Kozaki i sałatka ziemniaczana zamiast sandałów i zrywanych prosto z drzewa pomarańczy, czyli po prostu: Erasmus w Niemczech. Ironia losu? Czy „gdzieś tu chyba zakpił los”, jak śpiewała Grażyna Łobaszewska? Chyba jednak nie do końca, skoro po miesiącu pobytu tutaj, nie wyobrażam sobie powrotu do Polski – pisze Izabella Kmieć.

Od razu zaznaczę, że moje erasmusowe plany były zupełnie inne. Miałam spędzić semestr w Budapeszcie, jedząc langosze nad Dunajem. Ostatecznie jestem w Berlinie i zajadać się mogę co najwyżej kebabem – cóż, prawdę mówiąc, to żaden problem, bo ja naprawdę lubię kebab. I naprawdę lubię Berlin. Zakochałam się w nim jeszcze jako gimnazjalistka i nie wstydzę się tej miłości. Ale o tym innym razem.

Wyjazd wiązał się z mnóstwem formalności, które przeraziłyby każdego – a już w szczególności mnie, osobę, dla której wszelkie sprawy związane z biurokracją to źródło stresu (bycie dorosłym nie jest takie fajne, jeśli twój mózg nie uznaje słowa deadline). Ale niech kompletowanie dokumentów nikogo nie zniechęci! To jest możliwe do ogarnięcia, skoro mnie się udało. Warto było przejść przez tę papierologię.

Erasmus to dla mnie jak dotąd przede wszystkim niesamowite doświadczenie multikulturowości. W akademiku czuję się jak na arce Noego – są tu przedstawiciele niemal każdej nacji. Zapach mojej kuchni to silny aromat meksykańskiej tortilli, chińskiego oleju sezamowego i polskich ogórków kiszonych. Sama kuchnia płynie herbatą i piwem, stanowiąc centrum wszelkich wydarzeń. Okazało się, że sztuka rozmowy jednak nie zanikła u współczesnych – wystarczyło odebranie dostępu do internetu, aby zapłonęła w nas chęć poznawania sąsiadów zza ściany.

Jednym z głównym powodów mojego wyjazdu na Erasmusa była chęć podszkolenia języków obcych. Już teraz jestem przekonana, że cel ten zostanie zrealizowany. Ciężko jednak właściwie określić, który z języków rozwinie się najbardziej – komunikujemy się bowiem ze sobą przedziwną mieszanką angielskiego i niemieckiego (Denglisch na całego) okraszoną wstawkami z naszych języków ojczystych. W efekcie – pół akademika przeklina po polsku… A ja w końcu umiem śpiewać Macarenę!

panda

Studiuję na Wolnym Uniwersytecie Berlińskim. Poraża on swoją wielkością i nowoczesnością. Śmiem stwierdzić, że sama Biblioteka Filologiczna rozmiarem dorównuje mojemu rodzimemu wydziałowi przy Placu Nankiera. Campus jest tak duży, że aby trafić na zajęcia, posiłkować się trzeba często multimedialnymi mapami. No właśnie, a co do posiłków… Zgłodniali studenci mają do swojej dyspozycji potężną stołówkę (niestety, z jedzeniem bardzo średniej jakości). 10 minut dalej jest kolejna – wegetariańska, tańsza, i podobno smaczniejsza, ale jej przetestowanie jeszcze przede mną.

Najciekawsze zajęcia, na które uczęszczam, to kurs językowy o profilu medialnym. Piszemy artykuły, odwiedzamy redakcje gazet, dyskutujemy o bieżących wydarzeniach – oczywiście po niemiecku. Miód na moje serce. Uczelnia oferuje nam również mnóstwo zajęć sportowych w przystępnych cenach – można trenować niemal wszystko. Taniec hula? Proszę bardzo. Gettoworkout? Obecny! Ja wybrałam sekcję trapezu i cóż… Nie mogłam podjąć lepszej decyzji. Odnalazłam swoje miejsce na ziemi – w powietrzu.

Mogę z ręką na sercu przyznać, że nie tęsknię za Wrocławiem. Nie spieszy mi się, aby wracać. Kiedyś jednak nadejdzie ten dzień… Staram się o tym nie myśleć i cieszyć każdą chwilą spędzoną na obczyźnie. Życie na wygnaniu może być naprawdę wspaniałe!

Autor | Izabella Kmieć  (z Berlina)

  • Słuchałam: „Halo” Beyoncè
  • Czytałam: „Lolita” Vladimir Nabokov/ „Die junge Gelehrte” G.E. Lessing
  • Oglądałam: „Muzyka jest wieczna” reż. Jim Kohlberg