Czy można sobie wyobrazić Wrocław bez tramwajów? Tym tematem zajął się Tomasz Sielicki, który na spotkaniu autorskim opowiadał nie tylko o tych znanych nam elektrycznych tramwajach, lecz także o wcześniejszych – konnych.

„Wrocławskie tramwaje konne” to książka opowiadająca o dziejach wrocławskich: omnibusów, tramwajów konnych czy pierwszych tramwajów elektrycznych.

– Wrocław miał dosyć dobrze rozwinięte linie tramwajowe. To właśnie ich pojawienie się poprawiło rozbudowę tego miasta, tak jak na przykład połączenie wzdłuż dzisiejszej ulicy Powstańców Śląskich do kolonii willowej Borek –  mówi Tomasz Sielicki, badacz historii transportu miejskiego i autor książki.

Historia tramwajów jest długa i dosyć skomplikowana. Ciekawym aspektem jest jednak historia tramwajów konnych. Była to norma w większości miast europejskich w XIX wieku. Jednak na początku władze Wrocławia nie chciały się na taki pomysł zgodzić, tłumacząc, że nie jest to potrzebne i, że ulice są za wąskie. Koncepcji było jednak wiele. Przetarg w końcu wygrał Johannes Büsing. Pierwsze otwarcie linii nastąpiło 10 lipca 1877 roku. W ciągu kilku lat powstała trasa licząca ponad 26 km. Linie nie były numerowane, oznaczano je kolorowymi tablicami, a w nocy latarniami z barwnymi przesłonami. Tramwaje jeździły w obu kierunkach po jednym torze, dlatego co jakiś czas były budowane tzw. mijanki (w odległości ok. 0,5 km). Praca zaczynała się o 5:30 rano, a kończyła ok. 23, jednak przy najważniejszych punktach były podstawiane specjalne wagony, np. kiedy odbywały się do późna przedstawienia. Nie było przystanków takich, jakie są nam znane teraz. O żadnej wiacie czy ławeczce też nie było mowy. Po prostu wieszano na latarniach tabliczkę z nazwą przystanku.

Nie można zapomnieć o najważniejszym aspekcie tego środka publicznego. Początkowo przy tramwajach pracowało ok. 350 koni, później liczba zwiększyła się do 500. Zwierzęta były zmieniane kilka razy dziennie i pracowały ok. 3-4 godzin na dzień, robiąc przy tym 21 km. Były to konie zimnokrwiste pociągowe.

Bycie woźnicą nie było poważanych zawodem. Byli to zazwyczaj mężczyźni z klasy robotniczej, jednak zarabiali więcej niż zwykli furmani czy dorożkarze.

– Tramwaje miały raczej łączyć ludzi niż dzielić. Był to ogólnodostępny środek transportu, tym bardziej, że taryfa, czyli bilet, naprawdę nie był drogi. Choć oczywiście zdarzali się gapowicze – opowiada Tomasz Sielicki.

Tramwaje jeździły z prędkością ok. 10 km/h, więc nie odstawały w tym zakresie od tych elektrycznych. Te natomiast były dużo cięższe, mogły pomieścić więcej osób, miały więcej wagonów i przede wszystkim nie wykorzystywały do pracy zwierząt. Przez to stały się bardziej użyteczne.

– Byłem zaskoczony tym, że zachowało się tyle oryginalnych materiałów, i to w dobrej jakości – mówi Tomasz Sielicki. – Książka powstawała przez siedem lat i warto podkreślić, że to nie tylko moja zasługa, lecz całego zespołu, za co jestem ogromnie wdzięczny.

Książka na pewno spodoba się wielbicielom tramwajów. Jest dostępna w salonach Empik, w księgarniach na terenie Wrocławia oraz w Muzeum Miejskim Wrocławia.

 


Autor: Adrianna Machalica
Zdjęcie: Dominik Krawczyk, Wroclaviae Amici

  • Spotkanie z autorem odbyło się w Ratuszu w czwartek, 16 listopada.