Miałem sen – wielkie wrota jak i sam budynek
I światło lejące się jakby było tu płynem
Ściany pulsujące, a w nich żyły pompują krew
Jest fluorescencyjna, jak nad wejściem as trefl
Nitki żył fioletowe, są ich tysiące
Nie parzą gdy podchodzę, choć wrzą – tak są gorące
Opary, które lekko wdycham, nie są trujące
A istoty które mijam mówią, chociaż leżą w śpiączce
Wchodzę do środka, nie muszę otwierać drzwi
Przenikam, jak dym z ognia, który wokół się tli
Nie mam ciała, ani dłoni, ale dotykam
Tysiące oczu patrzą na mnie, wiszą na stalaktytach
Ściany z marmuru i czuję w nich życie
Ciecz nie opada w dół, tylko płynie tam, po suficie
Kolumny pokrywają alfabety fraktalne
Nie znam języka, ale rozumiem – to naturalne
Sala do której wchodzę jest nieograniczona
Płaskorzeźby trzymają moje uczucia w szponach
Lamp słabe światło, ale tu są ich setki
Wiszą na dziwnych kątach przecząc prawom geometrii
Na środku samym schody bez końca się wiją
Ale czas na wejście był krótki jak epizod
Ciecz po której stąpam płynie z białej fontanny
Otoczonej przez sferę, która zmienia wciąż kształty
Wodospady płyną w górę – mógłbym się dziwić
Lecz wstęp tu mają tylko Ci, co nie zwątpili
Dobrze wiem, że nie zrobią mi krzywdy
Łuskowate bestie o powłokach oślizgłych
Na środku fontanny lewituje bóstwo
Morfuje by przybrać mój kształt i nagle jestem sam i jest pusto
Nie wiem teraz czy to był sen, czy trip
Zbudziłem się z wrażenia, nie obudził mnie krzyk

(PRO8L3M – Strumień)

Pobudka

Brudny świt wstaje nad Zoną. Słońce leniwie wschodzi nad horyzontem i łapczywie sięga swoimi promieniami. Światło, choć stosunkowo słabe, przez prowizoryczne wizjery maski przeciwgazowej wydaje się wręcz oślepiające. Uczucie żaru na powiekach staje się na tyle dokuczliwe, że zmusza do otrząśnięcia się z letargu. Oprócz przeszywającego bólu w skroni, czuję metaliczny posmak na wargach. Jednak dalej leżę na ziemi, półprzytomnie wbijając wzrok w niebo. Próbuję zebrać nie tylko siły, ale też myśli. Odnoszę wrażenie, że chwilowy zanik pamięci może mieć związek ze zniekształceniem w moim hełmie, które czuję pod palcami. Brakuje mi porównań by opisać wiszące nade mną chmury. I to nie dlatego, że mam słabą wyobraźnię. Szkła maski są zaparowane i całe potłuczone. Chyba więcej mi się już nie przydadzą. Zanim zrobię cokolwiek muszę się ich pozbyć. Kilka ruchów przy zaczepach z tyłu głowy, charakterystyczny dźwięk gumy odklejającej się od spoconego karku i mogę zaczerpnąć chłodnego powietrza. Dopiero teraz widzę, że obłoki były tak naprawdę konarami wielkiego dębu, który zawładnął częścią nieboskłonu. Podczołganie się pod pień wydaje się jedynym pomysłem, jak utrzymać pozycję siedzącą. Kiedy już plecami opieram się o drzewo mogę zabrać się za sprawdzenie inwentarza.

