Z Łucją Michalik, sybiraczką i autorką książki o losach Polaków na Syberii rozmawia Pola Janus.

 


 

Pola Janus: Jak to się stało, że po powrocie z Syberii, zamieszkała Pani w Jelczu-Laskowicach?

Łucja Michalik: – Jak ktoś miał rodzinę w Polsce, to zabierali swoich z wagonów pociągowych. My nie miałyśmy nikogo. Przychodzili też ludzie, którzy potrzebowali chętnych do pracy na roli. Moją siostrę, Jankę, przygarnęła jedna rodzina z Wągrowca. Miała już wtedy 18 lat. Zabrali ją do siebie, a my z mamą dalej siedziałyśmy na ławce w Poznaniu i zastanawiałyśmy się co zrobić. Podszedł do nas jakiś wojskowy, kapitan. Potrzebował kogoś na gospodarkę. Zabrał nas. Dał nam mały pokoik i od rana do wieczora kazał pracować. W międzyczasie mama szukała przez Czerwony Krzyż naszej rodziny.

Udało się ją odnaleźć?

Łucja Michalik: – Po roku mama znalazła moją ciocię z Piekar. Miałyśmy tam pojechać. Ci państwo, u których żyłyśmy, żałowali, że wracamy do rodziny, ale nie mieli nic przeciwko temu. Zamieszkałyśmy w końcu z mamą u cioci. Dostałyśmy też przydział gospodarstwa. Była stajnia i stodoła, tylko dom zbombardowany. To była gospodarka do tymczasowego zamieszkania. Domek nawet ładny, tylko opuszczony i bez okien. Otrzymałyśmy też kilka hektarów pola, gdzie usiałyśmy zboże. Przerobiłyśmy stajnie, dostałyśmy krowy, kupiłyśmy świnkę i tak powoli zaczęłyśmy się urządzać.

Wróćmy jednak do roku 1939, kiedy to rozpoczyna się akcja Pani książki. Urodziła się Pani na ziemiach obecnej Ukrainy. Jak wyglądały relacje Polaków i Ukraińców w tamtym czasie?

Łucja Michalik: –  Żyliśmy w zgodzie. U nas w domu była szkoła. Ojciec przeznaczył na to pół izby, którą przystosowaliśmy do zajęć. Chodziły do niej dzieci ukraińskie i polskie. Lekcje odbywały się więc w obu językach. Organizowaliśmy wspólne zabawy, kiedy była potańcówka. Do tej pory pamiętam, jak ukraińscy chłopcy tańczyli w takt muzyki, ubrani w pięknie wyszywane bluzki. W naszej kuchni sprzedawali też słodycze, bo tata prowadził sklepik wiejski. Jak któryś z chłopców prosił do tańca, to kupował dla dziewczyny cukierki.

A dorośli? Jak oni dogadywali się między sobą?

Łucja Michalik: –  Na Wielkanoc znajome Ukrainki przynosiły koszyki. Przyjeżdżał ksiądz i je święcił. A jak było Boże Narodzenie to bito świnie i przychodził na smażoną wątróbkę. Wiedział, że u nas zawsze ją dla niego szykowano. Po księdza trzeba było przyjechać, bo kościół znajdował się w sąsiedniej miejscowości. Do nas też przychodzili Ukraińcy grać z ojcem w karty. Nikt nigdy nikomu krzywdy nie zrobił.

A kiedy wybuchła wojna?

Łucja Michalik: –  Wtedy Rosjanie wkroczyli i zjednali się z Ukraińcami. A w nich powstał nacjonalizm. Mieli za zadanie wymordować wszystkich Polaków, żeby zamiast Polski powstała Ukraina. To była ich motywacja. Rosjanie połączyli się z Ukraińcami, a ci wiedzieli, w którym domu mieszkają Polacy i robili spis. Przychodzili do mieszkania i brali sobie co chcieli. Nie wolno było się odezwać, bo zaraz była kula w łeb. Pamiętam, że raz Ruscy przyszli do naszej stajni razem z Ukraińcem. Kazali mu wybrać najładniejszą krowę. Mama patrzyła, jak od cielaczka wyhodowaną, najmłodszą krowę on nam zabiera. Krowa, to był taki majątek każdego gospodarza. Mieliśmy też dwa konie i kilka królików. U nas był zatrudniony nawet chłopiec, który pilnował całego gospodarstwa. Mama stała w oknie i płakała, a Ukrainiec śmiał się. Pokazał, że teraz on jest panem. Zabrali jeszcze później jednego konia. Przychodzili z karabinem do domu. To było zastraszenie przez Ruskich.

