To będzie tekst o historii polskiego tenisa ostatnich kilkunastu lat. Wiele się zmieniało: zmiany w kadrze, lawirowanie między dywizjami, wzloty i upadki w rankingach. Polscy tenisiści pojawiali się, by za chwilę znikać. Trzy lata temu rozpoczął się atak młodego pokolenia, które powoli wdziera się do świata wielkiego tenisa. Ale to co najważniejsze w minionych latach działo się zawsze z udziałem Łukasza Kubota. Człowieka, który już jest piękną historią polskiego tenisa.

To miał być dobry moment. Łukasz Kubot w parze z Marcelo Melo w finale turnieju ATP w Chinach. W drodze do finału nie oddali rywalom nawet seta. Obrońcy tytułu sprzed roku, główni faworyci w tym sezonie. Polsko-brazylijska para przed szansą na wygranie swojego już czternastego wspólnego turnieju rangi ATP. Ostatecznie porażka w dwóch setach z parą Ivan Dodig/Filip Polasek 3:6 6:7(4). Nie udało się, jak to w życiu. Zakładałem, że kolejny tytuł powędruje na ich konto. Zgodnie z maksymą lansowaną w utworze szczecińskiego rapera Łony Gdzie tak pięknie – „cały mój kraj zamknięty w gdyby”. Do gdybania jeszcze wrócę, bo to ważna, a właściwie nieważna czynność dla Łukasza Kubota.

Skazany na sport

Sam często mówi o sobie, że nie miał talentu do tenisa. Duży wpływ na wybór drogi życiowej mieli rodzice, ojciec – zawodowy piłkarz (m.in. Zagłębia Lubin) i matka – koszykarka. Urodził się w latach 80., w czasach, kiedy marka tenisa na rynku sportowym rosła w szybkim tempie, mając w pamięci postacie Bjorna Borga, Johna McEnroe (wówczas wciąż grającego) czy w Polsce – Wojciecha Fibaka. Chciał się gdzieś w tej rzeczywistości odnaleźć. Droga usłana cierniami, ogromem pracy, ale skierowana na szczyt.

Nie tylko grać trudno

Pisanie o tenisie jest trudne. Sport wyjątkowy, trochę hermetyczny, na pewno niełatwy do zdefiniowania. Widzów tenisa wypadałoby częściej nazywać publicznością niż kibicami. Interakcja bardzo charakterystyczna, ograniczona do reakcji na zagrania zawodników. Brakuje bezpośrednich odnośników. Zawodnik jest marką, firmą, instytucją. W ciągłym ruchu, z tygodnia na tydzień zmieniający swoje położenie, kontynenty. Znalezienie punktu odniesienia? Pułap, na który wznieść się nie sposób. Zawodnicy, których historie są często nieznane. Widzimy ich na korcie, podziwiamy, ale po haśle game, set, match oni znikają. Czy mówienie w szerszym stopniu o tym, co dzieje się na placu gry jest atrakcyjne?

Szczęściu trzeba pomóc 

Od czasów Wojciecha Fibaka tenis w Polsce przeżywał lekkie perturbacje, które wiązały się właściwie z każdym możliwym aspektem, od organizacyjnego, przez sportowy, aż po materiał ludzki. Nawet teraz, sposób szkolenia młodych zawodników czy ogólne warunki rozwoju dla juniorów pozostawiają sporo do życzenia. Nie bez powodu Kubot od 2005 roku trenuje w Czechach. Blisko domu, ale jednak zagranicą przez wzgląd na to, o ile lepsze warunki do ciągłego rozwoju ma u naszych południowych sąsiadów. W kwestii szeroko pojętego polskiego tenisa łatwo popadać z dygresji w dygresję, trzeba się mocno pilnować, by nie zapomnieć, o czym warto mówić, a co lepiej przemilczeć.

Kubot jako piętnastolatek dostał propozycję, by wyjechać do USA i tam uczyć się tenisa. Wyjazd był drogi, a czasy były jakie były, takie inwestycje dla wielu były niemożliwe do zrealizowania. Z pomocą ruszyła legenda polskiej piłki nożnej – Andrzej Szarmach, którego asystentem w sztabie Zagłębia Lublin był wówczas Janusz Kubot, ojciec Łukasza. Od tego się zaczęło i na tym zakończę wątek biograficzny.

Spadkobierca

Wreszcie, po wielu latach posuchy w polskim tenisie, na szersze wody wypłynął młody Polak. Kariera Łukasza Kubota nigdy nie była usłana różami, a jeśli już była, to takimi z cholernie bolącymi kolcami. Plaga kontuzji, wynikająca z przeciążeń, gry w singlu i deblu. Nie brakowało sukcesów, pierwszy po Fibaku w najlepszej setce rankingu ATP, wreszcie w 2010 roku w pierwszej pięćdziesiątce. Jeżeli człowiek twierdzi, że nie ma do czegoś talentu, a jest w stanie być w tym 41. na świecie, to najlepiej pokazuje, że ciężką pracą da się osiągać wielkie rzeczy.