W prawej kieszeni kombinezonu mam kilka naboi do ppmu. To dziwne, bo nie przypominam sobie, żebym ostatnio używał Makarowa. Jednak amunicja na niewiele mi się teraz przyda, jedyna broń jaką mam, to wysłużony nóż wojskowy. Jest tam gdzie zawsze, w specjalnym futerale na mojej lewej łydce. Rzadko po niego sięgałem, ale na czarną godzinę nadaje się idealnie. Nie spodziewałem się tylko, że taka godzina kiedykolwiek nastąpi. Z przydatnych rzeczy mam jeszcze kilka śrub, konserwę niewiadomego pochodzenia i bandaże. Dodam do tego PDA, chociaż jest zepsute. Mój ostatnio obrany cel i notatki z pewnością by mi się przydały, jednak pocisk sporego kalibru, który zmienił ekran w symetryczną pajęczynkę uświadamia mi, że nie powinienem narzekać. Nie licząc zniekształcenia w hełmie, uszkodzonej maski i dziury w kombinezonie, wszystko wydaje się w porządku. Nawet otępienie powoli ustępuje, jednak trochę niepokoi mnie ucisk w klatce piersiowej. Dopóki oddycham płytko i powoli niczego nie czuję. Problem pojawia się, kiedy próbuję nabrać więcej powietrza. Mam wrażenie, że coś ciężkiego siedziało na mojej klatce piersiowej. Muszę pamiętać o tym, żeby się w najbliższym czasie nie wysilać.

Odkąd się ocknąłem minęło maksymalnie pół godziny. Po spierzchniętych ustach i ogólnym osłabieniu wnioskuję, że byłem nieprzytomny przynajmniej kilkanaście godzin. Najwyższa pora wstać i zaspokoić pragnienie, robi się coraz cieplej.

***

-Moja historia nie jest szczególnie skomplikowana. Zawsze lubiłem wszystko upraszczać i generalizować. Potrafię radzić sobie w kryzysowych sytuacjach, zachowuję trzeźwość umysłu i działam racjonalnie. Kiedy już jestem zmuszony do zdania się na instynkt, zawsze dobrze na tym wychodzę. To nie żadna arogancja i przesadna pewność siebie. Zona mnie już niejednokrotnie wypróbowała i wiem na co mogę sobie pozwolić- rzuciłem w przestrzeń.

-Dobrze. Powiedz coś więcej o swoim doświadczeniu. Nie mam zamiaru polegać tylko na słowotoku kolejnego żółtodzioba- głos mojego rozmówcy wydawał się niespokojny.

-Potrafię obsługiwać większość dostępnej tu broni. Jednak moja ulubiona zabawka to AKS-74u. Doskonale nadaje się do walki w zamkniętych przestrzeniach i nie ogranicza moich ruchów. Wielu nie docenia tego dzieła rosyjskiej myśli zbrojeniowej, ale ja potrafię zrobić z niego użytek- Mógłbym mówić cokolwiek, Kniaź jest prawie nieobecny. To głównodowodzący tutejszej ekspedycji naukowej. W leju nieopodal umocnień ma swoją stację badawczą. Kilkukomorowy sarkofag z filtrami powietrza i aparaturą, która umożliwia samowystarczalność na ładnych parę miesięcy. Kilka lat temu został tu przetransportowany przez wojskowy śmigłowiec. Stalkerzy mogą wejść tylko do pierwszej części obiektu, gdzie w zamian za pieniądze odstępują swoich cennych znalezisk. Artefakty i szczątki zmutowanych bestii to świetny materiał do eksperymentów.

-I co proponujesz?- słowa naukowca przerwały ciszę.

-Pomogę wam, ale w zamian nie chcę pieniędzy, tylko coś innego.

Mój rozmówca wyraźnie się ożywił. Ta część upadłego świata jest mocno przetrzebiona, a każda szansa zarobku to kwestia życia lub śmierci. Co mogłoby być ważniejsze od garści rubli, która pozwoli zaspokoić głód i pragnienie?

-Potrzebuję hełmu psionicznego. Zadanie nie należy do bezpiecznych i łatwych. Choć stawka jest duża, musisz pamiętać, że nie znajdziesz nikogo, kto lepiej nadałby się do tej roboty.

Tak naprawdę nie musiałem tego dodawać, Kniaź doskonale zdawał sobie z tego sprawę i nawet nie próbował udawać, że zastanawia się nad moją ofertą.

-Umowa stoi.

***

Sarkofag ekologów wydawał się z bliska jeszcze większy. Stalowa konstrukcja to zbitek masywnych płyt, przymocowanych do ziemi specjalnymi ramionami. Nietypowy obiekt przypomina wielkiego pająka, który wbija odnóża w otaczającą go ziemię. Dla bezpieczeństwa całość otoczono specjalnym ogrodzeniem pod napięciem- ochrona przed zmutowanymi zwierzętami jest niezbędna.

