Wyczekiwany z niecierpliwością pełną nadziei i obaw. Postać największego złoczyńcy uniwersum DC została przedstawiona na ekranie już niejednokrotnie, w wielu aktorskich odsłonach. Czy Joker stworzony przez Todda Phillipsa wzbił się na wyżyny demonicznego kunsztu?

Fakt, że do tej pory Todd Phillips ma na swoim reżyserskim koncie głównie komedie, budził obawy o sukces tak wyczekiwanego przez fanów i krytyków filmu. Czarny charakter, największy złoczyńca nie tylko Gotham City, ale też całego uniwersum DC Comics. Arcywróg Batmana, siejący strach i spustoszenie, bezwzględnie mordował z sadystyczną wręcz radością. Jego sylwetka, już tak charakterystyczna w kulturze masowej, połączenie komika i klauna, budzi dreszcze. Szczególnie na widok krwawego (dosłownie) uśmiechu. Ale czy tej wizji udało się sprostać w najnowszym wcieleniu wykreowanym przez Jouaqina Phoenixa? Wydaje się, że już tylko on mógł podołać tej psychopatycznej roli.

Oby moja śmierć miała więcej sensu niż moje dotychczasowe życie

Postać Jokera, poza swoim komiksowym pierwowzorem, fanom znajomy jest także z wielu kreacji, przedstawionych na kinowych ekranach. Poprzeczki zawieszone przez Jacka Nicholsona, Heatha Ledgera czy Jareda Leto były tak wysoko, że wydawało się niemal niemożliwym, aby mogło nas coś jeszcze zaskoczyć. A jednak. Ten dramat psychologiczny całkowicie zmienia postrzeganie… Artura Flecka. Tak, Artura Flecka, nie Jokera. Phillips zaserwował swoim odbiorcom społeczną, zabarwioną polityką, podróż w przeszłość. Do czasów, kiedy główny antagonista Batmana nie był synonimem zła i mroku. Zanim to się stało poznamy chorego umysłowo, pogrążonego w depresji, uzależnionego od nikotyny mężczyznę. W jego świecie nie ma miejsca na odpowiednią opiekę, na humor, a jedynym zalążkiem śmiechu jest ten niekontrolowany, wynikający z zaburzeń psychicznych. Mimo to od dziecka marzy, aby rozbawiać innych, bo jak powtarza mu matka: urodziłeś się po to, by nieść szczęście…

Król komedii i nieszczęścia

Flecka poznajemy w momencie, kiedy dorabia jako uliczny klaun. Nie radzi z tym sobie najlepiej, a przez swoje dziwactwa codziennie spotyka się z upokarzaniem i brakiem zrozumienia. Sceny terapii, na którą uczęszcza są jednymi z najmocniejszych w całym obrazie. Pozwalają wniknąć stopniowo w mechanizmy, które nim kierują, a także poznać przelane na papier przemyślenia. Postać nienarodzonego jeszcze w ostatecznej formie Jokera, jest tak autentyczna i rozkosznie porażająca, że nie boję się stwierdzić, iż to Joaquin Phoenix kradnie każdą minutę ekranowego czasu. Zamknięty w bańce własnego umysłu musi radzić sobie nie tylko z własnymi demonami, ale także społeczną niesprawiedliwością na linii władza – motłoch. Ucieczką od tego pogrążonego we wzajemnej nienawiści świata są żarty, które, jak szybko się okazuje bawią tylko samego autora. Co słychać w każdej odsłonie demonicznego śmiechu Artura… Śmiechu, który mrozi krew w żyłach.

Joker. Narodziny zła

Od pierwszych minut widać, że główny bohater jest o krok od załamania nerwowego. Zawieszony między brutalną rzeczywistością, a odmętami własnej psychiki, zmaga się z problemami nieznanymi przeciętnemu widzowi. Joaquin Phoenix wciela się w swoją postać bezbłędnie, serwując publiczności ucztę składającą się z brutalności, ale i współczucia. Kiedy dochodzi więc do pierwszej zbrodni, nietrudno poczuć przysłowiowe ukłucie w sercu. Nie ze strachu, a z empatii dla jego postępowania. Wiele psują sceny Flecka z Zazie Beets (Sophie Dumond) – tak oczywiste w swoim przekazie, pozwalające na swobodną, a jednocześnie dowolną interpretację. Uderzają jednak w twarz o jednym wyjaśnieniem za dużo. Jakby Phillips miał do czynienia z przedszkolem, a nie dorosłymi widzami, bo to przecież oni są grupą docelową tego filmu.

W całej kreacji Jokera, od samego startu, od genezy jego tworzenia, chcemy widzieć czarną osobowość o złożonym charakterze, z miejscem na problematykę społeczną i polityczną. Człowiek, który ani przez chwilę nie był w swoim życiu szczęśliwy, któremu brakowało męskiego wzorca odebranego przez matkę Penny (Frances Conroy), zmagający się z niezrozumieniem – staje się symbolem zniszczonego przez system Gotham. I ani brutalność, ani rozchwiana natura bohatera nie przeszkadzały w myśleniu o nim, jako o ofierze. Aż w końcu nadchodzi moment, na który wszyscy czekali – Artur stał się Jokerem. Z szerokim uśmiechem na twarzy.

Arcydzieło na miarę DC

Nie zgodzę się z powtarzalną opinią, że film Todda Phillipsa jest filmem przełomowym albo wybitnym. Dzielącą erę uniwersum DC na „przed” i „po” Jokerze. Jest to wciąż jeden z najlepszych filmów tego roku i wypadałoby go zobaczyć na wielkim ekranie. Ma swoje mocne, jak i słabe strony, które czynią go filmem po prostu dobrym. Cały film niesie na kinematograficznych barkach wybitna rola Joaquina Phoenixa, a także muzyka – wybitne wręcz klasyczne dźwięki smyczków, kontrastujące z mroczną fabułą. Wspaniałe zdjęcia Lawrence’a Shera, nieoczywiste ruchy kamery. A jednak – bez tak dobrze obsadzonej roli, ten film nie obroniłby się. Mimo scenografii, kostiumów, melodii. Momentami zbyt oczywisty, skupiający się zbyt na tym, co można było pozostawić wyobraźni, ucięty z kolei w kwestiach kluczowych. Reasumując, wady i zalety nagrodzonego Złotym Lwem obrazu Phillipsa, stworzyły symbol społecznej rewolucji. Rewolucji nie tylko osadzonej w ówczesnych filmowych realiach, ale i dla całego uniwersum, które nie widziało niczego TAK dobrego od czasu Nolana.


Autor: Karolina Szachniewicz
Zdjęcia: YouTube