Z Dominikiem Kozłowskim, studentem dyrygentury na Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego we Wrocławiu rozmawia Hubert Szczypek.

– Studiujesz dyrygenturę

-Tak, to jest ważne żeby odróżnić dyrygenturę symfoniczną, od dyrygentury chóralnej. Ja zajmuje się symfoniczną, operową.

– Czym one się różnią?

– Chodzi o specjalizację – chórmistrzowie zajmują się pracą z wokalistami, a dyrygenci są przygotowani głównie do pracy z instrumentalistami, choć dyrygujemy również dziełami wokalno-instrumentalnymi.

– Jak wyglądają takie studia?

– Studia dyrygentury to jest chyba najśmieszniejszy kierunek na całej akademii. Ludzie patrzą na dyrygentów i się śmieją, że pięć lat się uczymy machać pałeczką. Gdy ktoś idzie na skrzypce to wiadomo co będzie robił- grał na skrzypcach, a dyrygenci machają.

– Ktoś może grać na skrzypcach a ty możesz dyrygować. Co w tym śmiesznego?

– Tak mogę, ale jest bardzo dużo subtelności w tym machaniu i przede wszystkim efekty pracy skrzypka słychać, a gdy ja macham rękami w powietrzu, nie jest to już tak oczywiste. Po trzech latach nadal nie uważam, żebym umiał dyrygować. Gdy dyrygujesz dobrze, to wszystko pasuje i nikt nie zwraca specjalnej uwagi na Twoje ruchy, ale gdybyś zaczął dyrygować źle, nawet laik by zauważył, że coś jest nie tak.

– Studia trwają pięć lat, tak?

– Tak, ale nie są jednolite. Najpierw licencjat, potem magisterka. W tym roku będę zdawał pierwszy stopień.

– Co musisz zrobić?

– Musimy napisać pracę, chociaż jest projekt, aby na kierunkach artystycznych zrezygnować z pracy pisemnej. Ta praca często staje się symboliczna – musisz coś napisać, ale tylko po to, żeby coś napisać. Przede wszystkim liczy się egzamin dyplomowy, czyli koncert który musisz poprowadzić i przygotować samemu. Najlepiej, żeby to było z jakąś orkiestrą, ale nie zawsze się to udaje i niektórzy mają z fortepianami. Dyrygują koncert symfoniczny, ale grają same fortepiany. Później olejny koncert żeby zostać magistrem.

– Można dogadać się z jakąś orkiestrą i zdać egzamin nawet źle machając?

– Nie, ocenę z egzaminu wystawia komisja, która musi być obecna na koncercie dyplomowym z orkiestrą, więc jeśli sobie nie będziesz radził, to nie zdasz, a do tego koncert będzie marny. Jeśli już na wcześniejszych egzaminach jest źle, to możesz nawet nie zostać dopuszczony do egzaminu dyplomowego.

– Dlaczego nie każdy gra z orkiestrą?

– Nas jest teraz piątka na roku. To jest dużo osób. Jesteśmy największym rocznikiem, najmniejszy to dwie osoby. To tak powinno wyglądać, oscylować wokół dwóch, trzech osób. Orkiestra akademicka, z którą zazwyczaj jest koncert dyplomowy, nie jest w stanie podzielić się na pięć osób. Nie jesteśmy w stanie podzielić koncertu tak, żeby każdy mógł coś zamachać. Musimy więc kombinować.

– Ty już masz orkiestrę?

– Tak. Ja najprawdopodobniej będę miał orkiestrę szkoły muzycznej z Legnicy.

– Przyjadą specjalnie na twój egzamin, czy zdajesz na wyjeździe?

– Koncert będzie w Legnicy i to ja jadę do nich i cała pięcioosobowa komisja zresztą też.

– Chodziłeś do szkoły muzycznej?

– W trzeciej klasie podstawówki zacząłem szkołę muzyczną na fortepianie.  Później rozpocząłem razem z liceum ogólnokształcącą szkołę muzyczną (na organach) w Lutomiersku pod Łodzią. Po ukończeniu dwóch stopni muzycznych, zająłem się studiami.

– Chciałeś, czy zostałeś zmuszony do pójścia do szkoły muzycznej?

– W mojej rodzinie są długie tradycje muzyczne. Dziadek był organistą, tata i brat również, pradziadek od strony taty też był pianistą. Mój starszy o osiem lat brat chodził do szkoły muzycznej. Ja, jako taki mały brzdąc też chciałem. Mama nie naciskała. Gdy do podstawówki przyjechała szkoła muzyczna, powiedziałem w domu, że chcę się zapisać. I zapisałem się.

– Co się robi po tych studiach? Jest jakaś perspektywa pracy?