-Nie rozglądaj się tak, nie mamy czasu- rzucił w przestrzeń Kniaź i zdecydowanym ruchem ręki pokazał mi, żebym za nim podążał.

Przed nami z sykiem otwarły się wrota kompleksu. Zanim weszliśmy dalej, musieliśmy przejść odkażenie. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach mogliśmy wyjść z komory przejściowej. do właściwej części mobilnego laboratorium. W środku, przy biurku, czekał na nas tylko jeden naukowiec. Niedobitek z pięcioosobowego zespołu, który własnymi siłami chciał dokonać pomiarów na terenie dawnej cementowni. Poza licznymi anomaliami termicznymi roi się tam od nieumarłych, jednak ta informacja umknęła badaczom. O nieproszonych gościach dowiedzieli się, gdy było już za późno- uczeni próbowali ratować się ucieczką, jednak w popłochu wpadli na spalacze. Ci, którzy nie spłonęli żywcem zostali dopadnięci przez tych, którzy niegdyś byli ludźmi. Jedynie Popow ocalał- jego kombinezon chroni nie tylko od promieniowania, ale również wysokich temperatur.

-Popow, to Gambit. Pomoże nam dostać się do serca cementowni i odzyskać nasz sprzęt. Po tym krótkim przedstawieniu minęła dłuższa chwila, nim naukowiec zareagował. Odsunął dokumenty, zdjął okulary i wstając podał mi rękę. Mężczyzna miał na oko 40 lat. Mimo spędzania większości czasu przy papierach, był bardzo dobrze zbudowany. Szczególnie odznaczały się jego szerokie ramiona i wielkie dłonie, wręcz karykaturalne, zwłaszcza, że najczęściej trzymały jedynie długopis.

-Miło poznać. Nie chcę przedłużać, zabieramy to co jest i ruszamy w drogę.

Serce

Kniaź ani Popow nie byli zbyt rozmowni. Poza zdawkowymi poleceniami nic nie mówili. Ja też nie miałem specjalnej ochoty na pogaduszki. Cementownia, a raczej to, co z niej zostało, majaczyła na horyzoncie. To tylko dwa kilometry od stacji, ale te każda minuta dłużyła się w nieskończoność. Droga prowadząca do naszego celu była w całkiem dobrym stanie, tylko miejscami asfalt był poprzerywany pęknięciami. Prawdopodobnie nie zdążył tędy przejechać żaden pojazd, bo zaraz po zakończeniu budowy samej cementowni nastąpiła katastrofa z ‘86. Nie przeszkodziło to jednak w powstaniu skupiska anomalii, które z czasem stało się najbogatszym źródłem artefaktów w całej okolicy. Wizja szybkiego zarobku skusiła już dziesiątki stalkerów, jednak z nieznanych przyczyn wszyscy z nich zmienili się w zombie. I właśnie to chcą zbadać naukowcy wysłani tu przez pozarządową organizację Świt– cementownia stanie się wielkim laboratorium, a nieumarli mają być królikami doświadczalnymi. Wszystko dla dobra nauki, ale też dla zysku. Ustalenie natury zjawiska zamiany zdrowego człowieka w humanoidalnego potwora będzie istnym kamieniem milowym w świecie współczesnej biotechnologii.

