Przy okazji najnowszej premiery Teatru Polskiego we Wrocławiu – sztuki Acid Snow. Będzie jeszcze zimniej zapytaliśmy aktora Kubę Grębskiego o kulisy powstawania spektaklu.

Nina Paśniewska: Sztuka oparta jest na dramacie Henryka Ibsena Dom lalki i opowiada historię Nory, która wyrywa się z małżeństwa o strukturze patriarchalnej, burżuazyjnej. Czy według Pana podjęcie takiej tematyki w społeczeństwie postemancypacyjnym, feministycznym wydaje się zasadne?

Kuba Grębski: Wiedziałem, że zaczniemy od trudnych pytań (śmiech). Wydaje mi się, że jakby z samego założenia poruszenie tego problemu w czasach, w których widzimy, że organizowane są protesty kobiet, strajki środowisk – również homoseksualnych – to mimo wszystko, mimo tego, że żyjemy w kraju, który wprawdzie jest w Unii Europejskiej, moim zdaniem to wszystko trochę tompnęło. Wiadomo, za sprawą sytuacji politycznej, zarówno w kraju, jak i później w teatrze u nas. To jest oczywista sprawa, że ta polityka jednak niestety ma wpływ na pewne wybory; te nastroje gdzieś tam się przekładają później na kulturę i tak dalej, więc to wszystko ze sobą koreluje. Natomiast liczyłbym na to, że poruszenie takiego problemu, który, powiedzmy, obecnej władzy nie jest przychylny, korzystny dla nich, ponieważ te protesty jednak są wobec tego, co się dzieje w kraju, właśnie wobec tego, że oddalamy się od kultury otwartej na różne sytuacje typu: kobieta odchodzi, zostawia męża, zostawia rodzinę. To wszystko może ze sobą korespondować i to, mam nadzieję, zaciekawi widzów, szczególnie młodych; myślę że sięgnięcie po temat w tym momencie przez ten teatr jest dobrym posunięciem i liczę na to, że spektakl spotka się z zainteresowaniem.

Podtytuł sztuki brzmi Będzie jeszcze zimniej, i z tego, co Pan mówi, jest to komentarz odnoszący się bardziej do rzeczywistości niż do samego przedstawienia?

Oczywiście, tytuł odnosi się do treści spektaklu, do treści dramatu, problemu, jaki poruszamy w spektaklu; też już w jednej rozmowie z jedną redakcją powiedziałem, że mieliśmy różne tytuły zaproponowane i przez teatr, i my proponowaliśmy. Było sporo dyskusji na ten temat, na temat właśnie tytułu spektaklu. Tak jak Pani zauważyła, ten dopisek Będzie jeszcze zimniej może odnosić się do sytuacji społeczno-politycznej również w kraju, do nastrojów, tego co się wydarzy, jeśli nie zwrócimy w porę uwagi, jeśli nie zatrzymamy pewnej tendencji.

Spektakl, jak czytamy w informacji prasowej, został dostosowany do polskich realiów. Czy mógłby mi Pan opowiedzieć, na jakiej zasadzie to się stało?

Został przetłumaczony na język polski, na pewno dostosowany w ten sposób do polskich realiów (śmiech).

Pojawiają się tam również dodane postaci Andrzeja i Tomasza, występujące w roli komentatorów. Ich imiona już są inne niż oryginalne, Ibsenowskie.

Tak, myśmy pracowali i nad angielskim, i nad polskim egzemplarzem. Nie wiem, jakie było założenie, czy to jest kwestia tego, że to faktycznie mieli być Tomasz i Andrzej, bo w angielskim wiadomo, że był Andrew i Thomas, więc może faktycznie te dwie postaci…

A czy podczas prac nad spektaklem odczuł Pan, że jest on wdrażany do polskich realiów? Czy to rzeczywiście tylko kwestia przekładu i podejmowanego tematu na tle tego, co się dzieje politycznie i społecznie?

Reżyser [Rolf Alme – red.] jest Norwegiem, na co dzień mieszka we Francji, więc jest człowiekiem bardzo kosmopolitycznym, wielokulturowym, z wieloma kulturami ma na co dzień do czynienia, mieszka w wielu krajach i mieszkał, tworzy na świecie. Jak jest teraz w Polsce, przez te przeszło trzy miesiące – więc to długa praca – to mimo wszystko starał się zgłębić w sytuację w Polsce: czytał różne doniesienia prasowe, medialne, też opowiadał, że gdy chodził po rynku w czasie wolnym, spotykał różne grupki protestujące, z bannerami itd. Starał się dowiedzieć od nas, i z mediów, o co chodzi, i starał się również jakby w jakiś sposób zahaczyć o to, co się teraz u nas faktycznie dzieje – o jakieś konkretne grupy, wydarzenia, żeby ten temat spektaklu mógł korespondować z sytuacją w Polsce. Natomiast takich odniesień typu hasła, nazwy, pewne nazwy własne, czy odniesienia do konkretnych wydarzeń w Polsce… wydaje mi się, że nie ma w tym spektaklu. Tak czy inaczej wpisuje on się w to, co się teraz dzieje w kraju.

