Mike Mills – twórca filmu „20th century women” nazwał go „listem miłosnym do kobiet, które go wychowały”. Bez wątpliwości udało mu się oddać na ekranie intymność takiej korespondencji. Ba! Efekt przerósł prawdopodobnie jego najśmielsze oczekiwania.

55-letnią Dorotheę Fields (w tej roli Annette Bening) poznajemy w nieprzypadkowej sytuacji, kiedy to przez sklepową szybę dostrzega, że jej ukochany, stary Volkswagen staje w płomieniach. Wtedy też dowiadujemy się, że przez historię przeprowadzi nas głos dorastającego syna bohaterki – Jamiego (Lucas Jade Zumann) – wszechwiedzący narrator, co chwilę dopowiadający rzeczy nie zawsze wymagające dopowiedzeń. Chwilę później poznajemy także dwie kolejne postaci, których losy będą spoiwem całego filmu – lokatorkę Dorothei – Abbie (Greta Gerwig) i przyjaciółkę Jamiego – Julie (Elle Fanning­). Trzy pokolenia kobiet 20. wieku skondensowane do trzech postaci, które dla reżysera stają się reprezentacją wszystkich przedstawicielek płci pięknej. Patetyczne? Być może. Stereotypizujące? Z pewnością. Kobiety w filmie Millsa nie są jednak, jak zazwyczaj, wątłe, wrażliwe i delikatne. Radzą sobie ze swoimi problemami z wytrwałością i siłą, której maskulinistyczny świat nie spodziewa się po nich. Wśród tych niezależnych, dominujących pań dorasta Jamie – chłopiec, który już za chwilę ma stać się mężczyzną. Dorothea, pełna obaw, czy jako kobieta jest w stanie wychować syna na porządnego mężczyznę, prosi Abbie i Julie o pomoc. Nie jest jednak świadoma tego, że więcej zmartwień przyniesie jej nie myśl, czy da radę wychować syna bez jego ojca, a to, co właściwie oznacza bycie porządnym mężczyzną.

Urokiem filmu są ukazywane przez reżysera kontrasty. Spokojny jazz ustępuje momentami agresywnemu punkowi. Męskość natrafia na feminizm. Dojrzała rozwaga wpływa na grunt buntu młodości. Sprzeczne siły mieszają się w każdym z bohaterów i rozwijają ich, wpływają na kolejne ich zachowania i poglądy. Świetnym podsumowaniem filmu mógłby być dialog Dorothei z Julią, kiedy pierwsza, będąc nałogową palaczką, poucza drugą o szkodliwości palenia, tłumacząc się tym, że kiedy ona zaczynała, papierosy nie były jeszcze szkodliwe.

Film, będąc intymnym wyznaniem, laurką przeznaczoną dla bliskich osób, chwilami stara się udawać wyjaśnienie przemian zachodzących w ludziach na świecie pod koniec XX. wieku. Mike Mills balansuje między historią jednostki, a historią społeczeństwa, nie do końca wiedząc, na czym chce się skupić. W „20th century women” nie ma miejsca na domysły, którego, w tak kameralnych chwilach z życia bohaterów, brakuje. Zdecydowanie lepiej reżyser poradził sobie portretując swojego ojca w poprzednim filmie – „Debiutanci”. Tym razem miał ambicję, by pokazać wiele rzeczy naraz, co, summa summarum, spowodowało, że obraz jest nijaki, nie ma myśli przewodniej, ani klamry, która zamknęłaby rozważania Amerykanina na temat… no właśnie – czego?

 


Autor: Aleksandra Matusik