Norwegia. Dla wielu ziemia obiecana. Miejsce wysokiego poziomu życia i kultury. Miejsce, dla którego ludzie porzucają swoje rodzinne strony, aby tam szukać szczęścia, godnych zarobków i ogólnie pojętego dobrobytu. Sam się tam wybrałem, właśnie w poszukiwaniu korzyści finansowych. Studentowi mieszkającemu w Polsce, nie często trafia się okazja do odłożenia sumy, która starczyłaby na cały rok akademicki. Tymczasem w Norwegii jest to możliwe.

Tuż po sesji wszyscy myślą, że już koniec. Najtrudniejsze mamy za sobą. Rok akademicki zaliczony, teraz można oddać się wypoczynkowi. I tak, w pierwszych dniach lipca, wiele osób jeździ na festiwale muzyczne, wyleguje się w domu, albo robi coś jeszcze innego, byleby odpocząć. Takie podejście nie dotyczy jednak wszystkich. Coraz więcej studentów chce zawczasu zadbać o spokój materialny w kolejnym roku, dorobić na swoje wydatki, a przy okazji coś przeżyć.

Idealnym miejscem do takiego przedsięwzięcia jest właśnie Norwegia. Kraj oszałamiającej natury, która mnie oczarowała swoją mistyczną tajemniczością. Ludowe opowieści o trollach i elfach wciąż są obecne w kulturze i mieszają rzeczywistość z baśniowymi wyobrażeniami. Sama podróż do pracy staje się przygodą, gdy pozwolimy ponieść się wyobraźni. Chłonąc całą otaczającą naturę, wplatałem w nią fantastyczne, wymyślone wątki, które w pewnym sensie ją ubogacały. Z drugiej strony, norweska fauna i flora są tak niesamowite, że wiele z moich wyobrażeń zdawała się co najmniej prawdopodobna. Na wyobraźnie działają także skojarzenia historyczne. Wikingowie, tędzy mężowie, którzy wypływali w świat z małych zatoczek swoich fiordów, aby grabić i podbijać słabsze ludy. Teraz jakoby widziałem tych wikingów w twarzach moich pracodawców. Wszystko co mnie otaczało wydawało się być lekko podkolorowane, bardziej wyraziste i trochę bajeczne.

Widok na fiord w drodze z Lillehammer do Trondheim

Tak było oczywiście w chwilach wolnych od pracy. Sama praca była mozolna, ciężka i mało rozwijająca. Ale była! By ją dostać, musiałem po przyjeździe udać się do biura Skatteetaten (urzędu pracy), aby się zarejestrować. W poprzednich latach łatwo można było znaleźć pracę na czarno. Tymczasem od 2017 roku jest to trudniejsze. Rząd norweski wprowadził prawo, które pozwala prywatnym przedsiębiorcom wypłacać nie więcej niż 10 000 koron jednego dnia. Jako że praca, którą wykonywałem była warta więcej, moi pracodawcy płacili mi przelewem bankowym, z którego musieli odprowadzić podatek. Żeby wszystko było na „czysto”, musiałem zarejestrować się w urzędzie, pokazać kontrakt z pracodawcą i podać szacowane zarobki. Wszystko to po to, aby po trzech dniach uzyskać numer upoważniający do legalnej pracy. Na podstawie numeru, moi pracodawcy odprowadzali podatek, który mam otrzymać z powrotem ze zwrotu za rok.

Niby normalna papierkowa robota. Uderzające było jednak doświadczenie norweskiego urzędu. Wchodząc, pobiera się numerek, ale kolejki właściwie nie ma. Nie ma też okienek, które odgradzają interesanta od pani urzędniczki. Są przyjaźnie wyglądające pokoje, do których pracownicy urzędu zapraszają z uśmiechem. Wszyscy mówią po angielsku. Nie wiedziałem jak wypełnić swoją aplikację, więc Pani która mnie obsługiwała, usiadła ze mną i tłumacząc wszystko krok po kroku, rozwiała wszystkie wątpliwości. Dalej, gdy poprosiłem o możliwie jak najszybsze wygenerowanie numeru, ta sama Pani poświęciła swój prywatny czas, żeby już po dniu wysłać mi ów numer mailem, życząc przyjemnej pracy. Niesamowita uprzejmość i kultura. Z przykrością trzeba przyznać, że to zupełnie nie to co u nas.

