani i potrzebni w fabule, ale nie obciążają jej swoimi losami. W obrazie nie ma niepotrzebnie urwanych czy poruszonych wątków; każda postać zna doskonale wyznaczone jej miejsce i się go trzyma.

Dialogi roją się od wypowiedzi komicznych, które są smaczne i inteligentne, a często wynikają z nieporozumień w związku z postacią Tommy’ego – jego marzycielstwo sprawia, że dla przeciętnego człowieka wydaje się on przebywać w innym, na wpół realnym świecie, a to powoduje szereg nieporozumień i zabawnych sytuacji. Jego autentyczność i niezłomna wiara w to, co próbuje stworzyć, sprawia, że widz czuje do niego ogromną sympatię. Patrząc na poczynania Wisseau, każdy z nas znajduje się w perspektywie Grega Sestero – wiemy, że mamy do czynienia z wariatem, ale wariatem autentycznym, naturalnym, a przy tym ciepłym i serdecznym, a przez to coś nas do niego przyciąga i sprawia, że chcemy mu towarzyszyć w przygodzie życia.

Zdjęcia w filmie są dobre, sceny przechodzą naturalnie jedna w drugą. Plusem jest dodanie na końcu filmu autentycznych scen z „The Room”, i zestawienie ich obok tych odtworzonych przez aktorów „Disaster Artist” oraz krótkich prologu i epilogu, wyjętych z fabuły filmu, nakreślających sylwetkę oraz sytuację Wisseau oraz dalsze losy jego i Sestero.

„Disaster Artist” nie jest historią upadku, z której można by się nabijać; to film o odważnych marzycielach, którzy nie bali się zaryzykować i pójść pod prąd. Czy im się to opłaciło – każdy musi już zdecydować sam, bo wyjście do kina na tą komedię z pewnością nie będzie czasem straconym.


Autor: Nina Paśniewska

Zdjęcie: materiały promocyjne filmu „Disaster Artist” (2017), reż. James Franco.