***

Ohydne kreatury. Nie muszę przeprowadzać żadnych badań, żeby wiedzieć o nich wszystko, co potrzebne. Przede wszystkim kiedyś byli to ludzie, wnioskując po ubiorze głównie stalkerzy, ale co do tego nie ma reguły, każdego może spotkać taki los. Fale psioniczne dokonały nieodwracalnych zmian w ich mózgach. Z opowieści wiem, że w polu działania fal ludzka psychika stopniowo zaczyna odrywać się od świadomości, aż do momentu kiedy zostawia samą skorupę, czyli ciało. Czas i mutacje zmieniają je nie do poznania. Nietrudno zauważyć zdeformowane rysy twarzy, liczne rany i plamy krwi na mundurach. Te ostatnie są świadectwem wytrzymałości- żywe trupy potrafią przetrwać zaskakująco duże obrażenia, a najskuteczniejszym sposobem na ich zlikwidowanie jest zniszczenie głowy. Wbrew pozorom dalej znajduje się w niej mózg, jednak rozległe uszkodzenia wynikające z promieniowania uniemożliwiają jego prawidłowe działanie. Pod względem poznawczym i motorycznym zombie zajmuje więc najniższy stopień rozwoju i przypomina połączenie ślimaka z osłem. Brak inteligencji nie przeszkodził mu jednak w wykształceniu instynktu stadnego. Każdy zombie zapamiętał również, jak używa się broni palnej. I choć taktyki oraz umiejętności strzeleckie umarlaków są co najwyżej prymitywne, potrafią przysporzyć problemów kotom i badaczom. Podobno gdzieś na północy istnieje specjalna grupa, która zajmuje się eksterminacją tego ścierwa. Nie zazdroszczę takiej roboty.

***

Zbliżamy się do głównej bramy w żelbetonowym murze, który okala kompleks kilku budynków.

-Zanim przejdziemy dalej musimy ustalić jakikolwiek plan- oznajmił Kniaź.

-Ja z Popowem obstawimy przód, a Ty Kniaź skupisz się na sprzęcie i osłanianiu tyłów.- odparłem. Kiedy dojdziemy już do serca cementowni zajmiesz się aparaturą i zasilaniem, a ja z Popowem będziemy osłaniać wschodnie i zachodnie wejście do hali. Po wszystkim wrócimy tą samą drogą. Szybka akcja, zero postojów, minimalizujemy ryzyko, oszczędnie używamy amunicji. Wszystko jasne?

Po przekroczeniu bramy naszym oczom ukazał się gmach hali głównej, wraz z przylegającymi silosami i stróżówką. Wszystko mocno nadgryzione zębem czasu, jednak nic nie zwiastowało niebezpieczeństwa. Teren cementowni bujnie porastała karłowata roślinność, żelbeton odgradzał istny park krajobrazowy. Mogłoby to wskazywać na wysokie promieniowanie, ale mój licznik był spokojny, więc i my się nie niepokoiliśmy. By dojść do głównego wejścia, musieliśmy przebyć raptem kilkadziesiąt metrów. Było jeszcze wcześnie, czyste niebo zapewniało doskonałą widoczność. Wiał tylko delikatny wiatr, poruszający uschniętymi trawami. Przebijały się nawet przez beton wylany na rampę podjazdową. Nie wiem co to dokładnie było, ale przyjemnie trzeszczało pod butami. Jednak im byliśmy bliżej, tym musieliśmy być ostrożniejsi. Każdy fałszywy ruch i nieprzewidziany dźwięk mógł zdradzić naszą pozycję. Zerknąłem na PDA, ale poza moimi towarzyszami nie wyświetlał żadnych ludzi. W obrysie budynku widziałem tylko kilka szarych punktów. Dokładnie cztery. To naukowcy, którym ucieczka z cementowni się nie udała. Ale mimo to wiedziałem, że w środku ktoś na nas czekał. Trupki nie lubią za dużo chodzić, kiedy nie ma nikogo w pobliżu po prostu się „wyłączają” i czekają na jakikolwiek ruch.

