Keanu Reeves powraca w tytułowej roli w nowej części serii, jaką jest John Wick. To fenomenalne kino akcji zebrało wielu wiernych fanów, od czasu premiery pierwszej części w roku 2014. Teraz Wick powraca, z coraz to lepszą choreografią, powiększającym się, ciągle pełnym intryg światem, i spektaklem, który wciąga bezwarunkowo.

Nigdy nie podejrzewałem że kiedykolwiek to ponownie stwierdzę, zwłaszcza o kinie akcji, ale franczyza Johna Wicka jest jedną z niewielu, za którą pójdę ślepo, ponieważ jest po prostu piękna. Wyjątkiem tutaj jest jedynie seria Mission Impossible, która wciąż potrafi zaskoczyć i świetnie bawić widownię. Takie filmy jak właśnie seria MI z Tomem Cruisem, czy historia Wicka sprawiają, że chce się oglądać takie kino w najprostszej swojej naturze.

Guns. Lots of guns.

Ten cytat głównego bohatera perfekcyjnie podsumowuje całą otoczkę, a zarazem prostotę trylogii Wicka. Podczas najnowszej części przygód Keanu Reevesa śledzimy losy jego postaci podczas ucieczki. Historia podnosi fabułę od razu po zakończeniu drugiego etapu trylogii, gdzie tytułowy bohater został ogłoszony excommunicado – wydalony ze społeczności zabójców. Jednocześnie za jego głowę wystawiona jest nagroda w wysokości 14 milionów dolarów. Tak ogromne pieniądze i sława z zabicia Johna przykuwa zainteresowanie każdego innego płatnego zamachowca nie tylko w Nowym Jorku, ale i na całym świecie.

Halle Berry to świetny dodatek do franczyzy. Ponoć podczas kręcenia złamała 3 żebra i wciąż chciała kontynuować.

Filmy Chada Stahelskiego, który siedział na krześle reżyserskim podczas kręcenia każdej z części, wraz z kolejną rozbudowują swój świat. Ze sceny na scenę dowiadujemy się o coraz to nowszych rolach w tym uniwersum asasynów i Wielkiej Rady. Cały czas odwiedzamy inne kraje, gdzie ta siatka podziemnego świata zabójców jest tak samo rozwinięta jak w Nowym Jorku, mieście najczęściej pojawiającym się w filmach. Poznajemy coraz to nowsze społeczności, grupy, osoby, których istnienie wydawałoby się absurdalne, ale nie w uniwersum stworzonego przez Stahelskiego.

Jak obrócić potencjalny kicz w geniusz

Kluczem, dzięki któremu wykreowany tutaj świat, może sobie na tyle pozwolić, jest samoświadomość. Mowa tutaj o samej strukturze fabularnej i narracyjnej, jak też o dialogu, który momentami jest prostym „Yeah”, czy właśnie „Lots of guns”. Pierwsza część miała prostą motywację na poziomie zemsty, i gangsterskiego świata, w którym pełno jest broni i innych, podobnych do Wicka postaci. W drugim epizodzie, Stahelski pozwolił sobie na powiększenie go o Wielką Radę, mit hotelów Continental, i inne małe szczegóły. To samo dzieję się w Parabellum.

Obsada postaci drugoplanowych nie jest niczego sobie.

Na logikę, nie powinno to działać, ale jest zupełnie inaczej, widownia wręcz kocha coraz to nowe tajemnice, które są przed nimi odkrywane. Wszystko to dlatego, że cała historia cały czas mocno trzyma się tytułowej postaci. Można by bez problemu stwierdzić, że ta trylogia jest wręcz ekscentryczna, ale dzięki temu zyskuję na jakości. Poprzez skupienie się na osobistych wątkach Wicka, nikt nie będzie się czepiał, kiedy nagle pojawi się w świecie jakaś nowa rola, postać, czy organizacja. Będziemy wręcz podekscytowani faktem, że dzięki tym pomysłowym często sposobom, główna postać może iść dalej, rozwinąć historię w nieprzewidywalny sposób. Warto tutaj napomnieć, że charyzmatyczne i wiarygodne odtworzenie roli przez Reevesa, bardzo tutaj pomaga. To samo można powiedzieć o postaciach drugoplanowych, odgrywanych przez między innymi Halle Berry, Iana McShane, Laurence Fishburne’a, czy mojego osobistego faworyta, Lance’a Reddicka.

No i przede wszystkim, akcja zasługująca na brawa

Kończąc drugi film przygód bohatera odgrywanego przez Keanu Reevesa, zastanawiałem się, jakim cudem mogą zrobić bardziej ekscytujące sceny potyczek. Jakże byłem ucieszony, wychodząc z kina, wiedząc, że nie byłem zawiedziony, a wręcz pozytywnie zaskoczony.

W momentach wymiany ognia i potyczek, dużą rolę gra także światło i sceneria, która jest pomysłowo kontrolowana.

Parabellum to część w której zdecydowanie jest najwięcej scen walk. Ze względu na ich ogromną ilość, są one też zróżnicowane. Podczas spektaklu zobaczymy między innymi starcia z nożami, na pięści, czy też naturalnie z różnymi rodzajami broni palnej. John Wick potrafi nas zaskoczyć również sekwencjami pościgu na koniach, czy też pojedynków z udziałem psów bojowych. Wszystko to jest bardzo kreatywne, nie jest naciągane, a przede wszystkim, dostarcza każdemu, oddanemu fanowi takiego kina, jak i normalnemu widzowi, sporo rozrywki. John Wick 3: Parabellum to jedna z tych produkcji, po której zastanawiam się, czemu Oscary nie posiadają nagrody za robotę kaskaderską i choreografię scen batalistycznych. Jedyny wniosek, do jakiego dochodzę, to to, że już wiem, kto by wygrał. Na razie pocieszę się potencjalną nominacją za montaż owych sekwencji, a także cierpliwie czekał na kolejną, potencjalną część przygód najfajniejszego człowieka na świecie.


Autor: Mateusz Miter
Zdjęcia: Instagram @johnwick, materiały promocyjne