Magdalena Zarębska – autorka książek dla dzieci i młodzieży. Nominowana do Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego za książkę Kaktus na parapecie. Pasjonatka Wrocławia, miłośniczka koni. Od ubiegłego roku należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Paulina Rytych: Czy marchewki mają kości?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Niestety nie mają…

To pytanie dało początek pani pierwszej książce Maja poznaje świat: proste odpowiedzi na trudne pytania.

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Tak, od tego się zaczęło. Niestety nie wykorzystałam tych marchewek jeszcze nigdzie. Na pewno stałam się bardziej czujna na to, jak moje córki przyglądają się światu, jak rozumują. Wykorzystywałam ich doświadczenia wielokrotnie. Moja pierwsza córka jest dość zamknięta i małomówna, natomiast druga, młodsza zdecydowanie nadrabia. Dzięki temu mogła ta książka powstać, bo Maja najpierw zadaje pytanie, a potem dopiero się zastanawia.

Maja zainspirowała panią do pisania, a nagroda otrzymana w 2008 za opowiadanie „Ziemia odzyskana, ziemia utracona” przyznawana przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich utwierdziła panią w tym przekonaniu?

MAGDALENA ZARĘBSKA: –  Wcześniej też podejmowałam inne próby. Moim marzeniem było, żeby pisać sztuki teatralne, od tego zaczęłam. Jak wchodziłam do księgarni, to ilość książek mnie przytłaczała. Zastawiałam się, co ja sama mam tak naprawdę jeszcze do powiedzenia. Tyle ludzi, wypowiadało się na różne tematy. Jak się ma dzieci, to chce im się jak najwięcej dawać. Podobało mi się to, że mogą być to książki które one przeczytają.

To zawsze one pierwsze czytają?

MAGDALENA ZARĘBSKA: –  Tak, to jest nieoceniona pomoc, bo są bardzo wnikliwymi czytelniczkami. Bardzo mi pomagają, robią pierwszą korektę. Zwłaszcza, jak pisze książki bardziej skomplikowane, gdzie pojawiają się uczucia, gdzie dochodzi do relacji między chłopakami, a dziewczynami. Poza tym mają dobry gust literacki. Jeśli one się śmieją przy moich książkach, to wiem, że innym dzieciom też będą się podobać.

Córki bywają krytyczne w swoich recenzjach?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Oczywiście. Kiedy w mojej książce Ida, konie i reszta świata pojawił się wątek uczuciowy, to moja córka powiedziała, że ja w ogóle nie umiem pisać romasideł. Zabrała mnie do biblioteki i wypożyczyła książki autorek, które lubi. Kazała mi je przeczytać i dopiero potem pozwoliła pisać dalej. Bardzo to cenię, to jest niesamowita pomoc.

Córki oceniają, pomagają. A jak reagują kiedy książka jest im dedykowana? Jak zareagował pani siostrzeniec Mikołaj, główny bohater książki Kaktus na parapecie?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Mikołaja tą książką chciałam docenić, bo jestem matką chrzestną jego rodzeństwa. Dla niego byłam po prostu taką ciotką. Chciałam go trochę dowartościować, on nigdy nie był jedynakiem. Pomyślałam, że to może być dla niego ciekawe, żeby zobaczył jak to było gdyby był sam, gdyby całe życie rodziny kręciło się wokół niego.

Nie usłyszała pani od niego: jak tak się nie zachowuje, ja tak nie mówię, to nie jestem ja?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Nie. Wytknął mi tylko, to że go odmłodziłam.

O czym nie można zapomnieć pisząc dla dzieci? Utrzymanie zainteresowania i ciekawości jest najważniejsze?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Na pewno nie można tych książek spłaszczać, to znaczy nieustannie moralizować. Takiego czytelnika traktować z szacunkiem. Nie lubię też naiwności w książkach dla dzieci, głaskania po głowie. Moi bohaterowie są dość energiczni i często biorą swoje sprawy w swoje ręce.

Tak jak Mikołaj, który za wszelką cenę starał się powrócić do swoich czasów. Czym różni się świat dzieci ukazany w książce Kaktus na parapecie od tego obecnego?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Ingerencja dorosłych w świat dzieci jest dużo większa, niż kiedy ja byłam dzieckiem. Przez kontrolę. Uświadomiłam to sobie pisząc Kaktus na parapecie, że dorośli i dzieci mieli dwa zupełnie osobne światy. One od czasu do czasu się stykały, natomiast teraz jest teraz taka fluktuacja. W moich książkach staram się, żeby rodzice nie wychodzili na pierwszy plan, a głównym bohaterem było dziecko.