***

Ciężkie, stalowe drzwi już dawno zostały wyrwane z ościeżnicy. Jedna część, cała przerdzewiała, leżała tuż obok, na ziemi. Druga była oparta o ścianę. Już po przekroczeniu progu dało się poczuć, że miejsce było opuszczone od lat- woń wilgoci i stęchlizny zaciekle atakowała nozdrza. Powoli posuwaliśmy się naprzód, dokładnie sprawdzając każdy kąt. Póki co trasa była prosta, centralny korytarz, pokryty do połowy wysokości białymi kafelkami. Jak na swoje lata dobrze się trzymały, tylko nieliczne odpadły i stłukły się na betonowej posadzce. Ich resztki okropnie skrzypiały, więc staraliśmy się je omijać. Póki co nie musieliśmy jeszcze używać latarek. Było stosunkowo jasno dzięki światłu dnia, wpadającemu przez wybite szyby. Świetlówki, które wisiały nad naszymi głowami wydawały się nienaruszone, ale po liniach energetycznych zostały tylko zmurszałe słupy. Panowała cisza, ale to wcale nie oznaczało, że było bezpiecznie. Wręcz przeciwnie. Zapobiegawczo przykleiliśmy się do prawej ściany i gęsiego szliśmy w stronę przejścia do części administracyjnej. Poza resztkami tynku i roślinnością, która sukcesywnie wdzierała się do wnętrza budynku, wszystko wyglądało jak kiedyś. Pracownicy opuszczający w pośpiechu zakład zostawili nawet swoje prywatne rzeczy. Widać to w oficynie- kilka biurek, metalowe regały na dokumenty i cała podłoga przysypana aktami i papierami. W kącie połyskująca szafa z rozwartymi drzwiami, a w środku pracownicze uniformy. Niskie pomieszczenie wyglądało, jakby przeszło tędy tornado, może stalkerzy szukali tu fantów. Coraz trudniej było zauważyć poszczególne przedmioty, bo z każdym krokiem robiło się coraz ciemniej. Jedyne źródło światła to snop promieni słonecznych, wpadający z korytarza przez zdezelowane drzwi. W panującym półmroku widziałem za to doskonale unoszące się w powietrzu drobinki kurzu i pyłki rosnących tu pnączy. Znajdowaliśmy się na poziomie zerowym, ale żeby dojść do serca obiektu musieliśmy zejść niżej- ze względów logistycznych główna hala została częściowo osadzona pod poziomem gruntu. Z doświadczenia wiem, że schodzenie pod ziemię w takich miejscach to co najmniej zły pomysł. W ciemnościach zawsze kryje się coś, czego nie chcielibyśmy zobaczyć.

***

Na chwilę zamarłem. Chyba coś słyszałem. Jakiś trzask i chyba jęk. Sam już nie wiem, może mi się przesłyszało. Porozumiewawczo zerknąłem na Popowa, on też wyglądał na zaniepokojonego. Wiszące na mojej szyi AKS-74u mocniej przycisnąłem do siebie. Mam taki odruch, wtedy po prostu czuję, że mam się czym bronić. Odruchowo sprawdziłem też bezpiecznik. Odbezpieczone. Popow kurczowo trzymał mp5 na wysokości oczu, widziałem, że był cały napięty. Powoli zbliżaliśmy się do rampy zejściowej. To część łącząca biuro z przedsionkiem hangaru. Chciałem rzucić tam zapobiegawczo granat, ale mieliśmy nie robić hałasu. Tak ściągnęlibyśmy wszystkie umarlaki jakie tam były. Wychyliłem się, ale było zupełnie ciemno. Nic nie widziałem, choć moje oczy już powoli przyzwyczaiły się do braku światła. Po przeciwległej stronie pomieszczenia było kilka dziur w dachu, ale były na tyle małe, że na ziemi podświetlały obszary wielkości talerza obiadowego. Musieliśmy tam wejść, żeby dostać się do naszego celu. Zanim zdążyłem poukładać myśli w swojej głowie dziwny odgłos się powtórzył. To już jasne, że mieliśmy towarzystwo. Odpaliłem moją czołówkę na średnią moc, musiałem cokolwiek widzieć. Przed nami zarysował się pokój, w którym robotnicy szykowali się każdego dnia do pracy. Pełno metalowych szafek ustawionych w kilka rzędów. Na ich szczycie leżał stos białych kasków ochronnych. Nie podobało mi się tu, schowki tworzyły istny labirynt, w którym czułem czyjąś obecność. Zacisnąłem pięść i podniosłem ją do góry, tak żeby Kniaź zobaczył. Popowa złapałem za ramię, musieliśmy chwilę nasłuchiwać. Jeśli to zombie, to w takim wąskim przejściu byłby w stanie posłać w nas celną serię, czyli pewna śmierć. Kiedy nasze kroki ucichły, zapadła martwa cisza. Jedyne co słyszałem to szum w moich uszach, ale nagle go coś przerwało. Jęk. Jakiś nieartykułowany odgłos, jakby urwane słowo. Teraz byłem już pewien. Stał na końcu pomieszczenia, ściany schodzące się w kąt doskonale odbijały dźwięk. Złapałem się za kieszeń, miałem dwa magazynki, trzeci w karabinie. Jeszcze raz dotknąłem bezpiecznika. Przełączyłem czołówkę na słaby tryb i ruszyłem.