Czyli jako dziecko, wiedziała Pani co się dzieje?

Łucja Michalik: –  Żyliśmy w takim niby spokoju, ale i zastraszeni. Nie wiadomo było, co wydarzy się jutro. Jako dzieci, odczuwaliśmy to poprzez rozmowy w mieszkaniu i sytuacje jakie się wokół nas działy. Widzieliśmy, że przychodzą z karabinami i zabierają nam wszystko. To był rok 1939, jeszcze w grudniu było bicie świni, choinka. Pamiętam, że chorowałam na Boże Narodzenie. Dostałam w prezencie lalkę. Na 1940 rok też jeszcze mieszkaliśmy w domu. Była wtedy bardzo mroźna zima. Śniegu jak w żadnym innym roku, a i mrozy dawały się we znaki.

I Przyszła noc z 9 na 10 lutego…

Łucja Michalik: –  Tak, smacznie spaliśmy. Naraz zaczął pies bardzo głośno szczekać na podwórku. Mama obudziła się i zobaczyła przez okno konie zaprzęgnięte w sanie i ruskie wojska. Obudziła tatę. Powiedziała: Sewerku, wstań, bo coś się dzieje złego. Pies ujadał. Miał na imię Kruczek. Jego buda zawsze stała na dworze, a on sam był na łańcuchu. Widział, że coś się dzieje. Rodzice szybko się ubrali. Naraz był łomot. Krzyczeli: odkrywaj, odkrywaj (żeby otwierać drzwi), a to strelac budjem (że będą strzelać), jak nie otworzymy. Mama otworzyła, a oni wtargnęli do mieszkania. My – dzieci, byliśmy w łóżkach, ale już nie spaliśmy, bo słyszeliśmy co się dzieje. Ruski krzyczał: zbieraj dzieci, bo my was zabieramy. Macie godzinę czasu. Co zdążycie zabrać, to będzie wasze. Oni w międzyczasie sprawdzali, czy posiadamy broń. Wzięli ojca na rewizję. My broni nie mieliśmy, więc się tato nie obawiał, że cokolwiek znajdą. Rewizję i tak zrobili. Stał wtedy z Ruskimi Ukrainiec w progu. To był akurat znajomy, co często do nas przychodził. Żyliśmy z nim w przyjaźni. Powiedział mamie, ale tak, żeby żaden Rosjanin nie słyszał: zabierajcie wszystko co macie, bo wy tu już nigdy nie wrócicie. Gdzie was zabierają, to ja nie mogę powiedzieć, bo zaraz by i mnie rąbnęli. Kiedy to mama usłyszała, to kazała najstarszej córce nas ubrać. A my z Wisią płakałyśmy ze strachu, bo nie wiedziałyśmy co się dzieje. Mama poprosiła Jankę o pomoc, bo trzeba było wszystko zabrać. Była na tyle przytomna, że rozścielała prześcieradła i wkładała tam to co miała pod ręką. Co widziała w szafie to wrzucała i zawiązywała w tobołki. W końcu przyszedł Ruski, że czas juz wychodzić. Mówił: te tobołki to się wam nie zmieszczą na saniach. Nie wolno wam tyle zabrać. Wybierz jeden. Ale nasz znajomy Ukrainiec porozmawiał z nim i tata też poinformował, że mamy jeszcze konia w stajni i sanie, to zaprzęgnie je i więcej się zmieści. Zgodzili się.

A co się stało z gospodarstwem, ze zwierzętami?

Łucja Michalik: –  Nie wiem. Pamiętam tylko, jak mama jeszcze przed wyjazdem szła do stajni pożegnać się z krową. Mówiła, że rzuciła jej koniczynę do żłobu. Zwierzę nawet nie ruszyło tej koniczyny, więc mama za łeb ją złapała i ucałowała. Krowa płakała. Łzy jej ponoć ciekły. Zwierzęta jednak wyczuwają co się dzieje. Mama nam to opowiadała, bo ja tego nie widziałam. A nasz pies tak ujadał, że urwał się za nami razem z łańcuchem. Jak nas wieźli, to biegł za sańmi cały czas.

I co się z nim stało?