Gdy już miałem numer mogłem brać się do pracy, ze świadomością, że pieniądze zostaną mi wypłacone. Pracowałem malując stodoły. Praca niewdzięczna o tyle, że cały dzień chodzi się ubabranym w czerwonej farbie olejnej, którą ciężko domyć. Jest to też praca trochę monotonna. Norwegowie mają bardzo ujednolicone pojęcie estetyki, dlatego wszystkie stodoły, bez wyjątku, były koloru czerwonego z białymi wykończeniami. Jakby tego było mało, wszystkie zbudowane są w ten sam sposób. Stąd poczucie monotonii. Pracując jedenaście godzin dziennie z jedną, godzinną przerwą, malując tylko kolorem czerwonym, w górę i w dół po pionowo postawionych deskach, można się szybko znudzić. Całe szczęście, że otoczenie bez przerwy napawało wielkim zachwytem. W przerwie siadałem na dachu i po prostu gapiłem się na rozległe pola otoczone górami, które zbiegały się gdzieś w dole z fiordem.

Malowanie stodoły w Kienstad

Kanapki z pasztetem i chlebkiem Wasa, które jadłem podczas przerw, nigdy nie smakowały tak dobrze jak wtedy, z tym widokiem. Właściwie całe zapasy jedzenia zabrałem z Polski. Jest to dużo bardziej opłacalne. Wydatki na podróż i pokarm szacuję na około 2,5 tys. złotych. Biorąc pod uwagę, że zarobki zwracają tę sumę poczwórnie, jest to inwestycja warta swojej ceny. A zatem żywiłem się daniami wekowanymi z makaronem, ryżem lub ziemniakami. Wspomniany wcześniej pasztet był jedną z wielu rodzajów konserw, które umilały przerwy. Do tego mleko, płatki, batoniki, czekolady, no i piwo na poprawę humoru po całym dniu w robocie. Jedyne czego brakowało to masło i ser. To jednak nie było problemem, gdyż norweskie sklepy mają tendencję wyrzucać do śmieci wszystko, co jest dzień przed utratą ważności. Dlatego też, nie ukrywam, nieraz zaglądałem do sklepowych śmietników znajdując tam prawdziwe, świeże rarytasy, które urozmaicały moją dietę.

Praca nie zawsze była. Czasem, trzeba było poczekać na dogodny czas dla pracodawcy, albo też przeczekać niekorzystną pogodę. W takich chwilach oddawałem się znów norweskiej naturze. Odwiedziłem wiele jezior, wodospadów i lasów, które za każdym razem wydawały się inne i za każdym razem dawały to mistyczne poczucie obcowania z miejscem magicznym. Te chwile bardzo relaksowały i ładowały mnie energią do dalszej pracy. Jedyne na co mógłbym ponarzekać to niskie temperatury wieczorami, niezliczona ilość muszek przy pracy, no i niekiedy monotonia.

Po pracy. Norweska farma o zachodzie słońca

Wszystkim myślącym w przyszłości o zarobieniu szybkich, uczciwych pieniędzy polecam Norwegię. Tym, którzy kochają naturę i chcą odkryć coś innego niż to co oferują typowe wakacyjne destynacje, też. W zasadzie jedno i drugie można pogodzić, wracając do Polski bogatszym nie tylko w złotówki, ale także w prawdziwie wyjątkowe doświadczenia. Norwegowie są może chłodni w okazywaniu emocji, ale są też bardzo uprzejmi i pomocni. Warto łamać ich nieraz stereotypowe obrazy Polaków poprzez uczciwą pracę, uśmiech na twarzy i inteligentne rozmowy. Oni to bardzo cenią, a dobra relacja z pracodawcą może owocować nowymi zleceniami w następnych latach. Ja kilka takich kontaktów już mam i z pewnością będę tam wracał.

 

- POLECAMY -
Eleven Bike Fest