– W Polsce jest trochę posad dla dyrygentów, czy to w filharmoniach, czy w operach, czy też w orkiestrach szkolnych. Można też próbować zakładać własne zespoły, a także łączyć działalność koncertową z dydaktyczną na uczelniach wyższych. Dodatkową zaletą tego zawodu jest uniwersalność, dzięki której bez większych problemów można szukać zatrudnienia w orkiestrach za granicą.

– Za studiowanie dyrygentury się płaci?

– Na szczęście my nie musimy za to płacić, ale gdybyśmy musieli, kosztowałoby to pewnie kilkaset tysięcy złotych.

– Kto za to płaci? Państwo?

– Tak.

-Są jakieś limity miejsc? Trudno się tam dostać, czy po prostu zgłasza się mało osób?

– I to, i to. Kiedy ja zdawałem startowało 7 osób, 2 się nie dostały. Nie ma jakiejś wielkiej konkurencji. Jeżeli ktoś idzie na dyrygenturę, to po prostu wie co robi. Raczej nie zdarza się, żeby ktoś przyszedł z przypadku. Żeby się nadawać na dyrygenta musisz mieć odpowiedni typ  charakteru.

– Odpowiedni, czyli jaki?

– Zdecydowany, pewny siebie, kreatywny przede wszystkim, z wysoko rozwiniętymi zdolnościami muzycznymi. Przede wszystkim pewność siebie. Gdy wychodzisz na podest musisz być pewien tego co chcesz powiedzieć. Musisz być pewien że masz swoją wizję danego utworu i ją musisz przebić przez orkiestrę. Zdarzały się sytuacje, że ktoś zdał świetnie egzaminy wstępne, ale  nie został przyjęty. Na rozmowie komisja mu powiedziała, że niestety, ze względu na pański charakter nie możemy pana przyjąć. Nie wystarczają więc czysto techniczne umiejętności takie jak dobry słuch, wyobraźnia muzyczna, znajomość harmonii, historii i teorii muzyki, czy dobry ruch w rękach. Owszem, bez tego się nie obejdzie, lecz dyrygent powinien być też przywódcą, mieć charyzmę, energię, zdolność do inspirowania innych, łatwość wypowiedzi, umiejętność jasnego wyrażania swoich oczekiwań. Również te elementy są przedmiotem naszego kształcenia.

– Kończysz studia i co potem? Gdzie szukasz pracy?

– Najczęściej pracy jako dyrygent trzeba szukać w filharmoniach, operach. Chyba bardziej się liczy taka znajomość w środowisku. To często jest chwila, że ktoś schodzi ze stanowiska i zaraz ktoś inny na jego miejsce wchodzi. Ta zamiana trwa bardzo krótko.  

– Jakie są zarobki dyrygentów?

– Wszystko zależy od tego gdzie się dostaniesz. Nie ma co liczyć, ze skończysz studia i zaraz do ciebie będą walić oknami i drzwiami z ofertami pracy. Trzeba dużo szukać samemu. Może być tak, ze przez rok, dwa czy kilka, będzie trzeba zająć się czymś innym.

– Czym?

– Ja mam zawsze organy, jeszcze ze szkoły. Mogę być np. organistą w dużej parafii i z tego się utrzymać. Mogę też zrobić studium pedagogiczne i uczyć w szkołach muzycznych. W czasie, gdy nie ma żadnej sensowej posady, można robić kursy, brać udział w konkursach. Dobrze jest zaraz po studiach wygrać jakiś konkurs. Często nagrodą, poza pieniędzmi jest koncert, a potem może współpraca z daną orkiestrą.

– Dyrygent zarabia dobrze, to znaczy ile?

– Między 4 – 7 tys. miesięcznie  i w górę. Stawka jest bezpośrednio uzależniona od renomy dyrygenta i zespołu, którym kieruje, stąd różnice. Dyrygenci zarabiają dobrze, ale jest mało posad dla dyrygentów. Często się zdarza, że dyrektorami oper, filharmonii zostają właśnie dyrygenci. Taka posada to już są o wiele większe pieniądze. Zawsze można szukać pracy za granicą. To jest zawód uniwersalny na całym świecie. Jeżeli wyrobisz sobie dobry warsztat w rękach i znasz angielski, możesz być dyrygentem nawet w Chinach. Muzyka klasyczna wszędzie jest taka sama.

– Gracie, jakby ten sam utwór, a interpretacje poszczególnych dyrygentów czymś się od siebie różnią. Czym?

– Najbardziej widać to na konkursach, gdy orkiestra i utwór jest ten sam, a trafia do kilku innych dyrygentów. W tym jest coś magicznego, czego sam do końca nie rozumiem, ale orkiestra gra inaczej. Jest jedna zasada, która funkcjonuje w dyrygenturze, jeśli machasz i to działa – to znaczy, że jest dobrze. To jest jedyna zasada.


Autor: Hubert Szczypek
Zdjęcia: Hubert Szczypek