Studencie! Znajdujesz się właśnie na sesyjnym półmetku. I kiedy po raz kolejny masz dość i myślisz, czy nie rzucić by tego wszystkiego i otworzyć własny kiosk Ruchu, pomyśl o tej mieniącej się, holograficznej naklejce, Twojej przepustce do świata ulg studenckich, którą otrzymasz na kolejne pół roku, jeśli tylko znajdziesz w sobie jeszcze trochę siły.

Moja przyjaciółka zawsze powtarza jedno: „Pierwsza sesja jest najgorsza. Będziesz mieć wrażenie, że umrzesz, że się zesrasz, ale to zdasz. A potem to już z górki”. Choć to dość dosadne porównanie, to wierzę jej; dziewczyna skończyła politechnikę, musi więc wiedzieć swoje, w końcu przeżyła dziewięć sesji więcej niż ja. Co prawda innych porad, jak przeżyć ten okres, mi nie dała, ale sądzę, że podzieliła się ze mną tą najcenniejszą, a resztę muszę wywnioskować na błędach własnych i przyjaciół.

Obserwując sesyjny i przedsesyjny pożar, który teraz na szczęście już dogasa, czuję się naprawdę dumna, że: primo – nie wyglądam jak wrak człowieka, a wory pod oczami nie rozlały się na resztę twarzy, secundo – że udało mi się nie zamienić mieszkania w jedną, wielką, podręczną bibliotekę i punkt ksero (co było dość trudne, bo gubię większość skryptów i notatek, przez co muszę je kserować dwa razy). W tym pierwszym pomogły mi energetyki mieszane z winem, w drugim – przeniesienie miejsca nauki do kawiarni. A konkretnej: stworzenie własnej strefy okupacyjnej w kawiarni.

Na ten genialny pomysł wpadła moja współlokatorka; któregoś dnia pojechała uczyć się do kawiarni i zauważyła, że i przyjemna muzyka leci w tle, i w sumie nie ma tam żadnych innych rzeczy poza nauką do roboty. Zważywszy na fakt, że w mieszkaniu co chwilę znajduję wymówkę, aby wstać od biurka i przerwać pracę (właśnie wróciłam z kuchni, z rekreacyjnej przebieżki po lodówce), postanowiłam spróbować tej metody. Tym bardziej, że schemat orientacji krytycznych Abramsa zawsze przegra walkę z szukaniem schowanych gdzieś na półkach ciastek.

Na taką kawiarnianą naukę trzeba się niestety przygotować. Po pierwsze – potrzebowałam portfela (z gotówką). Po drugie – musiałam do niego włożyć wszystkie karty klubowe do wszystkich wrocławskich kawiarni (bo nie wiadomo, do której pójdziemy), żeby dozbierać pieczątki albo ugrać jakiś rabat. Po trzecie – zabrać ze sobą jakiegoś batonika, bo wiadomo, że jedzenie w kawiarniach trochę kosztuje, a w końcu zamierzamy tam siedzieć cały dzień.  Poza tym spakowałam jeszcze swoje notatki, tablet, router, kable i ładowarki, kosmetyczkę, i dopiero na miejscu dotarło do mnie, że zapomniałam długopisu i zakreślaczy.

W końcu jednak udało powymieniać się tym, czego która akurat z domu nie wzięła, zamówić jakąś kawę i okopać się w najdalszym kącie lokalu. Stolik zaaranżowałyśmy w stylu etnicznym – wszędzie kolorowe długopisy, jeszcze bardziej kolorowe notatki, puste kubki po kawie służące za tymczasowe podstawki do przyklejanych karteczek samoprzylepnych i pełne powiadomień telefony leżące gdzieś w kącie… Bariści niedyskretnie zaglądali nam przez ramiona w notatki. Widząc, z czym się zmagamy – a przekrój był od „Iliady” po łacińskie nazwy bakterii – obudzili w sobie nieprzebrane pokłady życzliwości dla całej naszej trójki. Sami z siebie dorzucali do cappucicno dodatkowe espresso i podbijali dwie pieczątki zamiast jednej, skracając drogę do darmowej kawy, gdy widzieli nasz błędny wzrok, podniesiony po raz pierwszy od trzech godzin znad zeszytu, wgapiający się intensywnie od kilku minut w rozpiskę dostępnych kaw. Dbali, by ilość brudnych naczyń nie przeważyła ilości książek na stoliku, uśmiechali się, gdy podnosiłyśmy zaspane głowy znad blatu (bez komentowania odciśniętych na policzku definicji), i nawet specjalnie nie poganiali przy zamknięciu, zaczynając mopowanie z drugiej strony lokalu.

W pewnym momencie przestało być ważne, którą godzinę z kolei trenujemy nasze umysły do sesji. Im bliżej wieczora, tym słowa otuchy padały coraz częściej. Barista, widząc nasz obóz okupacyjno-koczowniczy stwierdził, że po to tego typu miejsca są – aby uświadczały widoku typowego studenta, który stara się przesunąć granice wytrzymałości swojego organizmu (bo tradycyjnie uczy się na ostatnią chwilę), dodatkowo rozciągając dobę do trzydziestu sześciu godzin (i tak za mało). W gruncie rzeczy wszyscy to przeżyliśmy, przeżywamy, i przeżywać będziemy. I jeśli moja przyjaciółka miała rację, to nie mogę się już doczekać sesji letniej. Mam nadzieję, że zamiast wrażenia, że umrę, będę odczuwać jedynie lekki zawał serca.


Autor: Nina Paśniewska
Zdjęcie: Edward Hopper, „Chop Suey”, 1929, za galleryintel.com