Pisanie dla dzieci to jedno, napisała pani książkę „Życie teoretycznie” kierowaną do dorosłego czytelnika. Główna bohaterka dopiero skończyła studia, wydaje się być zagubioną, niepewną swoich decyzji, nie jest przekonana co do pracy rehabilitantki. Pani też nie była pewna ekonomii, którą ukończyła?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Tak, co prawda nigdy nie pracowałam jako rehabilitantka, ale pracowałam w biurach, zajmowałam się sprawami związanymi z działalnością gospodarczą. Uczucia Sabiny są jak najbardziej moimi uczuciami. To poczucie zagubienia… Ten moment przejścia między studiami, a pierwszą pracą to jest coś strasznie trudnego. Czułam się wrzucona na głęboką wodę. Sabina jest mocno inspirowana moimi przeżyciami, tym jak się czułam.

Pani książki krążą wokół przeszłości, przenoszenia się w czasie. Łatwiej było stać się Mikołajem, który budzi się w latach 70’ czy Natalią, bohaterką pani ostatniej książki Projekt Breslau?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Projekt Breslau to skomplikowana książka, która zajęła mi dużo czasu. Mikołaj i jego postać w książce „Kaktus na parapecie” jest tylko jeden, jego bohater i jego interakcji jest mniej, więc to było łatwiejsze. Te dwa okresy są całkiem inne i całkiem różne, to też było fascynujące, że świat się tak bardzo zmienił. Najpierw cofam się 30 lat wstecz, potem 100, właściwie mogłabym znaleźć jeszcze jeden okres, jeszcze jedną książkę mogłabym napisać.

Brakuje pani czegoś w tej przeszłości?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Myślę, że każdy autor, który pisze dla dzieci bezkarnie wraca do czasów dzieciństwa i to jest dla niego bardzo przyjemne, to takie zanurzanie się we wspomnieniach… ale czy mi czegoś brakuje? Nie, nie. Myślę, że ja jestem permanentnie w tamtych czasach i jak często chce, mogę do nich wrócić.

Unika pani przyszłości? Nie chce o niej myśleć?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Nie lubię książek futurystycznych,  nigdy nie potrafiłam narzucać zdecydowanej wizji – będzie tak i nie inaczej. Nie bardzo lubię książki science-fiction, ciężko jest mi wykreować spójny świat, zapełnić go postaciami. Może kiedyś napiszę książkę o przyszłości, nie mówię nie. Kiedy byłam dzieckiem, lubiłam książkę „Było to za 100 lat” gdzie bohater podróżuje do przyszłości.

Ostatnia książka, Projekt Breslau, ma nas uświadamiać o historii Wrocławia, ma przywrócić wspomnienia czy bardziej pokazywać różnorodność tego miasta?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Tę książkę można odczytywać na wielu poziomach, w zależności od wrażliwości czytelnika i tego czego szuka. To co było dla mnie najważniejsze, to zrobienie przestrzeni w naszych głowach dla poprzednich pokoleń, dla ludzi. We Wrocławiu i na całym Śląsku, nie ma takiej naturalnej wymiany, jak w innych rejonach Polski. Ludzie z Breslau musieli wyjechać i koniec –  w ich życiu coś się przerwało, mimo, że bardzo kochali to miasto. Chciałam, żebyśmy o nich pamiętali. Żebyśmy zachwycając się Wrocławiem, wiedzieli, że nie jesteśmy pierwsi. Dla Niemców, czy dla Żydów mieszkających we Wrocławiu, to miasto było zachwycające. Ich ślady były dla mnie ważne, w książce cały czas dreptamy po czyichś śladach. Myślę, że nasza historia jest bardzo krótka, więc warto pamiętać o tych, którzy byli tu przed nami.

Zwracanie uwagi na niemieckich cywilów i pokazanie ich dramatu nie jest zbyt, powiedzmy, popularne.

MAGDALENA ZARĘBSKA: – My mamy z tym problem, jako naród, prawda? Tamten okres kojarzy nam się raczej bardzo jednoznacznie i trudno nam pogodzić się z tym, że nie wszyscy Niemcy byli nazistami. Pochodzę ze Śląska. Tam, ta tożsamość była bardzo rozmyta. Byli Ślązacy pochodzenia czeskiego, polskiego, niemieckiego… Każda z tych grup zupełnie inaczej przeżyła wojnę, zdarzało się tak, że jeden syn był wciągany do Wehrmachtu, a drugi do Armii Czerwonej. Ten temat zgody na uczucia Niemców był bardzo ważny. Nie wszyscy Niemcy byli nazistami, a to wszystko rozgrywa się na wielu poziomach. Nie można wszystkich wrzucać do jednego worka. Miejsca, o których piszę są mi bardzo bliskie, to są moje wrocławskie ścieżki. Sceny, które rozgrywają się na Ostrowie Tumskim, są inspirowane prawdziwą historią Edeltraut Barsch.

