Ekranizowanie gry to stąpanie po cienkim lodzie. Narazić się można zarówno zagorzałym fanom, jak również tym, którzy o danym tytule nie mają najmniejszego pojęcia. Twórcom filmu Assasin Creed udało się podpaść jednym i drugim. Prawdziwy sukces! – pisze Kamil Kuchta.

Koszulki, kubki i kaptury z nadrukami sprzedają się świetnie. Czas pójść krok dalej i zarobić kolejne miliony na filmie fabularnym. Oczywiście z początku fani są wniebowzięci. Zobaczyć swojego ulubionego protagonistę na dużym ekranie – cóż może być lepszego? Najczęściej okazuje się jednak, że scenariusz jest nieprzemyślany, reżyseria przeciętna, a jedyne co ratuje produkcje to sceny akcji.

Nic dziwnego, w końcu zadanie nie jest łatwe. Mechanizmy, które zastosowane są w grze, skrojone są właśnie pod nią i ciężko je zekranizować. Budowanie świata i postaci również jest ograniczone, ponieważ gra oferuje nam kilkanaście lub kilkadziesiąt godzin rozgrywki, podczas gdy film musi zmieścić się w dwóch. W efekcie otrzymujemy płytką fabułę, dialogi, które próbują wytłumaczyć wszystko, oraz kilka smaczków dla fanów.

Wirtualne zwiedzanie

Większość graczy w dzisiejszych czasach ceni w grach swobodę. Swobodna eksploracja, czy dokonywanie wyborów moralnych to punkt niemal obowiązkowy dla wielu tytułów. W ten sposób gracz zżywa się ze światem i bohaterami. Tak właśnie jest z serią Assasin Creed.

Twórcy filmów natomiast muszą zmieścić tą treści w pigułce. Dlatego też rozdzielenie akcji w Assasin Creed na wydarzenia z przeszłości i teraźniejszości było swego rodzaju strzałem w stopę. Retrospekcji jest tak mało, że to raczej migawki, niż prawdziwa fabuła. Za to teraźniejszość to element, którego większość graczy uważało za najsłabszy element gry. A na nim skupia się ponad 60% filmu.

O zwiedzaniu również nie może być mowy, ponieważ główny bohater przez cały film zamknięty jest w jednym budynku. Za to jego przodek, tak jak wspominałem, ukazany jest raczej pobieżnie i nie zapada nam niczym w pamięć.

Postacie z kartonu

Nie da się ukryć, że dobrze napisana postać (nawet ta drugoplanowa) potrafi skraść cały film. Albo go uratować. W filmie o Assasynach jednak, na palcach jednej ręki można policzyć bohaterów, którzy w ogóle się odzywają. A gdy już coś mówią, to tylko o sprawach tak egzystencjalnych, że brzmi to raczej jak parodia.

Wielka szkoda, bo postać Assasyna ma w sobie duży dramaturgiczny, ale również komediowy potencjał. Film, literatura czy nawet świat komiksów są pełne przykładów protagonisty-zabójcy. Hitman, Ridick,  czy choćby Geralt z Rivii – każda z tych postaci, mimo lepszych lub gorszych ekranizacji miała swój unikalny charakter.

Chociaż żaden z bohaterów serii o assasynach nie był szczególnie ciekawy, postawienie na nową historię, a nie ekranizację konkretnej części gry, dawało twórcą Assasin Creed doskonałą okazję do stworzenia ciekawego bohatera. Niestety, ani autorzy scenariusza, ani reżyser, nie wykorzystali tej swobody. Zamiast tego zaserwowali nam kolejnego pana Smitha, o którym nic nie wiemy i którego nie poznamy lepiej, bo przecież Ubisoft chce jeszcze zarobić na kolejnych częściach.

Zmarnowany potencjał

Hiszpańska Inkwizycja oraz gildia zamaskowanych zabójców to materiał, z którego można było zrobić doskonały film akcji. Twórcy chcieli jednak złapać zbyt wiele srok za ogon. I tak powstała dziwny twór: połączenie pseudo-ambitnego sf, oraz filmu akcji, do złudzenia przypominającego trailery gier.
Tak więc lepiej wykorzystać wieczorne popołudnie na dobrą książkę, grę czy serial niż wykosztować się na film Assasin Creed, do którego widocznie sami twórcy nie mieli serca.

 

Autor | Kamil Kuchta

 

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułFenomen Filmwebu
Następny artykułPowidok wielkiego człowieka
Nigdy nie był typem samotnika. Lubi zarówno słuchać, jak i opowiadać. Od kilku lat zafascynowany podróżami, zbiera ciekawe historie od innych. Lubi dzielić się nimi pisząc teksty, czy opowiadając o nich w radiu. Prowadzi audycję Backpacker Cave w Uniradiu, oraz pisze dla Nowego Dziennikarstwa i dla portalu miejscawewrocławiu.pl