Nigdy nie myślałam, że wydam dwadzieścia ciężko zarobionych złotych na film superbohaterski. Jak już je oglądałam, to w domowym zaciszu, pod kocykiem, i zwykle dotrwałam do czterdziestej minuty. Dopiero wtedy uświadamiałam sobie, jakie to głupie i bezmyślne, jacy ci bohaterowie są patetyczni, a fabuła miałka. Aż w końcu poszłam – no w końcu taki szum o tego Strange’a: Cumberbatch na pierwszym planie, tyle mamony wtłoczone w efekty. Poszłam. Pójdę i na drugą część. I na trzecią – pisze Justyna Kościółek.

Marvel jako wytwórnia komiksów łatwo nie ma – w swoim ciągłym użeraniu się z DC muszą wygrzebywać coraz to starsze i zakurzone postacie narysowane w zeszytach o ich historiach. I tak właśnie, odgrzebując zapomnianych superbohaterów, powstają kolejne produkcje. Ci, których historia jest zbyt długa na film dostają serial, jak na przykład Luke Cage czy Daredevil, a reszta kisi się wepchnięta w Marvel Cinematic Universe, czekając nieraz po kilka lat na nową pełnometrażową część przygód. Jako całkowity antyfan superbohaterstwa nie mam nic przeciwko takiej strategii – entuzjaści komiksów poczekają tyle, ile trzeba, żeby zobaczyć swojego herosa w akcji. I do tej pory myślałam, że mi nie przyjdzie czekać, śledzić newsy i siedzieć jak na szpilkach, wyczekując trailera filmu autorstwa czy to DC, czy Marvela właśnie – jakże się srogo myliłam.

Czy to historia Stephena Strange’a tak mnie uwiodła? Czy to magnetyzm Cumberbatcha? A gdzie tam. Film jak film z tego Strange’a tak naprawdę. Zagrany porządnie, efekty zjawiskowe, scenariusz całkiem, całkiem… Przy takim budżecie inaczej być nie mogło. Ale co innego jest niespotykane. Przyglądając się temu, jak nitki różnej maści superbohaterów przeplatają się z innymi postaciami Marvela, „Doctor Strange” to początek nowej ery. Nowej nadziei, cytując Gwiezdne Wojny. Bo podczas gdy inni, taki Hulk czy Black Widow, mają nadprzyrodzone zdolności natury fizycznej, a niektórzy opierają się na tych zdobytych dzięki nauce (Iron Man, Ant-Man) to Strange na tym tle to zwykły człowiek, który operuje magią. I to magią „dorosłą”, bez różdżek i latających mioteł. Właśnie to zapowiada możliwy cykl filmów o Avengersach-magach, w których – przynajmniej ja – czuję się najlepiej spośród innych historii proponowanych przez Marvela.

Sama produkcja, jak już pisałam wcześniej, była dobra. Marvel zawsze celował w blockbustery, więc i tym razem mu się udało bezbłędnie trafić w dziesiątkę na tarczy publiczności. Producenci zgarnęli kilku znanych aktorów, na przedzie z Benedictem Cumberbatchem, Madsem Mikkelsenem i Tildą Swinton, o których aktorską stronę bać się nie trzeba. Dali im do odegrania dość dobrze napisany scenariusz, w którym niestety mamy ratowanie świata, którego zwykle nie trawię, jednak tutaj było zjadliwe. Do tego mam wrażenie, autorzy chcieli znaleźć przestrzeń dla każdego bohatera, nawet niepozornego Wanga – co łatwe nie jest, ale udało im się świetnie. Dodali trzy tony efektów specjalnych, które podobno wciskają w fotel przy oglądaniu filmu w 3D (niestety potwierdzić nie mogę, gdyż świadomie wybrałam zwykłą wersję). Doprawili humorem, zamieszali, zabarwili romansem i tak oto powstał Doctor Strange.

Nie mogłabym podarować sobie, gdybym nie wspomniała o uderzającym podobieństwie historii Strange’a do Iron Mana. Arogancki, bogaty typ, który jest najlepszy na świecie w tym, co robi, przez własną głupotę jest raniony, a lekcji udziela mu mądra, łysa osoba. Do tego oboje wyglądają jak Sherlock Holmes. Może i jest to z lekka szablonowa postać, ale ja tam wybaczam Stanowi Lee – wydaje mi się, że żaden inny superbohater nie uczyniłby mi takiej frajdy z pójścia do kina. I to nie tylko frajdy z całej opowieści, ale też „technicznej” uciechy – reżyser spisał się na szóstkę. Większość ujęć jest poprawna, jednak niektóre kradną cały film (na przykład jazda samochodem przed feralnym wypadkiem głównego bohatera czy nawet sam wypadek). Muzyka mogła być lepsza, ponieważ niestety nie ma w niej nic oryginalnego. To nie znaczy, że zawadza. Jest przezroczysta, tak samo jak montaż.

Jak już wyżej napisałam, będę czekała na kolejną część z nadzieją, że okaże się jeszcze lepsza. W tej zachwycił mnie humor, rozplanowanie historii i ciekawy pomysł na zakończenie. Czy kolejna w ogóle powstanie? Plotki są, jednak wprost nikt z Marvela nic nie wspomniał. Pozostaje czekać. Ja czekać będę.

Autor | Justyna Kościółek