Irlandia często nie budzi konkretnych skojarzeń. Ot, zwyczajna, nieco bardziej zielona wyspa, na którą wyemigrowała spora część naszych rodaków w pogoni za lepszym życiem. To właśnie tam przyszło mi spędzić (kolejne już) wakacje, chcąc zdobyć niezbędne dla studenta środki do przetrwania na następne semestry.

Mimo tego, nie postanowiłem w czasie swojego pobytu na obcej ziemi skupić się jedynie na zarobku pieniężnym, tak jak robi lwia część polskiej emigracji. Irlandia bowiem, poza korzystną dla nas walutą i atrakcyjnymi stawkami, dysponuje olbrzymim kulturowym dziedzictwem i naturalnym pięknem, które urzeknie każde dostatecznie wrażliwe serce.

Dlaczego Irlandia?

Tak jak wspomniałem, nie była to moja pierwsza wizyta w Irlandii. Obecność części rodziny na wschodnim wybrzeżu znacznie ułatwia mi podróż i utrzymanie za każdym razem, kiedy zapragnę do Irlandii przylecieć. Wraz z ukończeniem piętnastego roku życia regularnie odwiedzam ten wysunięty na zachód Europy kawałek lądu porośniętego bujną, niemal wiecznie zieloną florą. O ile pierwsze wizyty, znacznie krótsze, bo zazwyczaj dwutygodniowe, nie okazały się w rezultacie zbyt odkrywcze, o tyle ostatnie dwie znacząco wpłynęły na moje postrzeganie Irlandii, Irlandczyków, Polaków i samego siebie. Błahe wycieczki krajoznawcze połączone z gościną u bliskich zamieniły się po pewnym czasie w poznawcze boom, którego źródła można dopatrywać w wielu czynnikach – a rodzicielką każdego z nich była Irlandia.

Garść praktycznych informacji

Od czysto ekonomicznej strony wyspiarski kraj nie prezentuje się źle na tle pozostałych państw europejskich. Odejmując koszty utrzymania pozostajemy na dość sporym plusie pod postacią od 4 do 5 tysięcy złotych w skali miesiąca, w zależności od tego jakiej pracy się podejmiemy i ile wydamy na rachunki oraz jedzenie. O wiele lepiej wypadają w tym wypadku peryferie kraju, gdzie również obowiązuje najniższa stawka, za to wydatki są niebotycznie niższe. Z tego powodu spora część moich bliskich zdecydowała się opuścić Dublin, by osiedlić się w mniejszych miejscowościach.

Sam zdecydowałem, by pracować w hotelu BrookLodge w Macreddin Village, 60 km na południe od stolicy kraju. Miejsce równie zjawiskowe, co odosobnione. Ośrodek znajduje się pośrodku malowniczych wzgórz, w sąsiedztwie małej wioski Aughrim, w której żyje blisko 1000 osób. Hotel jest mi dobrze znany. To tam mój brat dorabiał na studia kilka lat temu i to tam pracowałem przez całe poprzednie wakacje, w czym pomogła mi rodzinna renoma. Znając już tamtejszy personel, posiadając doświadczenie w kelnerskim fachu oraz mogąc porozumieć się na odpowiednim poziomie w języku angielskim, wiedziałem, że nie ma lepszego miejsca na zarobkowy wyjazd. Wszelkie potrzebne formalności były już przygotowane; miałem numer PPS (irlandzki odpowiednik numeru PESEL) oraz otrzymałem PSC – Public Service Card, która umożliwiała mi podjęcie legalnej pracy na terenie Irlandii. Zarówno właściciel BrookLodge, jak i większość managerów znała mnie dobrze, także pracę dostałem od razu. O swoich obowiązkach nie będę się rozpisywał, gdyż nie różniły się zbytnio od standardowej pracy kelnera, z tą różnicą, że ze względu na rangę hotelu, należało przestrzegać narzuconej etykiety.

Porośnięta bluszczem tylna ściana hotelu BrookLodge w Macreddin Village

W czym tkwi niezwykłe?

