Janusz Zaorski zapamiętał go z genialnej sceny, w której podpalał spirytus w szklankach. Wanda Ziembicka-Has wie, że trudno było przekonać go do zagrania w kostiumie i zdjęcia okularów. A Henryk Tas wspomina, jak wiele osób zjawiło się na jego pogrzebie. Jaki obraz Zbigniewa Cybulskiego pozostał w pamięci osób, które go znały bądź którzy do dziś zachwycają się jego twórczością? – pisze Mariusz Bartodziej.

Z okazji 50. rocznicy śmierci aktora w Centrum Technologii Audiowizualnych CeTa odbył się 8 stycznia poświęcony mu wieczór. Gościem była m.in. Dorota Karaś – autorka jego biografii „Cybulski. Podwójne salto”, odsłonięto popiersie artysty oraz odbyła się projekcja filmu „Pokolenia” reżysera Janusza Zaorskiego.

Często dzwonił i zamęczał reżyserów

Słynna scena śmierci Maćka Chełmickiego w „Popiele i diamencie”

Zbyszek Cybulski był pierwszym i największym powojennym prawdziwym filmowym idolem. Uważam, że żaden  z późniejszych artystów nie był aż tak popularny i tak nie zapadł w pamięć wielu pokoleniom jak on. Przede wszystkim z uwagi na swój wielki talent oraz wielką rolę Maćka Chełmickiego w filmie „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy. Chociaż i jako Alfons Van Worden w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” i Kowalski-Malinowski w „Salcie” i „Giuseppe w Warszawie” u Lenartowicza i można by tak mnożyć.

Ten człowiek walczył o rolę. On po prostu się nie poddawał. Bardzo często miał zupełnie inny pogląd niż reżyser, ale forsował go, starał się być partnerem. Dzwonił, zamęczał reżyserów. Niektórzy go dlatego nie lubili, bo chcieli robić filmy łatwo lekko i przyjemnie. W sprawach twórczych, artystycznych, tak nie można. Trzeba wylać krew, pot i łzy. Liczy się praca reżysera i świadomego aktora. On takim był. Chciał jak najlepiej wypaść i za to trzeba go cenić.

Starał się być  wszechstronnym aktorem. Z pomocą reżyserów stawał się i tragikiem, i komikiem. U Kazimierza Kutza fantastyczna komediowa rola w „Krzyżu walecznych”. Dla mnie jednak zawsze pozostanie Maćkiem Chełmickim. Ten film do tej pory wzrusza mnie i porywa. Genialnie zagrana scena ze spirytusem w szklaneczkach, które podpala. W ogóle film jest do tej pory przejmujący. To takie przykre, że tak młodo odszedł. Mógł stworzyć tyle wspaniałych kreacji, ale życia bywa brutalne. Dobrze, że był. Pamiętajmy o nim. Cieszę się, że mogłem być we Wrocławiu z okazji półwiecza jego śmierci – mówi Janusz Zaorski, reżyser takich klasyków jak „Matka Królów”, „Piłkarski poker” czy „Szczęśliwego Nowego Jorku”.

Widać było, że to lider

Jako Alfons Van Worden w „Rękopisie znalezionym w Saragossie”

– Osobiście go nie znałam, bo byłam za młoda. Jednak gdy chodziłam do technikum księgarskiego, czasami, wychodząc ze szkoły, widziałam go idącego arkadami. Niechętnie rozdawał autografy, ciągle się śpieszył. To był aktor mojego męża, Wojciecha Jerzego Hasa, który zagrał u niego w kilku filmach. Przede wszystkim w „Szyfrach” i „Rękopisie znalezionym w Saragossie”, w którym zdjął okulary i po raz pierwszy zagrał nie we współczesnym kostiumie, tylko musiał nosić żaboty, biżuterię, zachowywać się jak ktoś z tamtej epoki. No i w genialnym filmie, docenionym zresztą w San Sebastian i w Cannes, „Jak być kochaną”, w którym zagrał zdradliwego kochanka u boku Barbary Krafftównej.

Był wielkim, charyzmatycznym aktorem. Pan jest młodym człowiekiem i myślę, że jak Pan dzisiaj patrzył na niego w tych różnych rolach, to przyzna Pan, że był taki przyciągający, pociągający. Widać było, że to lider, ktoś ponad. Poza tym on niewiele grał, on to chyba wszystko miał w sobie. Przetrawiał przez wyobraźnię, przez swoją duszę, przez swoje niepokoje. Taki był  inny. Nie dziwię się, że zachwyciła się nim Harriet Andersson i zagrali razem w szwedzkim filmie szwedzkim „Kochać”. Jak i Amerykanie i tylko śmierć przerwała to, że nie  zagrał w „Tramwaju zwanym pożądaniem”.