To postać, z którą spotyka się Natalia podczas swojej podróży w czasie, podróży do wojennego Wrocławia.

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Tak, ta kobieta jest rzeczywiście Breslauerką, do dzisiaj mieszka we Wrocławiu. To właśnie ona przeżyła nalot bombowy, została zasypana w kamienicy na Piasku na przeciwko kościoła Najświętszej Marii Panny. Tę historię usłyszałam w Niemieckim Towarzystwie Kulturalno-społecznym. Na tyle zapadła mi w pamięć, że postanowiłam ją wykorzystać. Im bardziej wchodziłam w temat historii Wrocławia, tym bardziej to się uzupełniało.

Adam, czyli klasowy kolega Natalii, w pewnym momencie mówi –Jestem zadowolony, że poznaję historię z zupełnie nowej perspektywy, a nie tylko suche fakty z podręcznika. To są żywi ludzie – to chyba dobre podsumowanie Projektu Breslau.

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Zupełnie inaczej się patrzy na historię, jak się widzi historię ludzi, którzy za nią stoją. Jak przygotowałam się do książki i czytałam o konferencjach pokojowych, to zafascynowało mnie jak 3 ludzi zadecydowało o kształcie granic. Myślę, że zbyt wiele z historii jest podawane, jako takie suche informacje, bez emocjonalnego ładunku. Historia ma wpływ na ludzi, to niesamowite, że historia może zmieść ludzi i przesunąć granice.

Odbywa pani wiele spotkań autorskich, spotyka się pani z dziećmi. Jakie jest najbardziej zapamiętane przez panią pytanie, zadane przez dziecko? Najbardziej irracjonalne, zaskakujące, nietypowe.

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Pytania się powtarzają, to jest bardzo przykre. Zazwyczaj pytają ile mam lat, dopraszają się, żebym napisała na jakiś konkretny temat, wykorzystała jakieś imię. Interesuje ich nad czym w danym czasie pracuję. Była seria dziwnych pytań: czy jeżdżę na nartach..

A jeździ pani?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Nie, nie jeżdżę. Jak już się pozwoli dzieciom zadawać pytania to ich wyobraźnia nie ma końca. Jaka jest moja ulubiona potrawa, jaki jest mój ulubiony owoc… Najróżniejsze. Zawsze im powtarzam, że w pisaniu najważniejsze jest poprawianie. Staram się im pokazać, że pisanie też jest dla nich i mogą próbować swoich sił, bardzo mi zależy na tym, żeby wierzyli w siebie.

Pani sama dużo poprawia pisząc własne książki?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Najpierw wylewam z siebie całą historię, to najprzyjemniejszy moment. Piszę nieustannie, nie zwracają uwagi na błędy, powtórzenia, przeskoki. Potem zaczynam poprawiać – pierwszy raz, drugi raz, czasem trzeci raz. Jest też taki moment kiedy zaczynam czytać książkę na głos, bo kiedy ona dobrze brzmi, to wiem, że będzie się też dobrze czytać. Poprawiam książkę tak długo, aż się nie zmęczę. Kiedy już nie mogę po raz kolejny otworzyć tego pliku na komputerze i mam jej serdecznie dość, to wysyłam książkę do wydawcy. Bardzo często i tak do mnie wraca, są jakieś nieścisłości, jest coś do korekty. Mimo to, myślę, że to dobrze – książki muszą być poprawiane. Niestety w wielu wydawnictwach jest bardzo słaba redakcja, albo jej w ogóle nie ma, bardzo wiele książek jest wydawanych szybko. A to takie trochę psucie języka, rynku. Bierze się z tego niechlujstwo. Dopóki nie jestem zadowolona z książki nie wysyłam jej do nikogo.

Z czego wynika to niechlujstwo?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Wszyscy się spieszą, rynek wymaga nowości. Trzeba jak najszybciej i jak najwięcej. Za chwilę może być za późno. Nie wiem, jak to wygląda ze strony wydawców, może to kwestia dużych kosztów i oszczędności. To niechlujstwo to brak szacunku do czytelnika.