Gra Pan doktora Ranka, przyjaciela domu, skrycie podkochującego się w Norze, cynika, dość przygnębionego. W dramacie, pomimo że postać stoi z boku, oddziałowuje na główną bohaterkę tym, że wyznaje jej swoją miłość. Czy relacje Ranka z Norą w sztuce są takie same, czy zostały bardziej rozbudowane?

Myślę, że doktor Rank w żaden sposób nie jest cyniczny. Staramy się go wykreować jako postać niezmiernie szczerą, bardzo prawdziwą, trochę może naiwną i przez to ostatecznie bardzo smutną. Oczywiście, jest on przyjacielem domu, Nora to podkreśla również w kilku spotkania z doktorem Rankiem. Bardzo by chciał wyznać Norze miłość, ale myślę, że nie do końca mu się to udaje wyeksplikować. Dąży do tego, ale nie zostaje to zwerbalizowane ostatecznie, natomiast jak się to kończy, zobaczycie wszyscy Państwo w samym spektaklu. Relacja z Norą jest dla doktora Ranka myślę bardzo atrakcyjna, aczkolwiek chciałby właśnie nieco więcej, przy czym jest bardzo szczery, bardzo pokorny, bardzo potulny.

Gdy czytałam dramat, odebrałam doktora Ranka jako cynika, trochę rozczarowanego rzeczywistością, a Pan jednak charakteryzuje go w stronę surowej szczerości.

Myślę, że on jest bardziej wspaniałomyślny i przez to troszkę bardziej naiwny, aniżeli cyniczny, takiego uczucia w nim nie ma; jest szczery do bólu.

Fascynująca jest też scenografia, bo…

Bo jej nie ma.

Bo jej nie ma, dokładnie, a w dramacie Ibsena jest, w dodatku w didaskaliach dość dokładna, szczegółowa. Dla Pana, jako aktora, praca tak naprawdę tylko z tekstem, z ciałem, z innymi aktorami z zespołu, jakim była doświadczeniem?

W żaden sposób mi to nie przeszkadzało, absolutnie. Wiadomo: mówi się, że kostium dopełnia bohatera scenicznego, że aktor może sobie wykreować pewną postać, ale jednak jak już się przebierze za tę postać, to go to wzbogaca, nie ma w tym nieprawdy. To działa na to, że postać jest pełniejsza, sam kostium. Akurat tutaj kostiumy są – szczęśliwie (śmiech). Natomiast gra bez scenografii, bez dekoracji w żaden sposób nie utrudniała tutaj pracy, w żaden sposób nie przeszkadzała na jakimkolwiek z kroków. Myślę, że najtrudniejsze w tej pracy było to, że musieliśmy wszyscy – oprócz głównej bohaterki, ponieważ ona jest przez cały czas, Paulina [Paulina Chapko – red.] cały czas gra Norę i ona stanowi w zasadzie trzon, filar tego spektaklu – natomiast po drugiej stronie mamy chór, i my w te parę osób musimy na tyle się zsynchronizować, żeby wszystkie kwestie padły jednocześnie, żeby się nikt nie wyrywał, ustawić pozycję. Jednak spektakl trwa prawie dwie godziny, my cały czas jesteśmy na scenie, myślę, że to stanowiło największą trudność – forma tego spektaklu, aniżeli to, co jest na scenie.

Bardziej trzeba było pracować nad choreografią muzyczną, synchronizacją?

Zdecydowanie, tak zwana partytura ruchów tutaj występuje. Jeśli chodzi o muzykę –  nie ma żadnej muzyki płynącej z głośników, żadnych nagrań, jedyną muzyką jesteśmy my – chór wydający różne dźwięki. Niekiedy są to dźwięki bardziej muzyczne, jak to określił Jan Szurmiej songi, niekiedy są to oddechy; takie bardzo jest to wszystko organiczne.

Tak naprawdę widz zostaje wrzucony w sytuację od A do Z kreowaną przez aktorów. Szczerą, prawdziwą, trochę taką, jak doktor Rank.

Mam nadzieję, że tak jest (śmiech). Absolutnie szczerą, wyczerpującą dla aktorów, ponieważ to jest ciężka praca, jesteśmy wszyscy spoceni po tych przebiegach całościowych. Liczę na to, że ta forma, pomimo tego, że wiadomo – fajnie, gdy w teatrze ciągle coś się zmienia, plan, jak jest dużo świateł, dużo się dzieje, jest widowisko – to zawsze jest ciekawe – nie nudzimy się siłą rzeczy, bo zawsze mamy jakieś bodźce – ale tutaj mam wrażenie, że wszyscy jesteśmy i staramy się być na tyle energetyczni, energiczni w grze, że widzowie tak czy inaczej nie poczują się znudzeni. Nawet moja narzeczona jeszcze nie widziała spektaklu, dopiero na premierze go zobacz, natomiast widziała zdjęcia – wczoraj czy przedwczoraj jej pokazywałem, bo ukazują się pierwsze zdjęcia – i faktycznie widzi tylko postaci ubrane na czarno-biało, na czarnym tle, i absolutnie nic więcej; mówi, że naprawdę ją to intryguje, ładnie to wygląda. Także mam nadzieję, że widownia tak samo zareaguje.

