Nie tak dawno temu śniadanie w mieście jedli goście hotelowi, na lunch wybierały się korpoludki, a brunche zarezerwowane były dla par w podeszłym wieku. Co się zmieniło? Dzisiaj, przy odrobinie czasu o poranku, możemy zjeść croissanta w Paryżu, bajgla w Nowym Yorku lub jajka na bekonie wprost z angielskiego domu – piszą Agata Kąpińska i Pola Janus.

Jak to się stało? Kilka lat temu ze znajomymi widywaliśmy się w pizzerii, dzisiaj zasiadamy w małej Francji w centrum Wrocławia i zajadamy croissanty. Do niedawna śniadanie było zawsze w domu, drugie śniadanie ograniczało się do tego, co udało się zapakować w sreberko, a lunch nie istniał prawie w ogóle, bo przecież w domu czekał obiad. Co się zmieniło? Przede wszystkim rynek i styl życia. Skoro Włoch może wpaść przed pracą na espresso, a Francuz zatrzymać się na kawałek świeżej bagietki, to dlaczego my nie?

Rynek gastronomiczny świetnie wyczuł tego typu nastroje. Nie wiadomo kiedy, masowo zaczęto otwierać kawiarnie i bistra, które oferują menu śniadaniowe i lunchowe. Bo dzisiaj sama kawa i ciastko nie wystarczą. Co więcej, nie zadowalamy się już byle czym. Istotna jest nie tylko cena, ale także jakość produktów i obsługa. Najlepiej by pieczywo wypiekane było na miejscu, jajka pochodziły z od szczęśliwych kurek, a kawa z jakiejś hipsterskiej palarni. Oczywiście, zawsze musi być opcja vege, bez glutenu, bez laktozy, a najlepiej bez kalorii.

Wciąż pozostaje pytanie dlaczego zamiast posmarować kromkę chleba dżemem w domu, coraz częściej wolimy rogala z marmoladą w centrum? Wydaje mi się, że to czysty hedonizm. Jakże przyjemnym jest zjeść naleśnika z owocami bez konieczności ślęczenia nad kuchenką! Miło jest spotkać się ze znajomą, poczekać aż ktoś poda Ci aromatyczną kawę i Twoje ukochane Pain Perdu. Po prostu delektować się jedzeniem i chwilą.

Takie posiłki pozwalają nam też zwolnić. Każdy zawsze gdzieś pędzi. Stąd zamiłowanie do francuskich knajpek. Siadasz przy oknie, otoczony kwiatami, zapachem świeżo palonej kawy i chrupkiego pieczywa, na moment przenosisz się do Prowansji. Po prostu sączysz kawę i obserwujesz miasto z zupełnie innej perspektywy. Co jeśli nie masz czasu? Bajgiel na wynos, z czym tylko sobie wymarzysz, i w drogę!

Mało kto ma z rana czas na przygotowywanie wypchanej bagietki, o jajkach na grzankach z łososiem nie wspomnę. Jasne, może to skrajne przykłady, ale czy nie tak powinno wyglądać śniadanie? To najważniejszy posiłek dnia, ma nam dać zastrzyk energii do działania. Miłą odmianą jest więc zjeść go powoli w pięknym miejscu.

Dlatego właśnie, specjalnie dla czytelników Magazynu [wRamach], wybrałyśmy sześć miejsc, w których możecie skonsumować rano coś smacznego i zgromadzić energię na cały dzień.

Charlotte

Agata: Charlotte ma jedną ogromną przewagę nad jakimkolwiek innym tego typu miejscem w mieście. Znajduje się na Pasażu Pokoyhof, który bezgranicznie ubóstwiam. Siadając na zewnątrz przenoszę się w zupełnie inne miejsce na ziemi. To główny powód moich odwiedzin Charlotte. Menu nie jest zbyt duże, ale niczego w nim nie brakuje. Jedzenie jest w porządku, a kremy i dżemy nawet bardzo. Mam jednak dwa zarzuty: kawa i obsługa. Niestety, kawa nie jest najlepsza, szczególnie ta śniadaniowa. Obsługa natomiast chyba, zachłysnęła się renomą Charlotte i raczej nie wita klienta z uśmiechem.