Łucja Michalik: –  Jeszcze kiedy wsadzali nas do wagonu to Kruczek próbował się do nas wcisnąć, ale ponieważ łańcuch się za nim ciągnął, to zastrzelił go Ruski. Strasznie płakałam w tym wagonie. Nie mogli mnie uspokoić, bo to był taki kochany piesek.

Zapadła mi bardzo w pamięć historia pewnej staruszki i niemowlaka podczas podróży pociągiem…

Łucja Michalik: –  Tak, to była straszna historia. Cały czas otwierali drzwi do wagonu i za każdym razem wpychali nowe rodziny. Jak my weszliśmy, to siedziała tam już staruszka na górnej pryczy, oparta o słup i modliła się na różańcu. Wsunęli też do wagonu kobietę, która była świeżo po porodzie z dzieckiem. Matka nie miała pokarmu, bo nie dawali nam jeść ani pić przez kilka dni i noworodek płakał bez przerwy. Smród był niesamowity. Nie można było wytrzymać. Po jakimś czasie zrobiło się cicho, dziecko przestało płakać. Zauważyłam też, że ta babcia się nie rusza. Później już, jak pociąg ruszał ze stacji, otworzyli jeszcze drzwi i wsunęli nam kaszę omaszczoną olejem i wiadro wody. Wrzucili też opał i spytali, czy jest ktoś nieżywy. Ludzie, kiedy już się jaśniej zrobiło, zobaczyli, że babcia się nie rusza. Ruscy szarpnęli ją. Poleciała. Była martwa. Złapali ją za nogi i wpadła prosto w śnieg, zaraz obok wagonu. Zaczęto mówić, że ten noworodek też może nie żyć, bo od jakiego czasu nie płacze. Z tym, że jego matka cały czas na rękach je huśtała. Podszedł do tej kobiety Ruski i złapał zawiniątko. Kobieta krzyczała, a on rozerwał becik i zobaczył martwe niemowlę. Wyciągnął je i wyrzucił, zaraz obok babci. Na oczach matki, na naszych oczach.

W książce opisuje Pani swoją mamę jako bohaterkę, która was uratowała.

Łucja Michalik: –  Pochodziła z dobrego domu, z gospodarki, gdzie wszystko miała zapewnione. Zanim ojciec zginął, to zawsze jej powtarzał, że jak by mu się coś stało, to żeby się zaopiekowała dziećmi. Rosjanie mówili, że nas przywieźli po to, abyśmy pracowali i tam pozdychali. Nie przejmowali się nami. Jak ktoś umarł, to rodzina się zajmowała nieboszczykiem. A oni wyłącznie pilnowali, żeby do pracy chodzić. Dlatego po śmierci ojca, mama zrozumiała, że tylko ona została, żeby nas ratować. To dzięki niej, dzięki mojej mamie teraz żyję.

W ciągu tych wszystkich lat i sytuacji, w jakiej się znaleźliście, nie miała żadnego kryzysu?

Łucja Michalik: –  Miała, była w końcu tylko człowiekiem. Najpierw kiedy ojciec zginął, utopił się. A jak jego już nie było, to w czasie, gdy Wiśka zachorowała na odrę. Moja siostra miała wysoką gorączkę i dostała zapalenia płuc. Ponieważ lekarza nigdzie tam nie było – umarła. Miała 12 lat. Mama po jej śmierci rozpaczała. Przez jedna noc całkowicie osiwiała. Krzyczała, że nie chce żyć, że coś sobie zrobi, bo nie ma już siły. Ludzie jej mówili: kobieto, jeszcze masz dwoje dzieci, jeszcze masz dla kogo żyć. Wtedy wzięła się w sobie i postanowiła, że będzie nas ratować.

Po Wiśce zachorowała też Janka…

Łucja Michalik: –  Tak, tym razem na tyfus. Tam, jak ktoś zachorował, to od razu umierał. Była ogromna wszawica. Wszy łaziły po deskach. Były wszędzie. We włosach i w bieliźnie. Wesz przenosi tyfus. Ugryzła chorego, zdrowego i powstała epidemia w baraku. Leczenia nie było. Biegunka, temperatura i śmierć. Pamiętam, że nieraz z naszego baraku po 12 osób nieżywych wynosili. Ludzie nie mogli nadążyć kopać grobów, to zawijali w co kto miał i chowali. Później Rosjanie pomyśleli, że koniec końców wszyscy umrą i nie będzie miał kto ścinać drzew. Zaczęli pilnować chorych i wynosili ich do następnego baraku. Izolatorium sobie zrobili. Jak ktoś tam umarł, to tylko dawali znać, żeby pochować. Kiedy nasza Janka zachorowała na tyfus, to właśnie tam ją zabrali.