***

Szedłem wzdłuż ściany, starając się stawiać kolejne kroki najciszej jak potrafię. Kniaź i Popow zostali przy wyjściu zgodnie z moim poleceniem. Przesuwałem się dalej, a delikatne światło muskało kolejne rozbebeszone gabloty. Co najmniej kilkanaście w rzędzie zanim doszedłem do sąsiedniej ściany. Podniosłem karabin do twarzy i celując pokonałem ostatnią prostą. Mijałem następne alejki, ostrożnie spoglądając, czy nikt się w nich nie kryje. Wydawało się, że był tam tylko jeden, w przeciwległym kącie. To już ostatni szereg boksów. Oparłem się plecami o metalową ściankę, nasłuchując jakiegoś ruchu. Znowu sprawdziłem, czy broń jest odbezpieczona. Wiem, że wystrzał zwabiłby resztę, ale inaczej nie udałoby nam się przejść do serca cementowni. Wziąłem głęboki oddech i zacząłem liczyć. Jeden. Dwa. Trzy. Obróciłem się i wyskoczyłem zza rogu. Instynktownie kucnąłem i przyłożyłem szczerbinkę do oka. W świetle czołówki zobaczyłem niewyraźną postać. Nacisnąłem i chwilę przytrzymałem spust. Krótka seria zahuczała w przysadzistym pomieszczeniu. Błysk wystrzału na chwilę rozświetlił całe przejście. Sylwetka osunęła się na kolana, a stojąca za nią ściana zmieniła kolor z szarego na brudnoczerwony. Zombie upadł twarzą na ziemię i po chwili przestał się ruszać. Zbliżyłem się, żeby zobaczyć, czy jeszcze żyje. Pociski kalibru pięć-czterdzieści pięć przewierciły mu się kolejno przez lewe oko i skroń, rozrywając fragment czaszki. Przegniłe cielsko przygniotło porządnego kałacha, ale nie mieliśmy wtedy czasu na szabrowanie.

***

-Kniaź! Popow! Chodźcie tu szybko, musimy się przegrupować!- krzyknąłem.

Nie ma na co czekać, wszystkie zombie mogły zaraz się tam zwalić. Musieliśmy przeszturmować halę i zająć jakiekolwiek pozycje. Pierwszy wpadłem do środka i przyparłem do betonowego murka basenu. Zaraz za mną moi towarzysze- rozpierzchnęli się po sąsiednich osłonach. Wychyliłem głowę, żeby ocenić sytuację. Całe ściany hangaru były niegdyś przeszklone, teraz puste ramy straszyły dziurami i resztkami szyb. Ale dzięki temu było przynajmniej jasno, choć i bez tego nie miałbym większych problemów z rozeznaniem się w przestrzeni. Biło tam kilka słupów spalacza. A skoro je widziałem, to znaczy, że coś cały czas je aktywowało. Zerknąłem na moje PDA. Nie myliłem się. Kolumny ognia pokrywały się z szarymi punktami na cyfrowej mapie. To by tłumaczyło ten uderzający swąd palonego mięsa. Nie widziałem jednak żadnego nieumarłego, coś jednak mogło się kryć za potężnymi zbiornikami, które stały na środku hali.

-Popow, Ty pójdziesz z lewej, przy oknach, ja z prawej. Jeśli coś będzie za tymi silosami, to krzyżujemy ogień- rzuciłem.

