Im dłużej dzieło posiada status klasyka światowej literatury, tym trudniejszym zadaniem jest jego reinterpretacja, bo choć autor, żyjący kilka wieków wcześniej, z pewnością się jej nie przygląda, to czujne oczy krytyki artystycznej już tak. Stanisław Melski sięgnął po powieść giganta literackiego – Fiodora Dostojewskiego – i choć opowiedział ją tradycyjnie, to w Braciach Karamazow w jego reżyserii nie zabrakło świeżej interpretacji Dostojewskiej symboliki oraz…kobiet.

Choć w spektaklu Stanisława Melskiego kobiety stanowią mniejszość, to wpisują się w pamięć widza równie mocno, co mężczyźni, a to za sprawą wyrazistych, soczystych charakterów, które budują aktorki. Każda z kobiet, otaczająca tytułowych braci Karamazow, przejawia zupełnie inne usposobienie: prostytutka Gruszeńka (Beata Śliwińska), przyczynek sporu Dymitra Karamazowa z ojcem Fiodorem, jest aż nader lekkoduszna, narzeczona Dymitra Karamazowa – Katerina (Justyna Jeleń) to lubująca się w swojej szlachetności, acz oziębła dama, kaleka Liz (Alicja Baran) (w powieści prototypem postaci jest Iliusza) to histeryczna, ciągle krzycząca wariatka ze skłonnościami borderline, którą opiekuje się ledwo radząca sobie z sytuacją matka – pani Chochłakow (Monika Bolly) – a którą ta w pełni dyryguje. Zręcznie mącą w głowach trójce braci, potrafią okręcić ich sobie wokół palca, dzięki czemu wysuwają się na pierwszy plan; świat budowany w spektaklu przestaje być światem mężczyzn, zaczyna należeć do każdej płci po równo, a momentami nawet dominować na rzecz pań, szczególnie w chwilach, gdy na scenie pojawia się narrator całej historii – diabeł. A raczej diablica.

Pionki w grze

Iwona Stankiewicz wciela się w rolę siły metafizycznej, która rozbita została na cztery postaci: autora (początkowy prolog odautorski), anioła, śmierci i diabła. Postać sygnalizuje swoje przemiany za pomocą ciągnącej się za nią, upiętej na ramionach zwiewnej tkaniny, która zmienia barwę: autor i anioł osnute zostały w biel; gdy dochodzi do zbrodni, a Stankiewicz wchodzi w rolę śmierci, tkanina staje się czarną, zaś tuż po ojcobójstwie, gdy Iwan Karamazow popada w obłęd i zaczyna widzieć diabła, a Dymitr słyszy jego podszepty, by wyruszyć w podróż za Gruszeńską (która kończy się dla niego aresztowaniem i oskarżeniem o morderstwo), materiał spływa czerwienią. Prosty, lecz bardzo efektowny w swej wymowie symbolicznej i wizualnej zabieg wprowadza na scenę niepokojącą, metafizyczną aurę, typową dla powieści Dostojewskiego. Najwyższa instancja, dyrygentka przedstawienia towarzyszy w momentach zguby i śmierci, przypominając, że nie jesteśmy całkowicie wolni od sił natury, dobra i zła, jak i boskiego demiurga, sterującego całą maszynerią świata.

Synowie ojcobójstwa

Trzeba jednak oddać głos i sprawiedliwość tytułowym braciom oraz ich ojcu, Fiodorowi  (Dariusz Berski). Alosza (Błażej Michalski), Dymitr (Dawid Olszowy), Iwan (Marcin Piejaś) zostali zbudowani równie pełnokrwiście, co postaci kobiece. Zupełnie inne, rozbieżne charaktery aktorzy świetnie oddali (tutaj chylę czoła szczególnie przed Dawidem Olszowym, który rozdarcie i zagubienie życiowe Dymitra ukazał w jego ruchu, a dokładniej ciągłym, chaotycznym biegiem postaci), tworząc wyrazistą galerię męskich poglądów na religię, miłość, pieniądze oraz styl życia. Każdy z aktorów wcielił się w swoją postać zupełnie, wzbudzając w widzach silne, choć różne emocje, sprawiając, że cała historia nie była tylko sztuką na teatralnych deskach. Na specjalną uwagę należy również kreacja Fiodora Karamazowa, stworzona przez Dariusza Bereskiego. Pełna szaleństwa i obłędu, a jednocześnie sprytu to nie tylko gra aktorska na najwyższym poziomie, ale również – arcydzieło.

Carski blichtr w polskim teatrze

Teatr Polski we Wrocławiu zapowiadał spektakl jako wizualną ucztę. Wielbiciele rozbudowanej scenografii z pewnością się rozczarowali, jednakże koneserzy elegancji, piękna i dworskiej estetyki opuścili salę w dobrych humorach. Scenografia jest bogata w swojej ascezie – tworzy ją jedynie kilka kompletów mebli salonowych, zazwyczaj w składzie kanapa, fotele oraz stolik kawowy, każdy ułożony w innym miejscu sali, oznaczającym dom innego bohatera. Meble te są jednak przebogato zdobione: tapicerki ociekają wzorami i kolorami, a stroje, w szczególności suknie, to prawdziwa modowa uczta. Stylizowane na epokę, nie szczędzono w nich na szlachetnych, zdobionych materiałach; zdobienia i obszycia sukien czy tiulowych peleryn zostały wykonane z najmniejszą drobiazgowością. Jako kobieta nie mogłam przeoczyć biżuterii – klejnoty bohaterek odbijały światło ze sceny kolorowym, żywym blaskiem, mieniły się z oddali, przypominały blichtr i przepych carskiej Rosji. Męska garderoba również przykuwała wzrok eleganckimi, klasycznymi surdutami czy wiernie odwzorowanymi mundurami oficerskimi. Minimalna scenografia oraz punktowe operowanie światłem pozwoliły wydobyć z kostiumów cały ich urok.

Bracia Karamazow w reżyserii Stanisława Melskiego to pozycja obowiązkowa do obejrzenia na deskach wrocławskiego Teatru Polskiego. Nie było chyba lepszego sposobu na ukoronowanie czterdziestolecia pracy artystycznej reżysera oraz lepszego wyboru na 600. premierę Teatru. I choć w sztuce jeden z braci wypowiedział pamiętne zdanie:

Karamazow nie złodziej

to spektakl skradł serca nasze, i całej widowni.


Tekst: Nina Paśniewska i Karolina Szachniewicz
Zdjęcie: materiały prasowe Teatru Polskiego we Wrocławiu

 

- POLECAMY -
Eleven Bike Fest