Jak udało się jej przeżyć?

Łucja Michalik: –  Kiedy mama szła do lasu, to mnie prosiła, żebym przez okna zaglądała czy jeszcze żyje. Janka leżała na deskach niczym nie przykryta. Włosy jej wyszły, bo chory je traci. Któregoś dnia, jak mama pracowała, przybiegła kobieta, która opiekowała się chorymi. Obwieściła, że Janka umiera. Nie wolno było wtedy opuścić miejsca pracy. Mama zobaczyła, że Ruski, który pilnował ludzi, stoi daleko, więc przybiegła do baraku. Zobaczyła nieprzytomną Jankę. Uklękła i zaczęła się modlić. Ruski spostrzegł, że mamy nie ma i przybiegł za nią. Spytał się jakim prawem opuściła miejsce pracy. A ona na to: nie widzisz, że moje dziecko umiera? Wdali się w dyskusję na temat tego, że mama się modli zamiast ścinać drzewa. Ruski nie wierzył w Boga. Ironicznie spytał, jaki jest nasz Bóg, skoro mama klęczała i się modliła na kolanach, a on nie reagował. Spointował, że jest jeszcze gorszy niż on, bo gdyby jego na kolanach błagała, to może i by ją zrozumiał. Jej już wtedy było wszystko jedno. Powiedziała mu: a zobaczysz durniu, że mój Bóg mnie wysłucha, że moje dziecko jeszcze będzie żyło. Minął dzień, a wiadomości o tym, że Janka umarła nie było. Przyszła na drugi dzień pielęgniarka i obwieściła, że nasza Janka żyje i jest bardzo głodna. Mama szybko do niej przybiegła. Miała w fartuchu kawałeczek chleba i jej go dała. Siostra leżała w baraku kilka dni i nic nie jadła. Udało jej się wrócić z tamtego świata. Mama się ucieszyła. Dziękowała Bogu, że uratował jej dziecko. Niestety, przybiegł tamten Ruski. Ludzie wtedy mówili, i ja też tak uważałam, ze cud Bóg sprawił, żeby właśnie wtedy uwierzył w istnienie Boga. Inaczej ja tego nie umiem sobie wytłumaczyć. Mama mu powiedziała: widzisz ty durniu, że moje dziecko żyje, że Bóg dał. On wtedy stanął zamurowany i mówił tylko, diwoj, diwoj, diwoj. Uwierzył. Musiał. A zawsze, kiedy przychodził do nas, kiedy się modliliśmy wieczorem i wieszaliśmy święty obrazek, to on strzelał do niego i krzyczał, że nie wolno. Kazał wracać do pryczy. Ale od tamtej pory, kiedy tylko wszedł do baraku w porze modlitw, to odwracał się i udawał, że nie widzi, albo wychodził. Ludzie się z niego śmiali. Gadali na niego różne rzeczy, a on nie rozumiał po polsku i stał dureń, patrzył się tylko na nas. To był cud.

Napisała pani, że kiedy sytuacja w kraju się ustabilizowała, mogliście z powrotem wrócić do szkoły.

Łucja Michalik: –  W 1943 roku, kiedy powstały porozumienia i Wojsko Polskie generała Sikorskiego, to stworzyli dla nas polską szkołę. Tam, na rosyjskiej ziemi, Polacy nie byli już pod komendą. Chodziłam więc do polskiej szkoły i kiedy były święta to zbierali się wszyscy. Dzieci organizowały przedstawienia, tańce. Stroje szyliśmy sobie z kolorowych papierów. Była to jakaś Polska. Dyrektorka tej szkoły, również polka, miała siostrę głuchoniemą, która pięknie rysowała. Stworzyła dla nas orła na czerwonym tle, który wisiał na głównej ścianie. Wycięła też biało-czerwony sztandar z papieru. I tam właśnie zbierali się ludzie przy okazji świąt. W Boże Narodzenie dzieliliśmy się małym kawałeczkiem chleba. Kiedy składaliśmy sobie życzenia zawsze pojawiało się, żeby Bóg pozwolił wrócić nam do Polski. Nie modliliśmy się, żebyśmy przeżyli, byli zdrowi, tylko aby powrócić do ojczyzny. Ta tęsknota Polaków była niesamowita.