Pola: Śniadanie w Charlotte to opcja dla tych, którzy uwielbiają pieczywo. Całe menu jest na nim oparte, a różnorodności dodają mu konfitury. Są opcje na słono i słodko, więc spokojnie można coś dla siebie znaleźć. Moim faworytem jest śniadanie Charlotte czyli klasyk – kosz wypieków z czterema smarowidłami do wyboru + kawa. I tu muszę się zgodzić z Agatą: ziarno, którego używa się do parzenia, jest przeciętne w smaku. Dodatkowo, za mleko roślinne bądź bez laktozy trzeba dopłacić złotówkę lub dwie ekstra.

Największym minusem jest jednak to, że rzadko kiedy można znaleźć wolne miejsce, a jak wiadomo – czekanie 30 minut na wolny stolik i kolejne tyle na śniadanie, powoduje ogromne niezadowolenie.

Central Cafe

Agata: BAJGLE! Dlaczego są u nas taką rzadkością? To absolutnie cudowna forma pieczywa, którą w Central Cafe możemy zjeść na rozmaite sposoby. Na słodko, słono, banalnie, wymyślnie, z łososiem  i (gloryfikowanym przez Polę) bekonem. Nie brak też innych propozycji, takich jak owsianka czy pancakes. Niestety, żeby nie było zbyt pięknie, ceny są dość wysokie.

Pola: To zdecydowanie moje ulubione miejsce. Ogromny wybór, całkiem niezła kawa – no i oczywiście BAJGLE! Mało który lokal je oferuje, co sprawia, że Central Cafe jest numerem jeden w aplikacji Foursquare. Niestety, nie zdradzę wam jak smakują tamtejsze pancakes ani owsianka, bo zawsze, kiedy idę do Centrala na śniadanie wybieram to samo – bajgla z kurczakiem i żurawiną. Mimo że uwielbiam to miejsce i chętnie bym tam przychodziła codziennie, to muszę powiedzieć, że obsługa jest fatalna. Ludzie tam pracujący są negatywnie nastawieni do klienta już na dzień dobry, co powoduje, że jeść się odechciewa.

Mimo wysokich cen i kiepskiego serwisu, klientów jednak nie brakuje, przez co, aby mieć gdzie usiąść w sobotę rano, trzeba się nieźle nagimnastykować.

Giselle

Agata: Lubię tam wpadać, ale szczerze odradzam weekendy. Tłum wtedy bywa taki, że obsługa nie jest w stanie ogarnąć sali. Przepyszną zaletą jest chleb pieczony przez załogę, pełen ziaren i ziarenek. Świetna kawa i ogromny wybór herbat też jest tutaj na plus. Nie mogłabym pominąć kwestii francuskich brioszek z jajecznicą, bez dwóch zdań najlepsza w mieście. Nie chodzi tu o magiczne jajka, ale o brioszki, na które wpadam tam regularnie. Niestety obsługa bywa zapominalska, ale zawsze pozostaje bardzo grzeczna. Ceny są średnio studenckie, ale też niezbyt wygórowane. Starają się to jednak nadrobić pieczątkami na kawę.

Pola: Do Giselle przychodzę niechętnie i jest to moja ostatnia pozycja na liście śniadaniowni. Z racji tego, że nie przepadam za jajkami i sałatą, wybór mam tam ograniczony. Konfitury podawane w Giselle nie należą do najgorszych, ale moim zdaniem Charlotte pod tym względem wygrywa. To samo, zresztą, tyczy się croissantów i reszty pieczywa.