Przed południem pisze się pani najlepiej?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Zdecydowanie. To wynika z tego, że pracuje w domu, wtedy córki są w szkole. Nie mam wyjścia, muszę wykorzystać ten czas kiedy ich nie ma. Potrzebna mi totalna cisza i spokój. Słuchawki w uszach – z nich nawet nie musi lecieć muzyka, chcę mieć poczucie, że się odcinam. Dość dużo do siebie mówię i muszę mieć herbatę. Czasem się śmieję, że powinnam mieć żonę, która by mi tą herbatę przynosiła. Pisanie jest bardzo wyczerpującym zajęciem, intelektualnie eksploatujące. Być może dobrze, że piszę tylko 4-5 godzin dziennie. Nie jestem w stanie więcej pracować. Dzięki temu mam czas żeby czytać, a to jest szalenie ważne, żeby robić coś innego. Zresetować się.

Tym resetem jest jazda konna?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Bywa, chociaż ostatnio ją zaniedbałam. To bardzo czasochłonne zajęcie. Konie są na tyle intensywnym przeżyciem, że trzeba się wyłączyć i skupić tylko na tym zwierzęciu.

Wcześniej wspomniała pani, że pisząc jedną książkę robi już reserach do kolejnej. Nad czym teraz pani pracuje?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Jedną książkę złożyłam do wydawnictwa, będzie miała tytuł Wakacje u dziadków. To historia trojaczków, którzy pierwszy raz jadą na wakacje do dziadków na wieś, a rodzice zostają w mieście. Bohaterowie to 5-latki, to będzie książka dla młodszego czytelnika. Zależało mi, żeby pokazać typowe życie na wsi. Teraz pracuję nad książką, która też jest związana z Wrocławiem, kierowana chyba bardziej do nastolatek. Dziewczyna jedzie do Samotworu, miejscowości niedaleko Kątów Wrocławskich, gdzie dużo czasu spędziłam jeżdżąc konno. Punktem wyjścia była sytuacja, w której rodzice się rozstają i zakładają nowe rodziny, a dzieci z pierwszego związku czują się trochę niczyje.

W międzyczasie dostała nową propozycję – napisałam sztukę dla dzieci, która będzie wystawiona na jednej ze scen wrocławskich teatrów.

Można powiedzieć, że marzenia się spełniają.

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Tak, to rzeczywiście spełnienie moich marzeń. Pisanie scenariusza jest inne niż pisanie książki, dało mi to dużo frajdy. Złożyło się tak, że w ostatnim czasie często odwiedzałam różne teatry i to mi rzeczywiście pomogło w zrealizowaniu tego projektu.

Pani ulubiona sztuka teatralna to…

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Po raz 4 będę szła na Mistrza i Małgorzatę – uwielbiam tę inscenizację, chociaż za książką już tak bardzo nie przepadam. Sztukę znam na pamięć. Czerpanie z różnych dziedzin kultury uważam za bardzo ważne – teatr, wystawy, literatura. To ważne, żeby się inspirować i rozwijać.

A sama co pani lubi czytać?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Najbardziej reportaże i książki przygodowe. Jeśli chodzi o autorów to Amos Oz, Hrabal, Heinrich Bӧll są moimi ulubionymi. No dobra, z literatury dla dzieci to Tove Jannson. To jest stała lista i raczej się nie rozszerza.

W ubiegłym roku dołączyła pani do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Jestem z tego bardzo zadowolona, w końcu przynależę do jakiejś grupy, znajduję z kimś wspólny język. Mam jedynie takie zacięcie feministyczne, bo tam jest mało kobiet – 60 mężczyzn i tylko 10 kobiet. Odkrywam coś zupełnie nowego, bo dotychczas mój jedyny kontakt zawodowy to byli wydawcy, a teraz odkrywam zupełnie nową płaszczyznę. To bardzo twórcze i inspirujące, mam nadzieję że dalej nieoceniające.

 Aby dostać się do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich trzeba mieć dwie wydane książki i rekomendację 2 członków. Od kogo ją pani otrzymała?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Zarekomendował mnie Jacek Inglot, obecny prezes, i Beata Andrzejczuk, autorka książek dla młodzieży. Beata doceniła mnie jako autorkę książek dla dzieci, działamy na tym samym rynku, natomiast Jacek Inglot, jako ktoś kto się zna na literaturze. Bardzo się cieszę, że to właśnie te osoby.

Zgadza się pani ze stanowiskiem Stowarzyszenia, że w całym programie Europejskiej Stolicy Kultury było za mało miejsca dla literatury?

MAGDALENA ZARĘBSKA: – Tak, ja odczułam to bardzo boleśnie. Wrocław nie jest przyjazny lokalnym twórcom, tak to muszę powiedzieć. Dużo łatwiej jest mi umówić się na spotkanie, albo wyjść z jakimś projektem poza Wrocław. To co lokalne, wydaje się mało istotne, jakby cały czas musiałyby być fajerwerki, głośne nazwiska. Miejmy nadzieję, że to się zmieni.

 

Rozmawiała: Paulina Rytych