Wielkie oczekiwania. Wielkie emocje. I jeszcze większy szok. Premiera najnowszych przygód Avengersów już za nami.

Kiedy świat obiegła informacja o tym, że bracia Russo stoją za powstaniem najnowszych Avengersów, film stał się najbardziej oczekiwaną premierą 2018 roku. Obie części Kapitana Ameryki odniosły wielki sukces, ale tym razem to było coś więcej. Rekord weekendu otwarcia. Ponad 600 milionów zarobku, z tego około 230 w samych Stanach Zjednoczonych. MCU, przez dziesięć lat tworzenia swojego własnego świata, dorobiło się globalnej kulminacji. Przygody i losy większości bohaterów, tworzone przez dekadę, skrzyżowały się, W niepowtarzalnych i przezabawnych konfiguracjach. Strażnicy Galaktyki i Thor. Doktor Strange, Iron Man i Spiderman? To dopiero początek. A może właśnie koniec? Bo chyba nikt nie spodziewał się tego, co nastąpiło.

Thanos. Wielki, niebezpieczny, zakochany (dosłownie!) w Śmierci. Największy brutal we wszechświecie. Jego pragnienie? Zdobyć wszystkie 6 Kamieni Nieskończoności. I wyeliminować połowę istnienia. Ale spokojnie, to akt łaski. Jego zdaniem, mniej ludzi oznacza mniej głodu i nieszczęścia. Tak więc Thanos (Josh Brolin) zaczyna swoją kosmiczną podróż, by zdobyć coś, czego jeszcze nikt w pełni nie posiadł, bo taka moc może wyrządzić tylko krzywdę. Ale złoczyńca z Ziemi – 616 powoli dopina swego, stosując bardzo dosłownie zasadę: po trupach do celu.

Bardzo trudno jest wyjaśnić fabułę Avengers: Infinity War. Dzieje się bowiem tam tyle, że bez tak zwanego spoilera niewiele da się powiedzieć. I choć film trwa ponad dwie i pół godziny, jestem pod wrażeniem, że braciom Russo z takim powodzeniem udało się zawrzeć to wszystko, na co twórcy tego uniwersum pracowali tyle lat. Mimo że postacie pojawiają się w zaskakujących konfiguracjach, w świetny sposób pokazane zostały momenty ich spotkania lub to, jaki wątek pojawi się za chwilę na ekranie. Avengers: Infinity War to wielkie popkulturowe wydarzenie. Spotkanie się tych kilkudziesięciu bohaterów to moment, na który fani czekali z niecierpliwością. Bo jest to zdecydowanie film dla miłośników Marvela. Jasne, da się go obejrzeć, jeśli i tak nie widziało się poprzednich części. Ale frajda jest o wiele mniejsza. Zbyt wiele wspólnych nawiązań, zabawnych tekstów czy sytuacji wynikających z innych przygód. Każdy z bohaterów otrzymał wystarczającą ilość czasu, by się pokazać. Niektórzy więcej niż się spodziewałam, jak na przykład Gamora (Zoe Saldana), ale okazała się ona kluczową postacią wyjaśniającą, chociaż częściowo, pobudki Thanosa. Niesamowity w swojej roli był także Chris Hemsworth, ale to udowodnił już w Thor:Ragnarok. Robert Downey Jr. został postawiony tym razem obok równie silnych postaci, czyli Doktora Strange’a (Benedict Cumberbatch) i Quilla (Chris Pratt). Dobranie do siebie tych grup bohaterów, często się też zmieniających było dobrze wyważone. Ci bardziej charyzmatyczni uzupełniali tych nieco mniej, a tamci spokojniejsi wprowadzali odrobinę spokoju. Mimo to, w tym filmie o spokój bardzo trudno. Każda minuta dostarczała tylu emocji i zaskoczeń. Przy samej scenie końcowej bitwy w Wakandzie, znanej już z trailerów, serce biło mocniej. Ogólnie widz otrzymał podczas seansu niemały emocjonalny zastrzyk.

Trzecia część Avengersów została utrzymana w dość poważnym tonie, ale zabawnych dialogów, nawet w najbardziej zatrważających momentach, nie mogło oczywiście zabraknąć. Jednak nawet wtedy można było poczuć, że tym razem coś się zmieniło. MCU przez dziesięć lat ewoluowało na oczach swoich fanów, by przybrać TAKĄ formę. Nie należy raczej mówić o zakończeniu, bo wszystko stanie się jasne dopiero, gdy kontynuacja Infinity War ujrzy światło dzienne. Bez niej to dopiero połówka przysłowiowej pomarańczy, chociaż i tak na najwyższym poziomie rozrywki. Ale uwierzcie, serce zakuje Was niejednokrotnie, szczególnie jeśli łatwo przywiązujecie się do bohaterów. Nic więcej już nie powiem.


Autor: Karolina Szachniewicz
Zdjęcia: mat. pras., YouTube