Jak Pan ocenia współpracę z Rolfem Alme? Co Panu ona dała? Stawiał przed Państwem, jako całym zespołem wyzwania aktorskie?

Myślę, że każda współpraca stawia wyzwania, czy to zostaje, czy nie – zawsze zostaje, ale czasem jest to po prostu ciężki temat, który trzeba przepracować, a jak się przepracuje to jest o, wow, sukces, udało się to zrobić! Sądzę, że, tak jak powiedziałem przed chwilą, najcięższe było to, żeby się zgrać w te parę osób. Jednak są też sceny indywidualne; wychodzimy sobie z chóru, gramy swoje sceny, wracamy do tego chóru. Najtrudniejszym było to, żeby ten cały chór i te wrzucenia, wtrącenia typu oj, aj, ach, nie zgrać, ciężko to było na początku ogarnąć, ale myślę, że to faktycznie będzie wyglądało, jakby to był jeden organizm.

Sam reżyser, sam Rolf jest osobą niezwykle sympatyczną; to mi się bardzo podobało, bo nie wiedziałem, na kogo trafię, a lubię, jeśli ktoś jest wymagający, a przy tym otwarty, i taki wyrozumiały. Rolf te wszystkie cechy zachowuje: jest jednocześnie i wymagający, a z drugiej strony bardzo wyrozumiały, bardzo otwarty na propozycje, i niezwykle komunikatywny. Rolf pracuje w języku angielskim; jakby ktoś znał – to w norweskim, potrafi mówić po francusku i trochę po niemiecku, jest poliglotą niesamowitym, po angielsku zasuwa, jak gdyby był to jego ojczysty język. Zawsze jest to wyzwanie dla człowieka, który na co dzień mówi po polsku, żeby jednak się przestawić, że tu troszkę trzeba użyć tego obcego języka, a tu jeszcze dochodzi ten slang branżowy, aktorski, nie wszystko da się tak łatwo wytłumaczyć. Nawet, gdyby ktoś był bardzo biegły w tym języku, to musi zgłębiać takie słowa, których po prostu trzeba szukać w słowniku – na przykład, jak powiedzieć: wejść w kulisy? Dało się wyczuć, że Rolf wszystko rozumie, absolutnie, i nawet kiedy podchodziłem do niego już taki zmęczony, spocony, nie potrafiłem nic powiedzieć po angielsku, to on kompletnie, jak dwa-trzy słowa powiedziałem – czytał w myślach i wiedział, o co mi chodzi. Współpraca była absolutnie owocna, mam nadzieję, że owocna, ale z pewnością bardzo sympatyczna. Od siebie dodam – trochę długa; jestem zwolennikiem krótkiej, ale intensywnej pracy, a nad Acid Snow spędziliśmy przeszło trzy miesiące – dla mnie to trochę długo.

Wyczerpujące?

Tak, zresztą – specyfika tej formy jest taka, że wszyscy jesteśmy na scenie; nie było takiej próby, żebyśmy np. robili tylko sceny Nory z Torwaldem. I tak musiał być chór, i tak musieliśmy komentować, więc na każdej próbie była pełna gotowość, i to wymagało niezwykłego skupienia, zaangażowania, i też dużo fizycznej pracy – to było ciężkie, ale mam nadzieję, że się opłaci.

Skoro próby były tak długie, to pracowali Państwo jedynie na tekście reżysera?

Tak.

Żadnych prób na Ibsenie czy dyskusji, jak tekst unowocześnić, uwspółcześnić? Dyskusje były cały czas, ale to kwestia tłumaczenia – żeby znaleźć odpowiednie słowa, najpierw w języku angielskim, a później to wszystko przetłumaczyć na polski, aby brzmiało jak najatrakcyjniej, najciekawiej, najskuteczniej, żeby opisywało problem niekoniecznie w trzech zdaniach przetłumaczonych z angielskiego, ale, powiedzmy, jednym po polsku, zrozumiałym dla nas wszystkich – tak, jak używamy języka potocznego. Natomiast myślę, że nie odwoływaliśmy się do Ibsena; raczej tylko do tłumaczenia.

Czyli forma, forma i jeszcze raz forma – jako najciekawsza, i największa zagadka spektaklu.

Myślę, że tak. Poruszamy bardzo poważny problem, ale w bardzo przewrotny sposób. Mamy tutaj bardzo duże amplitudy emocjonalne – i to było bardzo fajne, to od razu zrozumiałem, o co Rolfowi chodzi. On nas, nie lubię mówić, ale uczulał, uwrażliwiał na to, abyśmy tworzyli bardzo klarowne przeskoki, jak w kreskówce, np. ze sceny patetycznej do sceny wesołej albo z dramatycznej – do wzruszającej. Różne zmiany – na pstryk – żeby spektakl był jak najciekawszy.


Rozmawiała: Nina Paśniewska

Zdjęcia: Jan Oborski/materiały prasowe Teatru Polskiego we Wrocławiu