A dziś mija pięćdziesiąt lat i dobrze, że jeszcze ludzie pamiętają i chcą pamiętać. Cieszę się, że dzięki moim działaniom mamy we Wrocławiu skwer Zbyszka Cybulskiego. Szkoda, że w lutym zeszłego roku zmarł jego syn, tak szalenie do niego podobny. Pewnie przyjechałby, gdyby żył. Był dwadzieścia lat temu podczas odsłaniania gwiazdy na peronie. Zapytałam ówczesnego prezydenta miasta Bogdana Zdrojewskiego, czy może być ulica Cybulskiego i ktoś złośliwie z tych notabli powiedział, że już taką mamy. Tak – powiedziałam – ale tam był  komitet wojewódzki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i jest to ulica Wojciecha Cybulskiego, lingwisty, a tu chodzi o artystę, więc mamy skwer – wspomina Wanda Ziembicka-Has ostatnia żona reżysera Wojciecha Hasa, twórcy m.in. „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, w którym Zbigniew Cybulski zagrał główną rolę.

Grał już w momencie, gdy wchodził na plan

W „Do widzenia, do jutra” w reżyserii Janusza Morgensterna zagrał wraz z Teresą Tuszyńską

– Zbyszka poznałem podczas kręcenia „Popiołu i diamentu”, ponieważ w Wytwórni Filmów Fabularnych, obecnie Centrum Technologii Audiowizualnych, pracuję od 1956 roku. Znany był jeszcze ze studenckiego Bim-Bomu z Gdańska, a jak wszedł do świata filmu fabularnego, to grał tutaj we wszystkich produkcjach, których fragmenty dziś oglądaliśmy. Dojeżdżał z Katowic czeskim motocyklem Java 250. Zawsze w sobotę wyruszał do domu i w poniedziałek rano wracał, więc prowadziłem serwis jego motocykla i stąd żeśmy się zbliżyli. Był to człowiek bardzo ciepły, bezpośredni. Oczywiście miał swój styl. Na tamte czasy był gwiazdą, jednak nie zadzierał nosa.

Nie lubił pozbywać się swojej garderoby. Była dla niego jakby drugą skórą. Trzeba było toczyć boje, by przebrać go w kostiumy przeznaczone do filmu. Po to są w końcu kostiumolodzy i pracownie krawieckie. Nie lubił się przebierać, taki miał charakter. Ale był świetnym człowiekiem, świetnie grał. To było widać, gdy wchodził na plan. On już w tym momencie grał. Jeszcze nie wypowiedział żadnej kwestii, ale gdy wchodził, to już swoją postacią jak gdyby stwarzał jakąś sytuację. Wybitny aktor.

Szkoda, że w młodym wieku musiał odejść na łono Abrahama.  Byłem na jego pogrzebie. To, co reżyser Zaorski opowiadał, co mówiła pani Ziembicka-Has. Rzeczywiście cały Śląsk był na cmentarzu. Byłem w oficjalnej delegacji z Wytwórni Filmów Fabularnych. Mimo że dopiero wchodził do filmu, a wówczas nie było takiej komunikacji jako obecnie, że każdy wypadek w życiu społecznym był nagłaśniany. Przedtem dowiadywaliśmy się z kronik filmowych, z filmów. Rzadko z gazet, bo nie było takiego pędu na newsy – opowiada Henryk Tas, elektryk dawnej Wytwórni Filmów Fabularnych, pracował przy filmach Wajdy, Kutza i Hasa.

Każdy mógł do niego podejść i porozmawiać

– Zbyszek Cybulski był, moim zdaniem, aktorem bardzo wszechstronnym i wyjątkowym. Najlepiej swoje różnorodne umiejętności pokazał w moich ulubionych filmach – „Rękopis znaleziony w Saragossie” Wojciecha Jerzego Hasa w roli Alfonsa Van Wordenena, „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy jako Maciek Chełmicki czy „Giuseppe w Warszawie” Stanisława Lenartowicza, w którym zagrał Staszka. Miał w sobie „to coś” – jego role poruszały, rozśmieszały i przyciągały widza jak magnes. Był człowiekiem niepowtarzalnym i nikt później nie potrafił tak grać jak on. Był ówczesnym celebrytą, ale chciał żyć jak każdy z nas. Był otwarty, nie wywyższał się, każdy mógł do niego podejść i porozmawiać – tak wspominają go ci, którzy mieli okazję go poznać – mówi dr Robert Banasiak, dyrektor Centrum Technologii Audiowizualnych CeTA we Wrocławiu.


Autor: Mariusz Bartodziej

Zdjęcia: mat. pras., archiwum PAP/CAF Zbigniew Hartwig źródło: Fototeka FN