Według legendy, św. Patryk właśnie w Irlandii został natchniony przez Boga i z pospolitego pasterza o niewolniczej przeszłości, postanowił przyjąć święcenia, a jako biskup, nawrócił pogańską wyspę. Współcześnie, każdego roku, dokładnie 17 marca obchodzone jest święto Apostoła Irlandczyków, dzięki któremu kraj wszedł na nowe tory w europejskiej historii. Niedowiarkowie mogliby uznać objawienie św. Patryka za mit, lecz ja zachowam w tej kwestii sporo powagi. Nie chcę przez to powiedzieć, że sam doznałem objawienia na obcej ziemi daleko od domu, jednak otworzyłem się na piękno pochmurnego, a zarazem niezwykle zielonego klimatu. Praca dostarczyła mi niesamowitej wiedzy na temat charakteru narodowego Irlandczyków, ich postaw i kompleksów, natomiast kontakt z irlandzką przyrodą po zrzuceniu kelnerskiego fartucha za każdym razem zmuszał do refleksji. Wróciwszy do mieszkania, wolny od setek proszących o cokolwiek oczu klientów, żyjąc w małym, pozbawionym turystów, portowym miasteczku o dźwięcznej nazwie Arklow, mogłem do woli przemierzać wybrzeże i wpatrywać w horyzont, na który składało się delikatne przejście szarego nieba w atramentowe morze po którym od czasu do czasu z wolna przesuwały się kutry rybackie. Jak powiedział mi pewien starszy pan, którego miałem okazję poznać w czasie jednego ze swoich spacerów, Arklow posiadało nordycką przeszłość i było bazą wypadową dla zakutych w żelazo wojowników z terenów obecnej Norwegii, na okoliczne wyspiarskie włości, to też od tego momentu w mojej wyobraźni przepływające kutry szybko zamieniały się w drakkary Wikingów wypchane łupami z grabieżczych najazdów. Być może Arklow (a raczej Arnkell-lág) było odpowiednikiem polskiego Wolina, a Wikingowie drobną nicią, która łączy historię tak odległych geograficznie od siebie narodów, jakimi są Polacy i Irlandczycy. A może powyższe domniemania to historyczna herezja? Tak, czy inaczej, na pewno nie zdziwiłbym się, gdyby archeologowie zdołali znaleźć polskie skarby złupione z nadwiślańskich, czy nadodrzańskich grodów lub wywiezionych z Wolina drogą handlową na irlandzkiej ziemi.

Pomijając daleką przeszłość, nietrudno  zauważyć porozbiorowej mentalności, która cechuje to wyspiarskie społeczeństwo. Żyjąc przez wiele stuleci pod angielskim butem, niemal zatraciwszy własny język, którego ratowaniem zajmowali się fanatycznie oddani patrioci i etnologowie, (m.in. Patrick Pearse błąkający się od wioski do wioski w hrabstwie Connacht na zachodzie kraju i spisujący ostatnie żywe gaelickie dialekty) a także będąc najbiedniejszym terytorium XIX wiecznej Europy, za co winę ponosi eksploatacyjna i rabunkowa polityka imperialistycznej Wielkiej Brytanii, naród irlandzki wielokrotnie próbował, niekiedy w desperackich atakach, wywalczyć swoją niepodległość. Pretensjonalna postawa wobec byłego okupanta oraz spieranie się o prawdę historyczną na międzynarodowej arenie to nie tylko atrybut polskiej dyplomacji. Warto jednak wspomnieć, że pomimo klęski głodowej i wszelkich doznanych szykan, Irlandczycy zachowali nieprawdopodobny optymizm, którym potrafią zarazić. Poza widoczną niechęcią do Anglików, czego świadkiem niejednokrotnie byłem w swojej pracy, uśmiech nie schodzi z twarzy Irlandczyka, który swoją gościnnością przywodzi na myśl sarmackie wzorce.

Oaza spokoju

Kierując się w przeciwną stronę od wybrzeża, w głębi wyspy zostaniemy otoczeni zielonymi wzgórzami i bujną roślinnością. Pomiędzy lasami znajdziemy pasące się na pastwiskach porośniętych koniczyną owce. Ów podstawa żywieniowa tych pociesznych, białych zwierząt ma olbrzymią wartość dla Irlandczyków. To właśnie w koniczynie znaleźli ocalenie ci, którzy w XIX wieku doświadczyli głodu, gotując z niej przeróżne zupy. To za pomocą koniczyny św. Patryk tłumaczył ludności irlandzkiej dogmat o trójcy świętej i to z koniczyny irlandzcy mężczyźni tworzą własne poszetki, a kobiety wplatają jej liście we włosy na święto 17 marca. Nic więc dziwnego, że stała się jednym z naczelnych symboli państwowych. Tak oto, od ujścia w Morzu Irlandzkim, mijając kilka pastwisk, wędrowałem w górę rzeki, zwanej Avocą. Tam znajdowałem upragniony spokój, wśród otaczających Avocę lasów, których gęstwina sprawiała, że z trudem było mi określić odległość jaką przemierzałem. W takich miejscach, gdzie czułem się wolny od jakiegokolwiek zgiełku, obowiązków oraz pracy i porzucając na pewien czas jakiekolwiek myśli o przyszłości studenckiej w Polsce, otwierałem się na zupełnie odmienny sposób funkcjonowania. Godzinami przesiadywałem nad brzegiem rzeki, czytałem zapożyczoną w lokalnej bibliotece literaturę, marzyłem i planowałem wszystko na nowo,  zadawałem sobie pytania o własne życie, na które nigdzie indziej nie byłbym w stanie odpowiedzieć. Z każdej takiej wyprawy wracałem silniejszy.

Wyspa obiecana?

Nie jestem w stanie oddać w pełni wrażeń, jakich doświadczyłem żyjąc w  Irlandii. To niepowtarzalne połączenie ludzi, kultury, historii i przyrody działało i będzie działać na mnie jak magnes. Pieniądze, które ze sobą przywiozłem pomogą mi utrzymać się w czasie nowego roku akademickiego, jednak to wartości duchowe okazały się w mojej wyprawie bezcenne. Swój tekst zakończę porównaniem będącym parafrazą słów zasłyszanych w murach mojego Uniwersytetu: Irlandia jest jak teatr: im więcej do niej włożysz, tym więcej z niej wyniesiesz.

 


Autor: Wojciech Kosek
Zdjęcia: Wojciech Kosek