W kontakcie

Agata: Mój bezwarunkowy faworyt. Nie znajdziecie tam różnorodnego pieczywa i obszernego menu. Dominuje prostota. Proste, świeże, składniki oraz proste, ciepłe wnętrze. Ich domeną jest ekologiczne i zdrowe jedzenie. Produkty lokalne i sezonowe, kuchnia bez pośpiechu. Króluje tam hummus, znany już chyba w całym mieście. Jest naprawdę doskonały i nawet mięsożercy powinni się skusić. Poza tym różnego rodzaju pasty – z pietruszki, dyni, buraka i wielu innych. Nie wiem, czy chleb pieką sami, ale jest bardzo smaczny. Mają też całkiem niezły wybór herbat. To tam udaje mi się zwolnić i uspokoić. Gorąco polecam to miejsce, wręcz namawiam!

Pola: Wszystko fajnie, menu niezłe, ale cholera – NIE MA MIĘSA! Gdzie boczek, gdzie kurczak, gdzie wołowinka? Dla takiego mięsożercy jak ja niestety nie ma tam miejsca.

Di Cafe Deli

Agata: English breakfast, American breakfast, French breakfast, wszystko o czym możesz pomyśleć w kategorii śniadania lub brunchu. Ilość pieczywa przytłacza – jest z czego wybierać. Każde jest pyszne. Są też kanapki, omlety, granola i wiele innych. Mają też coś dla tych bardziej głodnych i choć są to pozycje z “porannych przekąsek” trzeba mieć niezłego głoda na takie danie. Gofry z jajkiem i boczkiem lub gofry z owocami. Zapewniam, że te “przekąski” warte są grzechu. Gofry z boczkiem to mistrzostwo świata, dla którego mogłabym nie jeść cały dzień. Tak jak z ceną niektórych dań mogę się zgodzić, tak niektóre to szaleństwo.

Pola: Klasyczne śniadanie angielskie, pancakes, a nawet szakszuka! Wszystko o czym marzycie prawdopodobnie tam jest. Di ma dwie lokalizację, a także dwa różne, choć w wielu pozycjach pokrywające się menu. O ile w Sky Tower śniadania są podawane przez cały dzień, tak przy Teatralnej wyłącznie do 12. Jeśli więc nie jest się rannym ptaszkiem, a chce się zjeść coś lepszego niż zimnego bajgla lub drogiego (przeraźliwie!) tosta, to lepiej przejechać się do wieżowca. Tam oprócz typowego menu dostaniemy dinetki, czyli przystawki z koszem pieczywa. Na moje nieszczęście wycofano rillette z kaczki – mój ulubiony pasztet podawany z jabłkowym chutney, którym mogłabym zajadać się na okrągło. Nie myślcie jednak, że oprócz tego nie ma tam nic smacznego. Hummus z pomarańczą, tapenada i oczywiście BOCZEK to najlepsze, co ma do zaoferowania Di Sky Tower. Pomimo lokalizacji, a także poziomu pretensjonalności tego miejsca – ceny ogółem nie są  aż tak wysokie.

Cafe Vincent

Agata: Zapach świeżego, chrupiącego, przyrumienionego pieczywa. Od tego musiałam zacząć, gdyż to pierwsze co czujesz gdy otwierasz drzwi. I od razu masz ochotę na ciepłego croissanta z kawką. Pieczywo jest naprawdę dobre i jest go cała masa. Menu śniadaniowe jest banalne, ale smaczne. Pierwsze miejsce zajmują jednak bogate quiche, które uśmiechają się do gościa z baru. Muszę przyznać, że ich różnorodność i smak zadziwiają, są pyszne!

Pola: W Cafe Vincent byłam tylko raz.. i niestety więcej się tam nie pojawię. Ceny są wysokie, obsługa zapomina o klientach, a wybór jedzenia jest niewielki. Jedynym plusem są świeże croissanty, ale umówmy się – pełno jest innych, lepszych miejsc, w których można je dostać.

Autor | Agata Kąpińska, Pola Janus

  • Zdjęcie | pixabay.com