Escaperoomy są coraz bardziej popularną formą spędzania wolnego czasu we Wrocławiu. Czymś podobnym do nich są Domy Strachu. Ich główny cel? Przerazić uczestników. Czy się udało? Postanowiliśmy to sprawdzić.

Myślałam, że już dawno wyrosłam z fazy, w której, jako nastolatka, oglądałam horrory przez palce i z kocem na głowie. Dzisiaj już niewiele filmów grozy, szczególnie tak zwanych amerykańskich jump scare’ów, jest w stanie mnie przestraszyć. Więc kiedy w niedzielny wieczór znajomi zaproponowali wizytę w domu strachu, zgodziłam się z uśmiechem. I chyba się trochę przeliczyłam.

House of Fear to jeden z dwóch domów strachu we Wrocławiu. W ich ofercie znajdują się dwa standardowe pokazy: Kwarantanna i Upiorne Damy 2. W tamtą niedzielę była jedynie dostępna wersja pierwsza, więc nie mając zbytniego wyboru, zarezerwowaliśmy miejsce dla czteroosobowej grupy i pojechaliśmy na Plac Orląt Lwowskich. Rada na przyszłość: stawcie się punktualnie, bo wcześniej i tak was nie wpuszczą. Puk, puk, puk. Drzwi się otworzyły. I gra się rozpoczęła.


Łzy strachu…?

Oczywiście nie mogę zdradzić wam, jak uciec i co dokładnie znajduje się w środku. Zanim wszystko się zaczęło, musieliśmy wypełnić formularz zgody i przeczytać regulamin, który wyjaśniał, czego możemy się spodziewać i jakie przeciwwskazania (szczególnie zdrowotne) mogą uniemożliwić wam nadchodzącą zabawę. Waśnie, ale czy to była zabawa? Ciemno, ciasno, słychać każde, nawet najdrobniejsze poruszenie. Nie możecie się cofać. Pamiętajcie, że nie jesteście, a im wolniej posuwacie się na przód, tym większa szansa, że dosięgnie was coś, z czym nie chcecie stanąć twarzą w twarz. Jeśli jednak was to przerośnie to spokojnie – zawsze jest możliwość wyjścia. Trzeba wtedy, do kamery umieszczonej w każdym kolejnym pomieszczeniu, pokazać znak X. Nie powiem, że nie przeszło mi to przez myśl. Ważne jest to, że w żadnym wypadku w grze nie może zostać tylko jedna osoba. House of Fear świetnie łączyło w sobie elementy escaperoomu i ciarek przechodzących po plecach. Wszyscy wykręcaliśmy głowy w każdą stronę, by upewnić się, że jesteśmy bezpieczni. Ale nasi „przyjaciele” pojawiali się w najmniej odpowiednich momentach. Moją współlokatorkę doprowadzało to do takiego nerwowego rozstroju, że biegła przed siebie nie patrząc na nas, więc nie raz skończyliśmy przez nią poturbowani! A to niby nie jej powinniśmy się bać…

…czy śmiechu?

Kwarantanna składała się z kilku pomieszczeń łączących się w labirynt prowadzący do wyjścia. Po drodze czekają jednak przeszkody inne, niż te, o których już wspomniałam. Trumny, kłódki, zjeżdżalnie czy sejfy. Ciasne przejścia i niewygodne drogi ucieczki. A to wszystko po to, żeby można nas było zatrzymać. W połowie śmiałam się tak bardzo, że zapomniałam o strachu. Czego nie mogę powiedzieć o innych członach naszej małej i wcale nie tak nieustraszonej grupy. Próbowaliśmy zgrywać chojraków i zagadywać zamaskowane postacie. Chyba jednak nie do końca nam to wyszło, bo po tym jak w końcu udało nam się doczołgać do wyjścia, pani z recepcji powiedziała, że dawno nie słyszała, żeby ktoś tak krzyczał.

Podsumowanie

House of Fear zdecydowanie może wystraszyć. Moje łzy śmiechu były po prostu absurdem w sytuacji radzenia sobie z niepokojem i niepewnością. Chociaż nie wystraszyłam się na 100%, gra zdecydowanie była warta świeczki. Czymś innym jest zobaczenie horroru w telewizji, a czym innym odczucie go, dosłownie, na własnej skórze. Poza tym to świetny sposób na wytresowanie umysłu i zmysłów.

P.S. Niektóre kukły też umieją chodzić.


Autor: Karolina Szachniewicz
Zdjęcia: oficjalny profil House of Fear na Facebooku, YouTube