Popow tylko kiwnął głową i gestem ręki przywołał do siebie Kniazia. Rozdzieliliśmy się i ruszyliśmy w przeciwległe strony. Na sygnał zaczęliśmy sunąć naprzód. Co jakiś czas zerkałem w bok, by korygować swoją prędkość. Powoli zbliżaliśmy się do żelaznych bloków. Sprawdziłem tylko, czy mam w razie czego gdzie się schować i wychyliłem się jako pierwszy. Zza kadzi wyłoniło się kilka zdeformowanych postaci. Na mój widok trupki zaczęły strasznie zawodzić i uniosły w górę swoje karabiny. Zanim zdążyły nacisnąć spust sam to zrobiłem. Ryk mojej zabawki wywołał odpowiedź chłopców, którzy też posłali ścianę śrutu w stronę nieprzyjaciela. Widziałem tylko jak kule rozszarpywały mundury i ciała nieumarłych, ale oni nadal stali niewzruszenie. To pewnie żołnierze specnazu, zsyłali ich tu w specjalnych kombinezonach. Po chwili trupy obudziły się z letargu i otworzyły ogień. Szybko przykucnąłem za panelem sterowania i wyszukałem w kieszeni granat. F-1 matowo mienił się w mojej dłoni. Bez zastanowienia złapałem za zawleczkę i przyciągnąłem rękę do siebie. Zamach i cytrynka poleciała delikatnym łukiem, lądując centralnie pod nogami byłych wojskowych.

***

Kanonadę wystrzałów przerwał straszliwy huk. Powietrze rozerwał dźwięk przypominający odpalenie potężnego palnika gazówki. W jednej chwili całe pomieszczenie zalała fala gorąca, zupełnie jakby ktoś otworzył drzwi od piekarnika. Ogromny słup ognia poderwał się z ziemi, zawładnął kilkoma metrami wokół siebie i spiralnie wystrzelił pod sam dach. Żar był tak silny, że momentalnie przypalił mi brwi. Razem z Kniaziem i Popowem byliśmy świadkami fascynującego zjawiska. Kilka spalaczy buchających blisko siebie połączyło się w jeden miotacz, skoncentrowany w betonowym basenie. Dopiero po chwili syk ognia zaczął słabnąć. Wtedy do naszych uszu doszedł przeraźliwy ryk. Nieludzki wrzask wyrywał się z gardeł płonących zombie. Ich nieporadne ruchy stały się jeszcze bardziej przypadkowe. Drewniane kolby karabinów paliły im się w dłoniach, a resztki mundurów topiły i przyklejały do ciała. Skóra zaczęła puchnąć i odchodzić płatami, a z ust żywych pochodni toczyła się gęsta, biała piana. Wszystko trwało kilka chwil. Jeszcze bardziej zdeformowane kreatury, całe zwęglone próbowały czołgać się w naszą stronę. Coraz wolniej i wolniej. Aż w końcu ruch ustał. Ich mózgi musiały się dosłownie ugotować.

***

Wszystkie ciała leżały obok siebie. Kule, odłamki granatu i ogień zrobiły swoje. Kupiliśmy trochę czasu, ale w dalszej części kompleksu musiało być ich więcej. Byli tam też naukowcy. Smutny widok. Stopione kombinezony oblepiały nienaturalnie ułożone ciała. Jeden klęczał, reszta leżała, zwinięta w embriony. Zastygli z dłońmi przy twarzach, jakby próbowali uchronić je przed niewyobrażalnym gorącem. Ich hełmy, przypominające noszone przez astronautów, nie wytrzymały wysokiej temperatury. Już nawet fale psioniczne nie przywróciłyby ich do życia- uszkodzenia tkanek i organów były zbyt rozległe. Na nic nie przyda się również ich sprzęt, nawet specjalne wersje PDA nie zostały zaprojektowane z myślą o wchodzeniu do piekła. Pokój ich duszy.

-Kniaź, bierz się do roboty!- rzuciłem. A Ty Popow chodź ze mną! Musimy obstawić wejście do prawego skrzydła, na pewno zaraz zleci się towarzystwo.

