To jest walc o naszych ciałach. Co one znaczą dla naszego zbawienia? To tylko ubrania, w których dorastamy. Tylko grunt, na którym stoimy. Czy ciemność może nami zawładnąć?

Po pierwszym obejrzeniu, Suspiria jest przytłaczającym doświadczeniem. Dziełem sztuki równie złożonym i introwertycznym jak hipnotyzujący układ choreograficzny wykonywany przez zespół tancerzy Madame Blanc (Tilda Swinton). Każda klatka, każda postać i każdy narracyjny piruet  w dziele Luci Guadagnino ma istotne znaczenie. Reinterpretacja kultowego horroru Daria Argenta przez włoskiego reżysera sprawia, że ​​niemal niemożliwe jest pełne zrozumienie Suspirii bez oglądania jej więcej niż raz.

Ci, którzy znają mitologię trylogii Trzech matek Argenta, bez wątpienia rozpoznają niektóre z tych elementów w nowej Suspirii. Mowa o tytułowych kobietach: Mater Lachrymarum (Matka Łez), Mater Tenebrarum (Matka Ciemności) i Mater Suspiriorum (Matka Westchnień). W filmie Guadagnino, ta trójka jest kręgosłupem narracji, która unika centralnej tajemnicy wersji Argenta. Niemal natychmiast po przybyciu Susie Bannion (Dakota Johnson) do Berlina, film wyraźnie zaznacza, że ​​Akademia Tańca jest prowadzona przez sabat czarownic. Film Guadagnino jest w ciągłym dialogu z dziełem Argenta – w reinerpretacja widocznie zmienia się kontekst, historia, postacie, a nawet styl wizualny. W ten sposób podejście Guadagnino samo w sobie jest częścią zawiłej struktury tematycznej Suspirii.

Taniec wynikiem zderzenia suworej rzeczywistości i mocy nadprzyrodzonej

Berlin, lata 70. Jesteśmy w samym sercu miasta, mianowicie – po jednej ze stron muru berlińskiego. Miasto drzy od bomb i napadów lewicowej grupy terrorystycznej Baader-Meinhof. Jednak groźna niemiecka codzienność nie stresuje młodej, amerykańskiej studentki – Susie Bannon. Chęć podjęcia nauki w prestiżowej szkole tańca jest większa. Realia powojennej rzeczywistości mocno przeplatają się z nadprzyrodzonymi siłami rządzącymi w akademii. Oczy Susie są jasne i dociekliwe, a głos brzmi jak westchnienie, co wybija się wśród innych tancerek. Przyciąga to uwagę Madame Blanc. Chce rozpocząć pracę nad nowym dziełem. Ale ten kawałek nie jest całkiem nowy – To Volk (z niem. massy), trzewny taniec interpretacyjny stworzony w 1948 roku w następstwie drugiej wojny światowej. Opinią Blanc jest to wymagający utwór, który wymaga więcej niż jakikolwiek student może dać, dlatego wzmacnia ona najbardziej utalentowanych tancerzy dodatkowymi prezentami fizycznymi – boleśnie pozyskując ich od kolegów-studentów.

Skrypt Davida Kajganicha natychmiast odchodzi od materiału źródłowego. Podobne do snu siatki chorobliwych obrazów, piosenki frontmana Radiohead Thoma Yorke’a – jasne jest, że oglądamy zupełnie inną Suspirię. Pełen zakres talentu Susie i prawdziwa natura dziedzictwa Heleny Markos ujawniają się w brawurowej sekwencji, która ujawnia wszystko  o wiele wcześniej, niż można się było spodziewać.

Gdy Susie wykonuje Volk, nieświadomie przejmuje ciało zhańbionej tancerki w innym pokoju, ciskając biedną kobietę przez lustrzane studio i wykrzywiając jej ciało w nienaturalny sposób. To brutalnie piękny wyczyn przekrojowy, który pobudza ten ponury świat bajki jako miejsca, w którym ruch jest formą przywoływania, kierunek jest aktem opętania, a sztuka przekazywana jest z pokolenia w pokolenie jak ideologiczna doktryna.

Zrazić, żeby otworzyć oczy na prawdę 

Suspiria Guadagnino wystrzega się rzeczy przerażających, tak typowych dla horrorów na rzecz uczuć denerwujących. Jest bardziej obrzydliwa, niż przerażająca i bardziej elegijna niż gruba. Wszystko kręci się i buduje się w majaczącym finale, który jest wystarczająco rozpustny, by zaspokoić nawet najbardziej wymagających wielbicieli horrorów. Podcięcia Guadagnino – niemal sabotaże – sceny, które grożą przywilejem krwawego spektaklu nad rzeką smutku płynącą pod nim.

Takie podejście może być frustrujące, ale to się opłaca. Światłem na wstrząsach i chwilami „cholera jasna”, Suspiria sprawia, że przeczołgujemy się przez tępy strach pamięci. Czerwoną plamę winy i obrzydliwą prawdę historyczną, z której członkowie sabatu (lub narodu kraju – np. Niemczech za czasów Trzeciej Rzeszy) bardziej zwalniają siebie nawzajem zbiorowymi grzechami, niż ponoszą za nie odpowiedzialność.

To już koniec. Jedna już tam jest. Druga jest tutaj. Trzecia nadchodzi.


Autor: Zlata Veresniak
Zdjęcia: Youtube