Bratobójczy pojedynek

Był taki mecz, na Wimbledonie. Mecz, który powinien być absolutnie kultowy i lansowany na wszelkie możliwe sposoby. Ćwierćfinał Wimbledonu w 2013 roku. Singiel. Spotkanie pomiędzy Jerzym Janowiczem, a Łukaszem Kubotem. Nie dało się tym nie ekscytować, to był wielki turniej dla całego polskiego sportu. Można dywagować, ile szczęścia było w tym, że po drodze nie trafili na sensacyjnie wyeliminowanych Rafaela Nadala i Rogera Federera, ale kto by na to patrzył? To jest ten moment, kiedy warto byłoby wspomnieć o „gdybaniu”. Życiorys Kubota na każdej płaszczyźnie zawiera krótką adnotację, w której tenisista mówi – nie, nie myślę, co byłoby gdyby. Przywołuje niejednokrotnie mecz, który uważa za przełomowy. Którego żałuje, ale sądzi, że wiele w jego życiu sportowym zmienił. Wimbledon 2011, IV runda, Feliziano Lopez naprzeciwko lubinianina. Stawka? Ćwierćfinał i mecz na korcie centralnym z Andym Murray’em. Dwie piłki meczowe i ostateczna porażka w pięciu setach. Kubot często podkreśla, że to był najważniejszy mecz w jego karierze i to, co udało mu się później osiągnąć „zawdzięcza” w dużej mierze Lopezowi. Wszystko, co najważniejsze, zawsze sprowadzało się do kortów w Londynie.

Wróćmy do Wimbledonu z 2013 roku. Jak oni wtedy grali! To było naprawdę fantastyczne widowisko z obu stron. Zasłużenie wygrał Janowicz w trzech setach, chociaż gdyby Kubot wykorzystał piłkę setową w pierwszej partii, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej. No i Agnieszka Radwańska, która zagrała w półfinale kobiet i dopiero tam uległa Angelique Kerber. Wizytówka polskiego tenisa. Historia, która zasługuje na gloryfikację, a która rozmyła się w czasoprzestrzeni.

Taniec, który wiele kosztuje

W parze z Marcelo Melo, Łukasz Kubot miał okazję żeby zatańczyć już trzynaście razy. Chodzi oczywiście o kankana, tak charakterystycznego dla Polaka. Był jednak zarezerwowany tylko dla meczów singla, nigdy debla. Przyszedł wreszcie moment, w którym musiał dać sobie spokój z grą pojedynczą, bo zdrowie zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Postawił wszystko na jedną kartę, bowiem nie miał pewnej perspektywy gry podwójnej. Przypadek spowodował, że trafił na Roberta Lindstedta, z którym zdobył swój pierwszy tytuł wielkoszlemowy – Australian Open w 2014 roku. Tym samym zrównał się ilością zdobytych wielkich szlemów z legendą i mentorem Wojciechem Fibakiem.

Sukcesów było wiele, ale jeżeli nie wygrywasz wielkiego szlema, to nie zostaniesz zapamiętany jako wielki tenisista. Kubot w 2017 roku zrobił to po raz drugi. Znalazł wreszcie optymalnego partnera, choć nie zapowiadało się tak od początku. Dwa zupełnie różne charaktery, spokojny Melo i wybuchowy Kubot. Na początku nie było sukcesów, nie potrafili znaleźć wspólnego języka. Wreszcie przyszło przełamanie, lepszy turniej, pierwsza wygrana w Wiedniu. Ruszyło.

Przed finałem Wimbledonu mama poprosiła Kubota, by zatańczył dla niej jeszcze raz kankana. Dotrzymał słowa, po niesamowitym boju na korcie dał się ponieść wodzy fantazji. Dlatego też ten taniec tyle kosztował. Najważniejszy turniej dla każdego zawodnika, najbardziej prestiżowy. Coś, na co tenisiści i wszyscy związani z tenisem czekają cały rok. Lata morderczych treningów, morderczy turniej, blisko pięciogodzinny finał. Dopiero w ostatnim secie, 13:11 w gemach. Ten taniec kosztował bardzo wiele, kosztował całe sportowe życie.

Jeszcze wiele do zrobienia

Mamy tenisistę na kosmicznym poziomie. Mamy człowieka, który zdobył już tak wiele, a wciąż jest głodny gry. Chyba tak musi być, że doceniamy ludzi wtedy, kiedy zaczyna ich brakować. Kubot ma 37 lat, ani myśli kończyć kariery, ale zegar biologiczny z miesiąca na miesiąc przechodzi kolejne, coraz większe zawirowania. Upływający czas coraz częściej mówi – odpuść, zwolnij, odpocznij. Tokio 2020 to cel, do którego Polak chce dążyć. Słusznie. Na tę chwilę jest niepodważalnym kandydatem do reprezentowania kraju w Igrzyskach Olimpijskich. Jeszcze dużo turniejów, które trzeba wygrać. Łukasz Kubot jest legendą polskiego tenisa i niezależnie od tego, jak bardzo trudny do napisania jest tekst o tenisiście, przyszedł czas na gloryfikację jednego z najlepszych deblistów na świecie.


Dawid Walczuk
Zdjęcie: Instagram