Kniaź podbiegł do sterowni, zrzucił z siebie plecak i wyjął cały sprzęt. Nie wiem co dokładnie robił, bo już po chwili z Popowem byliśmy na końcu hali. Ze stojących w pobliżu szafek zrobiliśmy prowizoryczną barykadę w drzwiach. Zombie nie mogły przejść, ale zawsze były w stanie prowadzić ostrzał. Kilka niedbale ułożonych mebli to osłona, za którą przygotowaliśmy obronę. Miałem jeszcze dwa granaty, ale myślałem, że raczej się już nie przydadzą. Problem stanowiła amunicja. Wypstrykałem się już w hali i został mi jeden cały magazynek i kilkanaście naboi w drugim. Nie było mowy o waleniu na oślep, co pod bezmyślnym gradobiciem zgniłków jest cholernie trudne.

***

Szeroki na kilka metrów korytarz zatapiał swój koniec w całkowitej ciemności. Nie pomogła nawet czołówka, jej światło było zbyt rozproszone, żeby sięgnąć dostatecznie daleko. Jednak to wystarczyło, by wywołać odpowiedź cementowni. Po chwili, z oddali dało się słyszeć narastające dźwięki. Rozmyte pojękiwania robiły się coraz wyraźniejsze i głośniejsze. Pomyślałem, że chyba jednak zrobię użytek z granatów, chociaż jednego. Wyczekałem tylko odpowiedniego momentu. Wyciągnąłem cytrynkę i uważnie nasłuchiwałem. Zombie nie mogły być dalej niż kilkanaście metrów od nas. Kiedy w słabym świetle zaczęły majaczyć wojskowe buty, pociągnąłem za zawleczkę. Rzuciłem i skryłem się za naszą prowizoryczną barykadą. Po chwili cały przedsionek wypełnił się brudnożółtym blaskiem. W chwilowym przebłysku pokazały się schowane do tej pory w mroku sylwetki. Było ich przynajmniej kilkanaście, a każda z nich boleśnie zawyła pokiereszowana odłamkami z granatu i rykoszetami.

-Gambit, mam już tylko jeden magazynek-krzyknął Popow.

Spojrzałem na swój karabin. W magazynku miałem jeszcze kilkanaście pocisków. W kieszeni drugi zapasowy.

-Długo tu nie pociągniemy!- ryknąłem. Miej ich na muszce póki są ogłuszeni, a ja poszukam amunicji!

Pobiegłem w stronę leżących na ziemi żołnierzy specnazu. Właściwie tylko ich broń nie przypominała zwęglonych resztek. Nie licząc drewnianych kolb karabinów, czarnych jak węgiel, którym w istocie były. Pierwszy magazynek był bezużyteczny. Podtopione pociski. Mogłyby tylko eksplodować w komorze gazowej. Ale dalej było już lepiej. Miałem już dwa i pół magazynka. Szybko do Popowa, zająć pozycję.

-Musisz sobie poradzić z tym, co masz. Zero pistoletowych pestek- rzuciłem na pytające spojrzenie towarzysza broni.

Z mroku zaczęły wyłaniać się potwory. Rzucony wcześniej granat na niewiele się zdał, odłamki tylko nieznacznie spowolniły przemarsz. Widziałem tylko obrys sylwetek. Przycelowałem na wysokości głów. Chwila skupienia i puściłem serię. Kilka krótkich serii. Pozbyłem się resztki magazynku. Teraz czas na naboje specnazu. Ich obudowa była oklejona czerwoną taśmą izolacyjną. Włożyłem magazynek. Przeładowałem. Podniosłem lufę i oddałem kilka strzałów. Nagle cały korytarz zaczął iluminować. Coś jakbym strzelał potężnym laserem. Nie wiedziałem, że kaliber 5,45 mm robią w wersji zapalającej. To znacznie ułatwiło robotę. W krzyżowym ogniu przez dłuższą chwilę odpieraliśmy atak. Na nasze szczęście ostre światło hali uniemożliwiało zombie skuteczną odpowiedź ogniową. Jednak powoli kończyła nam się amunicja. A oni cały czas napływali. Jakby ze zdwojoną siłą.

-Popow! Leć do Kniazia i pomóż mu zwijać sprzęt! Zaraz musimy się stąd zerwać, jest ich za dużo!- ryknąłem, a postać w pomarańczowym kombinezonie pobiegła w głąb hali.


Autor: Mateusz Kowalski