Tak bardzo, że kiedy opowiadała Pani wiersz o Polsce to wszyscy się popłakali.

Łucja Michalik: –  To był wiersz przerobiony z inwokacji Adama Mickiewicza. Dużo było dodanych wersów dla nas, dla sybiraków. Kiedy wyszłam na scenę i powiedziałam Polsko, ojczyzno moja, to wszyscy od razu zaczęli płakać. Później już sama nie mogłam mówić, bo mnie też się chciało. Czekałam, aż oni się uspokoją. Mówiłam dalej: Polsko, ojczyzno moja, przez sybirskie stepy! Później, kiedy już wszyscy wrócili do domów, to tylko mnie wołali, żebym do nich przyszła i powiedziała wiersz jeszcze raz. Chodziłam więc i mówiłam. Tak bardzo tęsknili za tą Polską.

Jak to się stało, że została Pani pielęgniarką? Czemu akurat wybrała Pani taki zawód?

Łucja Michalik: –  Kiedy mieszkałyśmy w Piekarach na gospodarce, to bardzo chciałam się uczyć, a ponieważ byłam już dorosła, poszłam do wieczorowej szkoły, żeby chociaż ukończyć podstawówkę. Cały rok chodziłam z Piekar do Laskowic. Rano pracowałam na polu, a wieczorem szłam do szkoły dla dorosłych. Kiedy ją skończyłam, chciałam się uczyć dalej. Mama była temu przeciwna. Powtarzała, że nie będzie się miał kto zajmować gospodarstwem. W końcu postawiłam na swoim. Wyczytałam w jakiejś gazecie, że we Wrocławiu można zrobić kurs dla pielęgniarek. Pojechałam tam do zarządu. Bez pieniędzy, bez niczego. W pociągu siedziałam w ubikacji, żeby mnie nie złapali. Wysiadłam na dworcu, a że nie miałam biletu, a po przyjeździe się je oddawało, to szybko uciekłam. Krzyczeli tam za mną, ale zdążyłam im uciec.

Znała Pani Wrocław?

Łucja Michalik: –  Nie znałam. Udało mi się jednak dotrzeć na miejsce. Tam, dowiedziałam się, że faktycznie istnieją szkoły pielęgniarskie. Przypadło mi to jakoś do serca. Nie miałam, co prawda, pojęcia o tym, czym zajmuje się pielęgniarka, ale pomyślałam wtedy o mamie. O tym, jak leżała w szpitalu na Syberii. Zapisałam się więc i zdałam egzamin wstępny. Przydzielili mnie do szkoły w Cieplicach. I tu się pojawił kolejny problem, bo jak ja miałam tam dojechać bez grosza przy duszy? Nie miałam nic. Ani butów, ani ubrań, żeby jakoś się przygotować do pracy. Powiedziałam w końcu mamie, jak sprawa wygląda. Dała mi pieniądze. Kazała kupić najpotrzebniejsze rzeczy. Znalazłam dla siebie drewniaki i szlafrok. Dostałam też pieniądze na bilet do Cieplic. Przyjęli mnie tam serdecznie. Szło mi bardzo dobrze. Po tej szkole, kiedy już mieliśmy czepkowanie, dostałam nakaz pracy we Wrocławiu, w klinice dermatologicznej na Chałubińskiego i tam pracowałam przez 3 lata. Później przeniosłam się na położnictwo i na laryngologię, gdzie poznałam swojego przyszłego męża.

Pani mąż był lekarzem?

Łucja Michalik: –  Nie, pracował wtedy w milicji. Leżał w szpitalu, kiedy go poznałam. Był taki przystojny! Zaczął do mnie zagadywać, a później przychodził w odwiedziny. Głupią dziewczyną byłam, że się dałam zbałamucić. Zakochałam się i wyszłam za niego. Dostaliśmy mieszkanie w Laskowicach, na osiedlu i tak się zaczęło. Tutaj dostaliśmy mieszkanie i tu się przeprowadziliśmy. Potem zaczęłam pracę w ośrodku zdrowia, gdzie spędziłam 40 lat. Tak się moje życie potoczyło.

Rozmawiała: Pola Janus


Wywiad został przeprowadzony jako zaliczenie przedmiotu z prof. dr hab. Stanisławem Beresiem, pt. „Techniki prowadzenia wywiadu”.