Czy narkotykowe korpo-przekręty, dealerka przy meksykańskiej granicy, seks doprawiony pieniędzmi i polowanie na czarnoskórego gringo zachęcają? Raz się żyje dla takich kombinacji.

Oszukać schemat

Harold jest miłym, spokojnym człowiekiem o idealnym życiu: praca w korporacji, piękna żona, która czeka na niego w domu na przedmieściach i życiowa stabilizacja. W pewnym momencie odkrywa oszustwa skrywane przez najbliższych. Zostaje wysłany w delegację do Meksyku, gdzie ma uczestniczyć w przemycie. Wiedząc, że będzie ofiarą wyprawy, postanawia odegrać się na wszystkich i upozorować własne porwanie, zyskując przy tym fortunę z okupu. Plan brzmi jak marzenie, jednak szybko doświadcza ciemności złożonego świata latynoskich karteli. Sprawa wymyka się spod kontroli – Harold ma na ogonie szefa-dealera, dawnych nieprzyjaciół, zawodowego mordercę i FBI (w pakiecie). Pomaga mu młoda, bezbronna turystka i nawrócony płatny zabójca.

Królowie wielkiego wejścia

Produkcja weszła na salony w wielkim stylu – kina wyczekująco wypatrywały premiery od Monolith Films. Chwytliwe zwiastuny i thrillery karmiły zaskakująco smaczną jakością, zachęcając do obejrzenia, więc co poszło nie tak?
Akcja, zamiast rozpędzać się sprawniej niż nowy Mercedes do setki, stoi w miejscu. Twórcy nafaszerowali ją wątkami, które nie są powiązane, przez co rodzi się wrażenie, że film jest jedynie mniejszą częścią całości. Ważne szczegóły są pomijane – to podkreśla niedociągnięcia. Wszystko składa się na labirynt myśli, w którym łatwo się zgubić. Mimo to fabuła jest bardzo przewidywalna i nie ma logicznego zawiązania akcji. Jednak nie tylko twórcy, ale także polscy tłumacze mają na sumieniu niejeden grzech. Dla nich sam Dante Alighieri stworzyłby osobny krąg w Piekle. Przede wszystkim za popełnienie tłumaczenia tytułu. W oryginalnej wersji film nazwano hiszpańskim określeniem obcokrajowca w Ameryce Łacińskiej. U nas zastąpiono to wyrażenie wdzięcznym Raz się żyje. Czarny humor jest jedynym napędem Gringo (oryginalny tytuł), ale nadal zbyt słabym, żeby udźwignąć całą produkcję.

Fifty shades of stereotypes

Oprócz zabójczej fabuły i porywającej akcji możemy podziwiać galę stereotypowych charakterów. Na czerwonym dywanie gości szef-materialista (Joel Edgerton), charyzmatyczna korpo-hetera (Charlize Theron) i życiowy nieudacznik, który znajduje się w nieodpowiednim czasie i miejscu (Daniel Oyelowo). Nie może również zabraknąć brata szefa (Sharlto Copley) – połączenie Chucka Norrisa i Indiana Jones, który ginie trafiony kulą pistoletu w losowych okolicznościach. W tle jest zauważalna małomiasteczkowa, młoda para (Amanda Seyfried, Harry Treadaway), która ląduje w tej samej przestrzeni wydarzeń. Właśnie ci i wielu innych umilają seans. Mocno zarysowane postacie powielają schematy nie tylko swoimi osobowościami, ale także pospolitymi zachowaniami, przez co – jak głosi powyższe odkrycie – historia staje się banalna.

Telezakupy w Wielkim Mieście

Gringo jest jak zakupy w supermarkecie – wiemy dokąd zmierzamy i co chcemy kupić, ale wokół jest za dużo rzeczy, które odciągają uwagę. Wrzucamy połowę z nich do koszyka, zapominając po co przyszliśmy. W efekcie mamy mnóstwo niepotrzebnych drobiazgów i brak kluczowego produktu. Należy sobie wyobrazić analogicznie, że twórcy trafili do wielkiego centrum handlowego – zafundowali odbiorcom zbyt wiele bodźców, pomijając rozwinięcia najważniejszych wątków. Przez to film jest niezrozumiały i ciężko się przebić przez skorupę tandety.


Autor: Joanna Kowalska
Zdjęcia: spidersweb.pl, hollywoodreporter.com, thepopbreak.com, readysteadycut.com